Tabasko: Cel był jeden – spieprzać z włoskiej ligi jak najdalej i jak najszybciej
League of Legends
POLSKI ESPORT
Wywiady

Tabasko: Cel był jeden – spieprzać z włoskiej ligi jak najdalej i jak najszybciej

13.05.2020, 19:03:39

Przez to, że YDN Gamers tworzyło czterech graczy spoza Włoch, a lokalni toplaner i trener cieszyli się – mówiąc eufemistycznie – różną opinią, nie traktowano nas poważnie. Kibice we Włoszech nas po prostu nie lubili. Powiem więcej – lekceważyły nas również inne drużyny, a nawet organizator ligi – mówi nam Wojciech “Tabasko” Kruza o powrocie do profesjonalnej gry, okresie spędzonym we Włoszech oraz planach na kolejny sezon.

Minął sezon zasadniczy, minęły play-offy, minęło European Masters. Czy dziś z czystym sumieniem możesz powiedzieć, że powrót do gry był warty świeczki?

Emocje i to, co czułem podczas wszystkich ważnych serii uświadomiły mi, jak bardzo tęskniłem za League of Legends podczas pracy przy Ultralidze. Co mogę powiedzieć – było warto. Wyniki też połechtały moje ego. Udało mi się wygrać włoską ligę. Awansowałem do fazy grupowej European Masters. Wszystko to znaczy dla mnie bardzo dużo. Dwuletnia przerwa bardzo mnie zmieniła. A dzięki zmianom zacząłem bawić się grą i zupełnie inaczej reagować w sytuacjach stresowych. Powrotu nie żałowałem nawet przez sekundę.

Kiedy przebywałeś na zawodniczej „emeryturze”, zdawałeś sobie sprawę z tego, jak bardzo brakuje ci pewnych aspektów związanych z grą?

Doszło to do mnie dopiero po zakończeniu European Masters i zwieńczeniu włoskiej przygody. Podejmując decyzję o zawieszeniu gry, zabiłem swoje marzenia, szukając stabilności. Dziś tę stabilność mogę osiągnąć, realizując się również jako gracz. Na Summoner’s Rift wracałem więc nie po to, by zaspokoić głód adrenaliny i emocji, ale dzięki temu, że w środowisku rozwinęło się na tyle, że otworzyło się kilka furtek.

Wielu zawodników po odwieszeniu myszki na kołek zdradza, jak bardzo brakuje im rywalizacji. Wygląda na to, że do nich nie należysz.

Doskonale rozumiem ich słowa, ale sam przez większość czasu nie czułem dyskomfortu. Nie grałem zawodowo, ale realizowałem się w innym obszarze. Praca dawała mi bardzo dużo satysfakcji. Współtworzyłem przecież Ultraligę, a dzięki temu mogłem być odpowiedzialny za dalszy rozwój polskiej sceny. Polskiej sceny, na której bardzo mi zależy. Pustkę poczułem dopiero, gdy rozgrywki zaczęły kręcić się na tyle dobrze, że przy projekcie miałem coraz mniej obowiązków. Okazało się, że nie mogę poradzić sobie z nadmiarem wolnego czasu. Wtedy zatliła się myśl o powrocie.

Jesteś wyraźnie mocno związany z projektem. Co czułeś, gdy przyglądałeś się Ultralidze po twoim odejściu.

Gdy jeszcze przy niej pracowałem, łzy w oczach pojawiały się podczas każdego zwieńczenia sezonu. Po odsunięciu się od projektu naturalnie utrzymywałem kontakt z chłopakami, komentowałem ich poczynania, chwaliłem za dobre pomysły. Przez to wszystko śledziłem każdą kolejkę rozgrywek. Szkoda tylko, że w tym sezonie nie zrealizowali czołówki. Za moich czasów to było intro!

Przed rozpoczęciem gry we Włoszech wspomniałeś, że prowadzenie projektu może wzbogacić twoje możliwości drużynowe. Bagaż doświadczeń zdobytych w Ultralidze faktycznie pomógł ci budować zespół?

Przede wszystkim zacząłem znacznie mniej stresować się podczas oficjalnych meczów. Nerwy, które wcześniej zżerały mnie wręcz chorobliwie, nagle zniknęły. Pozwoliło mi to zachować stałą formę zarówno w trakcie treningów, jak i spotkań ligowych. Krótko mówiąc: nauczyłem się luzu i zacząłem bawić się grą. Zainspirowali mnie do tego gracze G2 Esports i mistrzowie Doty 2 z OG. W zespole stałem się też swego rodzaju mediatorem. Pomogłem zawodnikom przekazywać pewne uwagi w taki sposób, żeby nie urazić innych graczy. Jestem innym graczem niż jeszcze dwa lata temu. Mam bardziej otwarty umysł. Jeśli nie zrobiłbym przerwy, dziś prawdopodobnie grałbym w Grimmorze.

Od początku mówiłeś, że celem po powrocie jest awans na European Masters. Udało się. Czy jednak apetyt nie rósł w miarę jedzenia i rozstawiania rywali po kątach włoskiej ligi?

Chciałem zajść jak najdalej w European Masters i wiedziałem, że z moją drużyną jestem w stanie osiągnąć niemało. W styczniu i w lutym graliśmy na dużo wyższym poziomie, ale niestety nie udało nam się do niego nawiązać podczas najważniejszego turnieju. Naturalnie nie zaspokoiłem więc apetytu. Faza grupowa European Masters nic dla mnie nie znaczy. Chcę więcej. Chcę awansować do play-offów.

Krótko mówiąc – sam awans nie jest satysfakcjonującym wynikiem.

Zdecydowanie. W trakcie sezonu drużyna zaczęła grać po prostu gorzej, na co złożyły się problemy organizacyjne oraz wypalenie niektórych zawodników. Trenowaliśmy właściwie codziennie bez przerwy od początku grudnia. Teoretycznie mieliśmy jeden dzień w tygodniu mieliśmy przeznaczać na regenerację, ale nie wiedzieliśmy co ze sobą począć. Wolne też wykorzystywaliśmy więc na treningi indywidualne. Na ostateczny wynik złożyło się dużo rzeczy, ale z dzisiejszej perspektywy wiem, że sami dla siebie byliśmy największym przeciwnikiem.

Co czułeś, gdy już z perspektywy widza śledziłeś więc drogę innych Polaków w European Masters?

Radość i dumę. Zarówno w AGO ROGUE, jak i K1CK reprezentują zawodnicy, którym życzę samych wspaniałości. Od początku chciałem, żeby Mystiques świetnie pokazał się w EU Masters i dzięki temu wrócił do LEC. Kibicowałem też delordowi na nowej ścieżce, a od trzymania kciuków za pukiego bolały mnie wręcz palce. Łukasz to wspaniały człowiek, który zasłużył na sukces i wsparcie. Cieszyłem się po każdej wygranej Polaków, ale kiedy zobaczyłem do jakich rozmiarów rozrosła się akcja stworzona dla pukiego, autentycznie się wzruszyłem. Choć nie wyszedłem z grupy, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że było to najlepsze European Master. Polska scena napisała wspaniałą historię.

Pamiętam słowa o tym, że jesteś zardzewiały. Pamiętam problemy z wbiciem rangi. Pamiętam, jak mówiłeś, że intujesz większość gierek. Obawiałeś się, że po tak długiej przerwie możesz nie podołać na profesjonalnym poziomie? 

Przeżywałem emocjonalną sinusoidę. Kiedy grałem Solo Q, nie mogłem przebić się przez barierę punktową. W głowie pojawiały się wtedy różne myśli i szereg pytań. Może nie jestem tak dobry jak reszta junglerów? Może jestem słaby mechanicznie? Może nie zasługuję na grę w poważnej drużynie? Zawszę wychodzę z założenia, że nie warto obwiniać systemu lub gry. Za niepowodzenia winię siebie.

Nagle dochodziło jednak do sparingów i okazywało się, że ogrywałem poważnych rywali. Widziałem, że nie odstaję od leśników zbierających poklask w innych regionach. To dodawało mi pewności siebie. Kiedy dochodziło do oficjalnych meczów, znałem swój cel. Nastawienie było proste – jestem lepszy od przeciwnika i go zaoram. Zrobię wszystko, czego wymaga ode mnie zespół. W wielu grach takie podejście zaprocentowało.

Po raz kolejny widzimy, jak ważna w budowaniu formy zawodnika jest jego kondycja mentalna.

Psychika ma ogromne znaczenie. Patrząc na to, jak źle czułem się, grając we włoskiej lidze, musiałem odpowiednio nastrajać się przed meczami. Widziałem, że jeśli podejdę do spotkania zdołowany – przegramy. Śmiało mogę powiedzieć, że praca nad sobą podczas dwóch lat przerwy sprawiła, że jestem lepszym graczem, a w konsekwencji pomogła nam wygrać PG Nationals.

Z jakich powodów czułeś się źle we włoskiej lidze?

Przez to, że YDN Gamers tworzyło czterech graczy spoza Włoch, a lokalni toplaner i trener cieszyli się – mówiąc eufemistycznie – różną opinią, nie traktowano nas poważnie. Kibice we Włoszech nas po prostu nie lubili. Powiem więcej – lekceważyły nas również inne drużyny, a nawet organizator ligi. Zdarzały się sytuacje, w których nie dostawaliśmy niezbędnych informacji potrzebnych do wystartowania meczu. Nikt nie uprzedzał nas o obowiązujących patchach, serwerach czy terminach, a następnie z zaskoczenia nas przekroczeniem deadline’u. Ratowali nas zaprzyjaźnieni gracze. Przedstawiciele rozgrywek całkowicie olewali nasze zapytania.

W pewnym momencie Endz otrzymał też bana, z którym nie do końca się zgadzaliście.

Cała ta sytuacja była absurdalna. Drużyny od początku sezonu szukały na nas haka i w końcu nadarzyła się okazja, żeby nam przyłożyć. Po przegranym meczu zostaliśmy oskarżeni o to, że pechowe spotkanie po prostu ustawiliśmy. Bez żadnych dowodów próbowano nas zdyskredytować – wyłącznie na podstawie tego, że w sierpniu 2019 roku Endz obstawił pojedynek w NA LCS. Nagle, po ponad roku od zdarzenia pewna persona przypomniała sobie o całym zdarzeniu i zapragnęła to wykorzystać. Na szczęście mimo bzdurnych oskarżeń udało nam się wygrać sezon.

Jak zareagowała na to społeczność i przedstawiciele Riot Games?

Riot Games szybko przestało interesować się sprawą, a włoscy kibice skreślili nas jeszcze bardziej. Próbowaliśmy przedstawić sprawę z naszej perspektywy, ale społeczność wydała na nas wyrok już wcześniej. Nie zależało nam więc na tym, aby się specjalnie bronić. Skupiliśmy się wyłącznie na tym, żeby dobrze zamienić się rolami i dzięki temu zdobyć tytuł mistrza. Udało się. 

Podejrzewam, że to nie koniec przygód w PG Nationals.

Podczas sezonu dostaliśmy trzy ostrzeżenia za np. śmiech po dobrych zagraniach i eliminacji przeciwnika. Wyobrażasz sobie, żeby graczom Fnatic, G2 Esports czy SKT zakazywano używania emotek po udanym zagraniu? Nas próbowano tępić nawet za głupie wbiegnięcie do fontanny po udanym meczu. Doszło do tego, że jako drużyna baliśmy się zrobić cokolwiek. Każda wiadomość mogłaby stać się pretekstem do tego, żeby wyrzucić nas z ligi.

To nie brzmi, jak środowisko, w którym profesjonalny gracz chciałby się rozwijać.

Od wielu tygodni wszyscy gracze chcieli jak najszybciej skończyć te zmagania i rozpocząć European Masters. Cel był jeden – spieprzać z włoskiej ligi jak najdalej i jak najszybciej. Mieliśmy dość użerania się ze społecznością i organizatorami. Cieszę się, że mam ten etap za sobą.

Wspomniałeś, że powodem nierównego traktowania było posiadanie w drużynie czterech zawodników spoza Włoch. Nazwanie podobnych zachowań rasizmem byłoby przesadą?

Trudno powiedzieć. Choć w lidze traktowano nas jak zespół niższego sortu, spotkania z Włochami poza grą były bardzo miłe. Nie odczułem żadnej niechęci. Wręcz przeciwnie – mieszkańcy lubili Polaków, znali podstawowe zwroty w naszym języku, a nawet wymieniali się ciekawostkami o kraju. Problemem jest tamtejsza społeczność kibiców. Fani są tak zapatrzeni w lokalnych graczy, że momentami dochodzi od sytuacji nie na miejscu.

Sytuacja nie zmieniła się nawet podczas European Masters? Bądź co bądź – reprezentowaliście włoską ligę w głównej fazie ważnego turnieju.

Bardzo dużo ludzi kibicowało Racoon, ciesząc się z ich każdego meczu w Play-Inach. Po tym, gdy odpadliśmy w grupach, kibice szydzili, że poradziliśmy sobie gorzej, bo przecież bardziej „włoska” drużyna zanotowała lepszy bilans. Wspierała nas dosłownie garstka. W European Masters graliśmy dla siebie. Walczyliśmy o swoją przyszłość i potencjalne oferty.  

Szczerze mówiąc – czasami miałem wrażenie, że nawet w Polsce zapomnieli o moim uczestnictwie. W tym miejscu chciałem więc podziękować wszystkim fanom, którzy jednak śledzili włoską scenę i kibicowali mi co mecz razem z TheFakeOne oraz WMCS napędzającymi polską bojówkę.

Na całość możesz spojrzeć z dwóch perspektyw, bo przecież w przeszłości byłeś częścią podobnej komórki organizacyjnej. Doświadczenie zdobywałeś jako gracz i jako pracownik Ultraligi.

Właśnie przez to sytuacje z PG Nationals irytowały mnie podwójnie. Miałem świadomość tego, jak działa polska liga. Znałem mechanizmy, bo przecież sam w niej działałem. 

To, że przez większość sezonu myśleliście głównie o tym, żeby jak najszybciej uciekać z Włoch, nie daje najlepszego obrazu ligi. Raczej nie poleciłbyś jej innym Polakom.

O wielu problemach nie mogę mówić. Dodam tylko, że lokalne organizacje esportowe nie mają najlepszego zaplecza, a pandemia koronawirusa jeszcze bardziej pogrąży tamtejszą scenę. Część klubów już się z esportu wycofała, a inne znacznie zmniejszyły swoje budżety. Pieniądze które dziś oferują są zdecydowanie za małe, by móc się z nich utrzymać. Jeśli ktoś karierę chciałby rozwijać właśnie we Włoszech – niech z dystansem spogląda na nadchodzący sezon. Obowiązujący w nim poziom będzie bardzo niski, a nawet my mieliśmy problem, by znaleźć kompanów do trenowania. Zespoły z innych regionów nie patrzą poważnie na włoską ligę. Gdyby nie K1CK i Movistar Riders, właściwie nie moglibyśmy przygotowywać się na zespoły z czołówki Europy. Bardzo dziękuję im za to, że dali nam szansę.

Wybrałeś Włochy, bo ofert z innych regionów brakowało, ale i tak każdy dzieciak mógłby ci zazdrościć. Wyjazd do Rzymu, żeby grać w Ligę Legend brzmi jak spełnienie marzeń. 

Chciałem zmienić coś w swoim życiu, bo nigdy nie byłem zagranicą. To właśnie udział we włoskiej lidze umożliwił mi grę w międzynarodowej drużynie. Wyjazd potraktowałem też jak okazję do pracy nad sobą. Spakowałem sporo książek, planowałem regularnie odwiedzać siłownię, chciałem zacząć się lepiej odżywiać. Kiedy dotarłem jednak na miejsce, zderzyłem się z inną rzeczywistością. Apartament, w który mieszkało osiem osób, miał tylko trzy pokoje. Nie był zresztą gotowy, więc przez pierwszy tydzień trenowaliśmy w pobliskiej kafejce z przestarzałym sprzętem. Początkowe dni podłamały nas do tego stopnia, że nie spełniłem planów. Skupiłem się tylko na obowiązkach: grze i tym, żeby pojawiać się w biurze.

Nie żałujesz tego, że poniekąd zmarnowałeś czas? Mimo przeciwności nadal mogłeś nad sobą pracować.

Trochę mam sobie za złe to, że nie przystosowałem się do warunków wystarczająco szybko. Mogłem czas spędzony we Włoszech mógł być bardziej produktywny. Kiedy jednak zauważyłem, że powinienem się zmienić, było już za późno.

Na początku rozmowy zdziwiło mnie, że wolne dni spędzaliście na graniu, bo nie mieliście czym zająć sobie wolnego czasu. Mieszkaliście przecież w Rzymie. Tym Rzymie!

