Z czego się cieszyć, a co opłakiwać po występie Wisły na IEM Katowice 2021?

Z czego się cieszyć, a co opłakiwać po występie Wisły na IEM Katowice 2021?

18.02.2021, 16:47:20

W ostatnich dniach wszyscy żyliśmy występami Wisły All in! Games Kraków na IEM Katowice 2021. Tych co prawda nie było zbyt wiele, jednak wystarczająco, aby wyciągnąć z nich garść cennych wniosków. Co oklaskujemy, a na co patrzymy z wyraźnym grymasem po krótkiej przygodzie Polaków z kultowym turniejem?

Dajmy się lubić

Nie będzie to nic przełomowego, jednak wypada to przypomnieć – Polacy na turniejach średniej klasy pojawiają się sporadycznie. A na tych największych nie widujemy ich wcale. Dlatego występ Wisły All in! Games Kraków na IEM Katowice był istotny nie tylko dla samej drużyny, ale też dla całego środowiska. Potrzebowaliśmy bodźca, który przypomni światu o tym, że istnieje coś takiego, jak polski Counter-Strike. I że wciąż, mimo upływu wielu lat od dominacji Virtus.pro, może cieszyć oko.

Czy Wisła faktycznie dała się pokochać tysiącom widzów na całym świecie?

Smutna prawda jest taka, że wczorajszy mecz Wiślaków poza Polakami, obgryzającym paznokcie po każdej przegranej rundzie Jasonem Lake i garstką fanatyków Complexity przymarzniętych do siedziby w Texasie, nie obchodził nikogo. Nie zmienia to jednak faktu, że obejrzało go tysiące osób, wszak IEM to wydarzenie ponadkulturowe i często śledzi się je dla samego uczestniczenia.

***

I jak szerokiej publice przedstawiła się Wisła All in! Games Kraków? 

Szczerze przyznamy, że wstydu nie było. Miłośników Counter-Strike’a z całego świata mógł porwać wspaniały, a przede wszystkim zwycięski powrót Polaków na jednej z map wczorajszego pojedynku i choć żadnego spotkania nie udało się wygrać, trudno mówić o jakimś wielkim niesmaku.

Bo przecież wszyscy doskonale zdawaliśmy sobie sprawę z tego, jak może wyglądać przygoda Wisły na IEM Katowice 2021. Znajdą się tacy, którzy będą narzekać, że losowania nie sprzyjały i Polacy otrzymali od losu dwóch piekielnie silnych przeciwników. Prawda jest jednak taka, że przeciętniaków tu wielu byśmy nie znaleźli, a sami milej przyjmujemy porażkę po walce z silnym rywalem, niż męczarnie z przeciwnikiem wątpliwej klasy.

Wisła dała się polubić, jednak na pewno na dłuższą metę nie porwała tłumu. Po cichu liczyliśmy na przełomowy moment dla polskiej sceny, ale finalnie wszystko wraca do pozycji startowej. Z każdym miesiącem nieobecności na największych wydarzeniach stawka odjeżdża nam na niewyobrażalny dystans. I coraz ciężej nam ją dogonić.

Najlepsze pistole na świecie i najgorsza obrona przed rundami ekonomicznymi rywali

Tak w dużym skrócie i z wielkim przymrużeniem oka można podsumować grę polskiej ekipy na IEM Katowice 2021. Podopieczni Mariusza “Loorda” Cybulskiego tajniki walki w rundach pistoletowych opanowali do perfekcji i łapali swoich przeciwników nawet na najmniejszych błędach. Tych jednak niestety nie ustrzegali się, gdy rywale łapali za gorsze wyposażenie już w rozwinięciu gry. A plus i minus w tym przypadku, dokładnie jak w matematyce – daje ujemny rezultat. Dużo cieplej przyjęlibyśmy zamianę ról, wszak ta przyniosłaby Polakom zdecydowanie większą ilość punktów na koncie.

A, no i jeszcze jedno – hades król.

Te dwa proste słowa wybrzmiewały wczoraj w wielu polskich domach co chwilę, a Olek Miśkiewicz jakby w transie nie mógł przestać zadziwiać. I to nie słowa rzucane na wiatr, a niepodważalny fakt, który potwierdzają nawet statystyki biało-czerwonego snajpera. Ponad 90 obrażeń na rundę, 72 eliminacje przy raptem 55 zgonach i imponujący rating – 1.27.

Czego zabrakło więc do przełamania przeciwników?

Momentami odwagi, co dało się zauważyć szczególnie w początkowych fazach przegranych map. Wiślacy grali jakby ospale, lub po prostu przywiązywali uwagę do wcześniej założonych planów na tyle, że zapomnieli o możliwości korzystania z innych. Bo w wielu przypadkach jedna czy dwie inaczej podjęte decyzje mogły odmienić losy kluczowych starć.

Z czego się cieszyć?

Przede wszystkim z samego występu na międzynarodowej arenie. Ten co prawda był przeznaczony jednej z polskich formacji od momentu, gdy poznaliśmy szczegóły co do nagród za tytuł ESL Mistrza Polski, jednak w obecnej kondycji polskiej sceny nie można gardzić żadnym wyróżnieniem. A na samodzielne wdzieranie się do grona najlepszych jeszcze – miejmy nadzieję – przyjdzie czas.

Cieszy również wszechobecne poruszenie występem Wiślaków. Jasne, sam slogan IEM Katowice jest gwarancją pewnej liczby widzów, jednak przebicie 20 tysięcy oglądających na polskiej transmisji nie było tak oczywiste. Bądźmy szczerzy – takich rezultatów w poprzednich dwóch latach nie oglądaliśmy, a tylko styczniowy powrót za mikrofon Piotra „Izaka” Skowyrskiego pozwolił nam je osiągnąć. Dobrze wiedzieć, że gdzieś w głębi  krajowych kibiców wciąż pała ta miłość do Counter-Strike’a. I kwestią jednego czy dwóch sukcesów jest to, czy to uczucie zapłonie na nowo.

Co opłakiwać?

Chyba długość tej przygody, wszak dwa dni emocji nie rekompensują nam trzech lat oczekiwania na krajową formację na IEM Katowice. Wszyscy jednak zdajemy sobie sprawę, że dawna potęga już nie wróci, a budowa nowej, w zasadzie od zera to proces niebywale czasochłonny. Lub po prostu niewykonalny.

Zapłakać można też nad przymusową przerwą Loorda. Kto wie – może z CS-owym seniorem za plecami Wiślacy podjęliby kilka innych decyzji, a w rezultacie cieszyli nasze oczy na IEM-ie także dzisiaj? Gdybanie odstawiamy jednak na bok, bierzemy się w garść i wspólnie czekamy na przyszłoroczny IEM. Do zobaczenia, oby na LAN-ie.

Fot. Wisła All in! Games Kraków / Łukasz Twardowski

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze