tecek: W tej chwili nie wyobrażam sobie gry z polskimi zawodnikami
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

tecek: W tej chwili nie wyobrażam sobie gry z polskimi zawodnikami

15.03.2020, 17:39:00

Dostałem drugie życie w esporcie. I to z zawodnikami, którzy nie mają największych wad związanych z polską mentalnością. Podpisanie kontraktu i zdobycie pieniędzy nie sprawia, że przestają się przykładać. Gdyby tak wyglądało nastawienie Polaków, nasza scena byłaby dziś w zupełnie innym miejscu – mówił nam Karol “tecek” Kapczyński, który powrócił do aktywnej gry w barwach czeskiego Teamu Brute.

Jesteś żywym dowodem na to, że z CS:GO nie da się tak łatwo zerwać. Wiele momentów w karierze mogło być twoimi ostatnimi, ale nieustannie wracasz do walki. 

Kiedy w 2012 roku CS:GO miało swoją premierę, na scenie byłem nikim. W czasach 1.6 po prostu nie udało mi się zbudować odpowiedniej pozycji. Gdy zdobyłem więc od ESL klucz do pierwszych testów nowej wersji gry, z tyłu głowy pojawiła mi się myśl, że to mój czas. Postanowiłem, że będę trenować tak ciężko, żeby w końcu pokazać się społeczności i trafić do czołówki polskiej, ale i europejskiej. Ta myśl nie opuszcza mnie nawet w trudnych chwilach. W czasach kryzysu przypominam sobie o długiej drodze, którą przeszedłem i to pomaga mi wracać.

Od jednego z kolegów usłyszałeś, że z CS-a najzwyczajniej w świecie nie da się wyleczyć i każdy prędzej czy później do niego wróci. Wygląda na to, że z grą łączy cię pewna „romantyczna” więź.

To słowa matty’ego – mojego serdecznego przyjaciela, z którym utrzymuję kontakt od wielu lat. Mówił to zresztą na swoim przykładzie, bo przecież w czołówce polskiej sceny utrzymywał się mimo blokady nałożonej na niego przez Valve. Mateusz podnosił mnie na duchu już kilka lat temu, gdy na samym początku przygody z CS:GO myślałem o zakończeniu kariery. W 2013 czy 2014 roku, a więc przed okresem rozwiniętych organizacji, zastanawiałem się nad sensem poświęcenia się grze. Pojawiały się różne pomysły, a jednym z nich było pójście do”normalnej”  pracy. Esport nie wiązał się wówczas z pieniędzmi i perspektywą utrzymania rodziny. 

Mimo wszystko zostałeś w branży i doczekałeś czasów dynamicznego rozwoju sceny. Popisujesz się przy tym ogromnym samozaparciem. Większość drużyn, które tworzyłeś najpierw prosiło cię o pomoc, żeby następnie wystawić do wiatru. To musi wpływać na człowieka.

Nie ukrywam – takie sytuacje bolą i są bardzo męczące. Budujesz zespoły, kompletujesz skład, układasz całą grę, poświęcając na wszystkie działania mnóstwo czasu, a na końcu tej drogi obrywasz najbardziej. Śmiało mogę powiedzieć, że się do tego przyzwyczaiłem.

Można było zauważyć, że rezygnacja Izako Boars z twoich usług, odcisnęła na tobie wyraźne piętno.

Odsunięcie mnie od składu Izako Boars było bardzo dotkliwym ciosem, po którym musiałem poukładać sobie w głowie wiele kwestii. Niedługo wcześniej w moim życiu pojawiła się córka, więc chciałem więcej czasu poświęcić rodzinie. Miałem problem wynikający z pogodzeniem obu sfer życia: prywatnej i zawodowej. Nie mogłem trenować tyle, ile trenowali inni zawodnicy, siedząc po nocach i grając w Polish Pro League. Rozwój indywidualny stanął w miejscu i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Mimo wszystko nadal poświęcałem się drużynie tak bardzo, jak tylko mogłem.

Miałeś wyciągnąć zespół z dołka. Po części nawet ci się to udało, bo kilka osób podkreślało znaczenie twojego doświadczenia, aż tu nagle – rezerwa. Co wtedy poczułeś?  

Trudno znaleźć mi słowa, które wyraziłby to, co poczułem. Pierwsze na myśl przychodzi mi wielkie rozczarowanie. Nagle przekreślono ogrom czasu, który włożyłem w budowanie drużyny. Trudno mi też powiedzieć, jaki wpływ na decyzję miało zdanie innych zawodników, a ile zadziałali trener czy ludzie z zarządu. 

W składzie Dzików grałeś przez rok. Na warunki esportowe, szczególnie na polskiej scenie, to niezły wynik. Mimo to obyło się bez słów pożegnania czy większych oświadczeń. To jeszcze bardziej podkreśla gorycz rozstania.

Rozmawiałem z menadżerem i rozstaliśmy się w dobrych relacjach. Kontakt straciłem wyłącznie z zawodnikami, bo do tej pory – poza mattym, który równolegle został odsunięty, i NEEX-em – nie utrzymuję z nimi jakichkolwiek relacji. Takie jest jednak życie. Uczymy się na swoich błędach. 

Na przestrzeni lat odsuwano cię od wielu zespołów. Oprócz Izako Boars wystarczy wspomnieć choćby ESC Gaming czy x-kom team. Które z tych rozstań było dla ciebie najbardziej bolesne?

Zdecydowanie to z Izako Boars. Działania x-kom teamu potrafiłem zrozumieć z uwagi na postać prezesa organizacji – Michała Świerczewskiego, który był w stanie zainwestować duże pieniądze w nowych zawodników. Wiedziałem, że za decyzje niekoniecznie odpowiedzialni są gracze. W przypadku Dzików podejrzewam, że było odwrotnie. Postawienie na młode talenty jest interesującym ruchem, ale myślę, że jeśli dostałbym więcej czasu, drużyna ostatecznie zaszłaby dalej.

Po rozstaniu przez chwilę próbowałeś jeszcze swoich sił w kilku drużynach. Był epizod z graczami ex-Codewise Unicorns, było też Youngsters. Podejrzewam, że w głowie świtało ci jednak, że to może być już koniec zawodniczej kariery.

Rozważałem taką możliwość. Przez chwilę pojawił się pomysł, żebym stworzył skład w barwach piratesports, aczkolwiek po dwóch miesiącach zarząd doszedł do wniosku, że zbuduje projekt na innych zasadach. Jako Youngsters pashyBicepsa nie mogliśmy z kolei dołączyć do żadnej organizacji z uwagi na indywidualne kontrakty Jarka. Postanowiłem poszukać więc pracy. Kiedy masz do utrzymania rodzinę, a w tym dziecko, nie można pozwolić sobie na momenty przestoju. Oczywiście, miałem na koncie oszczędności, ale te nie są przecież nieskończone.

Powiedziałeś o oszczędnościach. Jako głowa rodziny, mąż i ojciec – musiałeś być na okres esportowego bezrobocia przygotowany. Zdołałeś dzięki grze zbudować sobie poduszkę finansową, która pozwoliła ci spokojnie przejść przez te miesiące? 

Jasne. Kiedy wyrzucono mnie z Izako Boars, zostałem zatrudniony w piratesports. Odezwał się do mnie Krzysiek Kubicki z eMine.pro, otrzymałem dwumiesięczny kontrakt, by po czasie rozstać się za porozumieniem stron. Choć projekt ostatecznie nie wypalił, ułatwiło mi to życie w okresie przejściowym. Na koncie miałem niezbędne środki. Nie mogłem pozwolić sobie jednak na to, żeby siedzieć z założonymi rękami. Patrząc na swoją kobietę i córkę, wiedziałem, że muszę zapewnić im spokojną przyszłość. Wycofałem się więc ze środowiska esportowego i skupiłem się na innym zajęciu.

Czym się zajmowałeś?

Zatrudniłem się w firmie znajomego specjalizującej się w obszarze maszyn vendingowych.

Kiedy rzucałeś normalną pracę, by w pełni poświęcić się grze w CS:GO, ten sam znajomy powiedział ci, żebyś spełniał marzenia, a w trudnej sytuacji zawsze będziesz mógł do niego wrócić.

I faktycznie tak się stało. 31 lipca skończył się mój kontrakt z piratesports, a 1 września miałem już nową pracę.

Trudno było wrócić do “normalnej” pracy po latach zarabiania pieniędzy na pasji?

Trochę tak, bo nagle pojawiło się przede mną sporo nowych zadań, a sama praca stała się dużo bardziej fizyczna. Wejście w zupełnie nowe środowisko zawsze wiąże się z pewnymi trudnościami. Nie chcę jednak przesadzać. Nie miałem problemu  większości esportowców, czyli rannego wstawania. Zawsze byłem gościem, który brał to na klatę. Dziecko samo się nie przewinie czy nakarmi. Po części byłem zresztą zadowolony z takiego obrotu spraw. W końcu mogłem poświęcić się kwestiom, które przez esport bardzo zaniedbałem.

Kariera gracza bardzo odbija się na życiu prywatnym?

Jasne. Trenowałem sześć dni w tygodniu – graliśmy od poniedziałku do piątku z dodatkową niedzielą. To mnóstwo turniejów i lig internetowych, ale też wyjazdów na LAN-y i obozy szkoleniowe. Dla rodziny miałem tylko jeden dzień w tygodniu. To bardzo mało czasu.

W takim przypadku wsparcie otaczających cię ludzi jest niezbędne. Nie każdy ma w sobie tyle zrozumienia.

To skomplikowana sytuacja, która była trudna zarówno dla mnie, jak i mojej partnerki. Ona też ma ograniczony zasób energii i musi odpoczywać. W związku mierzyliśmy się więc z różnymi konfliktami. Sylwia doskonale wiedziała, że esport jest moją pracą, ale mimo wszystko miała do mnie trochę żalu, że poświęcam tak mało czasu jej i naszej córeczce. Wielu ludzi uważa, że życie gracza jest sielanką. “Siedzi, gra i zarabia ogromne pieniądze” – mówią. Może na zachodzie mógłbym odciążyć dziewczynę, zamawiając codziennie obiady na wynos i zatrudniając sprzątaczki, ale w Polsce realia są nieco inne.

Fot. Wiki Wójcik

Kiedy przygoda z Izako Boars się skończyła i kolejny raz okazało się, że zespół się od ciebie odwrócił, nie pomyślałeś więc, że może warto było darować sobie esport znacznie wcześniej?

Jasne, że tak pomyślałem, ale zawsze byłem osobą, która walczyła o swoje. Każde kolejne niepowodzenie jeszcze bardziej napędzało mnie do tego, żeby wziąć sprawy w swoje ręce i spróbować w innym zespole. Przez lata budowałem projekty od zera, a i tak udało mi się osiągać wysokie lokaty w ESL Mistrzostwach Polski, Polskiej Lidze Esportowej czy innych rozgrywkach.

Część graczy mimo to rzuciłaby CS-a już dawno.

Jestem o tym przekonany. Na wszystko pracowałem jednak ciężką pracą i trudno było tak po prostu odpuścić. Wracam myślami do okresu 1.6, w którym byłem nikim. Poświęciłem zbyt dużo czasu i energii na to, żeby zbudować swoja pozycję i chcę ją jeszcze wykorzystać.

Swego czasu rozmawiałem z oskarishem o braku lojalności na polskiej scenie i tym, że jest to największa zaraza naszego podwórka. Byłbyś w stanie się pod tym podpisać?

Oczywiście. Powiem więcej – dziś nie chcę mieć nic wspólnego z polskimi zawodnikami. Nie planuję ani grać dla lokalnej organizacji, ani tworzyć składu z Polakami.

Propozycja od Teamu Brute spadła ci więc z nieba.

Dostałem drugie życie w esporcie. I to z zawodnikami, którzy nie mają największych wad związanych z polską mentalnością. Podpisanie kontraktu i zdobycie pieniędzy nie sprawia, że przestają się przykładać. Sami wychodzą z inicjatywą, przygotowując materiały przed treningiem. Rzucają pomysłami. Dochodzi do meczu, a nagle zawodnik, który nie miał takiego obowiązku, wyciąga analizę rywala i pomaga mi ułożyć grę. Gdyby tak wyglądało nastawienie Polaków, nasza scena byłaby dziś w zupełnie innym miejscu.

Ostatnio lekceważenie obowiązków przez graczy z Polski wybrzmiało szczególnie mocno. 

Przez całą karierę poznałem mnóstwo osób, których nie dało brać się na poważnie przez ich podejście do życia i gry. Bardzo spodobała mi się zresztą twoja rozmowa z MICHEM, w której ten wypowiedział ogrom świetnych, potrzebnych słów. W końcu ktoś wyraźnie wskazał problemy, jakie pogrążają od dawna nasze środowisko. Prawda zabolała nie tylko Virtus.pro, ale całą scenę. Gdybym miał wymienić graczy, którzy pracowali w esporcie na pełnych obrotach, spokojnie wystarczyłyby mi palce dwóch dłoni. Więcej przykładów nie byłbym w stanie znaleźć.

Team Brute nie znajduje się w czołówce Europy. Patrząc na 104 miejsce w światowym rankingu, daleko wam nawet do polskich sekcji. Myślisz jednak, że cechy czeskich kolegów, o których wspomniałeś, pomogą wam szybko się rozwinąć?

Nie chciałbym tak wcześnie wyciągać daleko idących wniosków. Skład ma predyspozycje, żeby być w czołowej pięćdziesiątce, może zbliżać się nawet do trzydziestki, ale wszystko zależy od nas. W rankingu zaczniemy się wzbijać jedynie dzięki ciężkiej pracy całego składu. Jeśli nie natrafimy na żadne przeszkody i zaczniemy organizować obozy szkoleniowe, może się udać. Nie chcę jednak szarżować z zapowiedziami. 

Mówisz o tym z dużym spokojem. Część zawodników już zapowiadałaby wkroczenie do czołowej dwudziestki w trzy miesiące.

Zdaję sobie sprawę, że w wywiadach często pojawiają się deklaracje o tym, że na naszych oczach powstaje najlepszy zespół świata. Nie na tym rzecz polega. Żeby osiągnąć sukces, trzeba skompletować pięcioosobowy zespół, który przezwycięży kryzysy drużynowe i indywidualne. Czasem wszystkiemu pomóc musi też szczęście. Jestem realistą i nie rzucam słów na wiatr. Jeśli będziemy ciężko trenować tak, jak robimy to dziś – wzbijemy się wyżej.

To może nie SMASH, Sprout czy Team Envy, ale reprezentujesz międzynarodową drużynę. Jakie to uczucie? 

Inne. Ludzie, dla których pracuję, mają zupełnie odmienne podejście do prowadzenia organizacji, mediów społecznościowych czy graczy. Ciekawie się to obserwuje. Dla mnie to zupełnie nowe doświadczenie. Nawet w domu zacząłem mówić po angielsku!

Skoro nawiązałeś już do kwestii komunikacyjnych. Trudno było przestawić się na prowadzenie po angielsku?

Początki były cholernie trudne. Kiedy jednak poukładaliśmy sobie grę i każdy mniej więcej zna już swoją rolę w drużynie i zadania, jest łatwiej. Cieszę się, że gracze nie stoją przy tym jak kołki, oczekując na polecenia, tylko sami rzucają propozycjami rozwiązań. Zdają sobie sprawę, że niełatwo jest prowadzić po angielsku, więc chętnie mi pomagają.

Tym, czego w esportowym środowisku brakuje najbardziej, jest chyba stabilność. Jestem sobie w stanie wyobrazić, że do głowy profesjonalnego gracza nieustannie powraca myśl o tym, że w każdym momencie wszystko może się skończyć.

Dlatego właśnie powróciłem na scenę z taką myślą. Doskonale wiem, że kariera esportowca nie trwa wiecznie. Nie palę za sobą mostów, a w relacjach z ludźmi przyświeca mi szczerość. Gdyby nie Marcin Kurzawski, nie trafiłbym do Teamu Brute, za co jestem mu niezwykle wdzięczny. Patrząc na moją przeszłość, wiem jednak, że jest to raczej moja ostatnia szansa na to, by pokazać się na scenie. Jeśli teraz się nie uda i znów zostałbym odsunięty od składu, karierę zakończyłbym już oficjalnie. Jestem coraz starszy. Czas dać szansę młodym.

Rok 2019 miał wiele powiedzieć o twojej przyszłości w esporcie. Przyznajmy to szczerze – nie był owocny.

To najgorszy okresw mojej karierze i gdybym mógł, chciałbym go całkowicie wymazać z mojego życia. Od czerwca do września wszystko toczyło się w rytm zawirowań. Najpierw wyrzucono mnie z Izako Boars. Następnie miałem dołączyć do Codewise Unicorns, ale okazało się, że powstaje projekt Aristocracy. Po czasie pojawił się projekt piratesports, ale problemy kadrowe nie ułatwiły przedłużenia współpracy. Miałem też gotowy skład, jednak nie znalazłem chętnej organizacji. 

Najbliższe miesiące będą więc okresem, który zdeterminuje twoją przyszłość w branży.

Albo pod koniec roku powiem, że to już koniec, albo udowodnię sobie i wszystkim innym, że stać mnie na to, by walczyć o najwyższe cele. Kiedy poznałem chłopaków z Czech, poczułem, że znów jeszcze mnie na to stać.

Fot. Łukasz Twardowski