Rzym nie jest tak piękny, jak niektórzy go sobie wyobrażają. Jasne, kilka miejscówek turystycznych pokroju koloseum robi ogromne wrażenie. Samo miasto jest jednak przereklamowane walają się po nim śmieci. Nie poczułem magii związanej z tym miejscem. Często spotykały nas też problemy z transportem. Autobusy jeżdżą tam, jak im się zachce.

Powiedz chociaż, że pizza była dobra!

Muszę przyznać, że pizza, którą zamawialiśmy co poniedziałek, była najlepszą jaką kiedykolwiek jadłem. Żałuję tylko, że nie zdążyłem zjeść lasagne. Aha, lepszą carbonarę niż we Włoszech przyrządza mój przyjaciel, Marcin!

Biorąc pod uwagę wszystko, co dziś powiedziałeś, mam wrażenie, że przedwczesny powrót do Polski bardzo cię nie zmartwił.

Nie żałuję, że wróciłem, ale dołujące są okoliczności, w których się to stało. Kiedy wyjeżdżałem z Polski, zdałem mieszkanie. Organizacja zapewniała, że – jeśli będziemy chętni – przedłuży współpracę z zespołem do letniego sezonu. Miał być większy budżet, wyższe pensje, lepszy gaming house i gruszki na wierzbie. Teoretycznie nie musiałem się więc o nic martwić. 

Po świecie zaczął jednak szaleć koronawirus, co zmotywowało nas do jak najszybszego opuszczenia Włoch. Nie chcieliśmy utknąć w Rzymie, więc każdy z nas wrócił w swoje strony. Uważam, że podjąłem dobrą decyzję, ale… nie byłem na nią gotowy. Przygotowania do końcówki sezonu i European Masters sprawiły, że zabrakło czasu na formalności. Musiałem szybko znaleźć swój kąt, więc od ponad dwóch miesięcy śpię na kanapie u znajomego.

Po European Masters wszystko wróci do normy?

Jasne. Jestem w trakcie szukania mieszkania. W drugiej połowie maja chcę się już przeprowadzić. Gdyby nie Marcin, któremu jestem niezwykle wdzięczny, miałbym problem z kontynuowaniem gry po powrocie do Polski. Dużo mu zawdzięczam.

Fot. Polsat Games

Z racji tego, że zrezygnowałeś z dobrej pracy i masz esportowe doświadczenie, nie mogłeś we Włoszech zgodzić się na ochłapy. YDN Gamers zaoferowało ci dobre warunki?

Pieniądze zawsze stawiam na dalszym planie. To wyniki są najważniejsze. Nawet jeśli ktoś zaoferowałby mi 5 tysięcy euro na rękę, zmuszając przy tym grać w kiepskiej drużynie – nie przyjąłbym takiej propozycji. Nie interesuje mnie zgarnianie kasy. Nie ukrywam jednak, że warunki finansowe zaoferowano mi dobre – bardzo podobne do czołowych organizacji w Polsce. O pomstę do nieba wołały jednak wszystkie inne kwestie.

Uregulowano z tobą wszystkie zaległości?

Przez pandemię koronawirusa organizacja nie dysponowała pieniędzmi, żeby zapłacić nam za okres European Masters. Żeby nie stracić szansy gry, zgodziliśmy się więc reprezentować YDN Gamers za darmo. To świadoma decyzja. Zarząd obiecał, że jeśli zbierze pieniądze, zwróci nam zaległości, ale trudno powiedzieć, czy tak się stanie.

Nie grasz dla kasy. To niezwykle ważne, gdy realizuje się pasję. Kiedy jednak kończyłeś karierę, przyznałeś, że żałujesz lekceważącego podejścia do pieniędzy. Krótko mówiąc – nie odkładałeś. Zmieniłeś podejście?

Zdecydowanie. Dziś odliczam sumę, którą potrzebuję na życie, a resztę pensji przelewam na konto oszczędnościowe. Daje mi to komfort. Jeśli np. nie znalazłbym drużyny na kolejny sezon, mam świadomość, że przez kilka miesięcy poradzę sobie bez pensji. Będę mógł grać wtedy na własną rękę i szukać kolejnych ofert.

Jeśli miałbym spiąć wszystkie wydarzenia towarzyszące włoskiej przygodzie, mógłbym powiedzieć, że nie był to łatwy okres. Koniec końców bilans jest jednak chyba dodatni.

W trakcie sezonu rozwinąłem się jako gracz i lider. Jeśli spotkam w drużynie mniej doświadczonych graczy, będę wiedział, jak ich poprowadzić. Potrzebowałem drużyny pokroju YDN Gamers. Podejrzewam, że jeśli od razu dołączyłbym do polskiej formacji, prawdopodobnie skończylibyśmy nisko, a w konsekwencji nie dostałbym szansy w następnym sezonie. Pobyt we Włoszech napędził moją karierę.

Czytelnicy będą wdzięczni za szczegóły. W jakiej drużynie zobaczymy cię w kolejnym sezonie?

Wracam do Polski. Cieszę się, że w zespole będę miał zawodnika, z którym zawsze chciałem tworzyć skład. Siedząc we Włoszech, bacznie go obserwowałem i wiem, że ma potencjał na bycie kolejnym talentem na skalę europejską. Nie mogę doczekać się kolejnego sezonu Ultraligi. Więcej zdradzić nie mogę. Powiem tyle – dużo się nie zmieni. 

Całkowicie skreśliłeś kolejny wyjazd zagranicę?

Zastanawiałem się nad Francją, Hiszpanią czy Niemcami, ale wszystko zależało od mojego występu na European Masters. Otrzymałem nawet propozycje testów w dwóch zespołach, ale kiedy przyszła do mnie oferta z Polski – długo się nie zastanawiałem. W składzie widzę potencjał na czołowe lokaty, a organizacji jestem w stanie zaufać. Więcej nie potrzebuję. Z polską sceną jestem ponadto bardzo związany i chcę dążyć do tego, żeby jak najlepiej reprezentować ją na arenie międzynarodowej.

Czujesz, że znajdzie się dla ciebie miejsce obok innych leśników znad Wisły?

Gra jest dziś bardzo drużynowa, więc nie chcę stawiać się niżej czy wyżej danych leśników. Wierzę jednak, że jestem w stanie rywalizować z każdym. Najbardziej chciałbym rzucić wyzwanie Shlatanowi, bo uważam, że jest rewelacyjny we wczesnym etapie rozgrywki. Lubię oficjalne mecze przeciwko wymagającym rywalom.

Pamiętam wywiady z okresu, kiedy kończyłeś grać. Brzmiałeś w nich na świadomego, spokojnego, zdecydowanego i pogodzonego z decyzją gościa. Jeśli z dzisiejszej perspektywy miałbyś powiedzieć, co sprawiło, że znów poczułeś głód gry i zapragnąłeś wrócić na profesjonalną scenę, na co zwróciłbyś uwagę?

To chyba prostsze niż myślisz. Wróciłem dzięki Woolite’owi. Gość jest dla mnie wzorem do naśladowania. Decyzje o powrocie podjąłem, kiedy doszedł do czołowej czwórki LEC. Chłop w pewnym momencie kariery został zepchnięty z najważniejszych rozgrywek, ale dzięki ciężkiej pracy po czterech latach powrócił na najwyższy poziom. A w dodatku zajął czwarte miejsce w sezonie! Jeśli Paweł był w stanie wyjść z tak głębokiego dołu i powrócić do LEC w niezłym stylu, udowadniając wszystkim krytykom, że się mylą – to mi też może się to udać. 

Prawdopodobnie iskrzą się więc w tobie marzenia nie tylko o mistrzostwie Ultraligi czy European Masters, ale również o postawieniu stopy na scenie LEC.

To moje marzenie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, jak daleka to droga. Najpierw chciałbym znów wygrać w Polsce, następnie pokazać się z dobrej strony w Europie, by w konsekwencji wejść wyżej. Ludzie przykładają ogromną wagę do wieku, a ja w tym roku skończę dwadzieścia pięć lat. Czas nie gra na moją korzyść. Mimo to mam nadzieję, bo Joker dostał się przecież do LCK w wieku dwudziestu siedmiu lat. Na świecie wszystko jest możliwe. Odpowiednie nastawienie i ciężka praca pomogą mi to udowodnić. Zrobię wszystko, żeby kiedyś awansować do LEC. To nie musi zdarzyć się jutro, za miesiąc czy rok. Jeśli kiedyś osiągnę swój cel – będę spełniony.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze