SZPERO: Dostałem propozycję od iHG, ale wolałem zbudować nowy zespół w Wiśle
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

SZPERO: Dostałem propozycję od iHG, ale wolałem zbudować nowy zespół w Wiśle

20.03.2020, 17:44:18

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo przeciętne. Bezpośrednio wynika to z tego, co siedzi w mojej głowie. Przez wciąż powtarzające się porażki straciłem pewność siebie. Doszła do tego presja związana z odpowiedzialnością za zbudowanie drużyny i szereg innych obowiązków. Trudno było mi się ostatnio odnaleźć – mówi nam Grzegorz “SZPERO” Dziamałek o kryzysie indywidualnym, gorszym okresie w Wiśle All in! Games Kraków, przebudowie drużyny i młodej krwi na polskiej scenie.

Gdyby dłużej się nad tym zastanowić, twoja kariera od momentu posadzenia na ławce Teamu Kinguin to ciągły chaos. Jeśli nie zmieniasz drużyn, to wiele zmienia się w samych drużynach.

Być może ze stabilnością nie było mi po drodze, ale nie doszukiwałbym się w tym chaosie samych wad. Kiedy nie mogłem aktywnie grać na ławce w Team Kinguin, faktycznie było trudno, ale gdyby nie ten epizod – nie powstałby Adwokacik. Adwokacik, którym wywołaliśmy przecież sporo szumu. W AGO Esports z kolei spędziłem dziesięć miesięcy. Nie był to może najlepszy okres, ale przecież zdobyliśmy swoje – ze srebrnymi medalami WESG na czele. To jednak właśnie z Wisłą Kraków wiążę nadzieje na to, żeby w końcu wprowadzić do mojej kariery trochę stabilizacji i sukcesów. Liczę na to, by spędzić w klubie dużo czasu. 

Nie odczuwasz jednak irytacji, że każdy ze wspomnianych przez ciebie etapów zaczynał się bardzo dobrze, ale w pewnym momencie wszystko dążyło do katastrofy?

W pewnym sensie tak, ale jest to bardzo częste zjawisko na scenie CS-a. Powstanie nowej lub przebudowa istniejącej drużyny niemal zawsze daje zawodnikom sporą motywację, sprawiając, że pierwsze miesiące są z zasady świetne. Każdy angażuje się wtedy na sto procent, a to rodzi pozytywne wyniki. Zawsze jednak przychodzą pierwsze problemy. Sęk w tym, żeby to wspólnie przetrwać i jeszcze więcej trenować, pokonując przeszkody. W momentach kryzysowych zawodnicy często odkrywają swoją prawdziwą twarz. Wychodzi z nich to, jak bardzo zależy im na zespole. Pojawiają się też tarcia. A kiedy nie wszyscy mają podobną wizję funkcjonowania składu, trudno iść dalej.

Na zmiany w Wiśle – w porównaniu do innych ekip z Polski – czekaliśmy stosunkowo długo. Wiele innych składów wprowadziło sporo zamieszania na długo przed wami. Co przelało w końcu czarę goryczy?

O roszadach w składzie myśleliśmy dużo wcześniej, ale nie chcieliśmy śladem reszty polskich zespołów od razu zmieniać zawodników. Czasem warto dać szansę drużynie, zamiast kierować się impulsem. Kryzys zaczął się jednak pogłębiać, wyniki były coraz gorsze, a wewnętrzne problemy sprawiały, że część zawodników nie chciała grać z innymi. Krótko mówiąc – zaczęło się sypać. Każdy z graczy w takiej sytuacji najpierw powinien krytycznie spojrzeć na siebie. W naszym składzie problemów zaczęliśmy doszukiwać się jednak w innych. Ostatecznie w drużynie powstały dwa obozy. Jeden złożony był z ludzi, którzy chcą pracować nad tym, by zespół się rozwijał. Drugi z kolei po prostu sobie grał. To dlatego w pewnym momencie w składzie zostałem z myniem i jedqrem.

Jeśli dobrze rozumiem, wasza trójka należała do obozu, który chciał ciężko pracować?

Można tak powiedzieć. Staram się być neutralny, dając graczom szansę na poprawę swojej pozycji, ale jeśli po wielu tygodniach prób nic się nie zmienia – trzeba reagować. Niektórym zawodnikom brakuje po prostu sportowych charakterów. Nie mają wewnętrznego głosu, który popycha ich do ciągłego rozwoju i trenowania na pełnych obrotach. Brak trenera też zrobił swoje. Jeśli chodzi o aspekty taktyczne, wszystko spoczywało na barkach moich i mynia. Gdyby wcześniej ktoś spojrzał na sprawę z dystansu i zaczął układać w zespole pewne klocki, może historia potoczyłaby się inaczej.

Jak bumerang powraca temat polskiej sceny, na której brakuje ambitnych graczy, którzy byliby w stanie poświęcać się dla dobra zespołu. 

To jeden z wielu problemów, który dręczy nasze środowisko. Część graczy myśli, że najważniejsza jest liczba wbitych godzin na Steamie, albo meczów na pugach. Gdyby zawodnicy przykładali się jednak z takim samym zaangażowaniem do rozwoju drużyny, bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Nie chciałbym wyliczać jak w większości wywiadów, że “oni” nie pracowali, a ja dawałem z siebie wszystko. Nie można jednak ukrywać, że trudno znaleźć dziś piątkę, w której każdy będzie zasuwał. Nie bez powodu Polska przechodzi przez taki kryzys.

Jako gracz, który na scenie spędził długie lata i może pochwalić się sporym doświadczeniem, zauważyłeś, że z biegiem czasu zawodnicy zaczęli mniej przykładać się do gry?

Czasy się zmieniają. Żeby być na topie kilka lat temu, nie trzeba było się przykładać tak, jak teraz. Mogę szczerze powiedzieć, że w czasach Teamu Kinguin wcale ciężko nie trenowaliśmy. W składzie mieliśmy jednak bardzo dobrych graczy i to wystarczyło, żeby wówczas zbliżyć się do czołowej dziesiątki świata. Dziś ekipy złożone ze świetnych strzelców mają problem w otwartych kwalifikacjach. Poziom wzrósł, wyrównał się i indywidualne umiejętności nie wystarczają do tego, żeby odnieść sukces. Należy większą wagę przykładać do zespołu, zagadnień taktycznych, oglądania dem. Nie każdy to zrozumiał.

Formuła miksu dobrych kolegów, w którą tak bardzo wierzyłeś po odejściu z AGO Esports, doszczętnie się wyczerpała? 

Zdarzy się, że miks raz na jakiś czas solidnie zaskoczy. Na przykładzie Adwokacika: wygraliśmy przecież Polską Ligę Esportową czy też awansowaliśmy na V4 Future Sport Festival. Nie można upatrywać w tym jednak sukcesu długoterminowego. Właśnie dlatego po dołączeniu do Wisły Kraków przekształciliśmy zlepek graczy w prawdziwą drużynę. O ile na początku widzieliśmy pozytywne efekty, o tyle w końcu coś pękło. Być może przez to, że część z nas była za bardzo przyzwyczajona do miksowego stylu gry.

Morelz powiedział nam, że podczas meczów działy się w waszej drużynie dziwne rzeczy, co decydowało o wynikach. Narzekał na to, że dużo rozmawiacie, ale nikt nie wyciąga z dyskusji odpowiednich wniosków. 

Pod koniec tak było. Przez to, że przegrywaliśmy zdecydowanie więcej niż wygrywaliśmy, atmosfera w składzie zrobiła się gęsta i trudno było nam grać tak jak wcześniej. Morelz ma racje, lecz nie zgadzam się ze wszystkim, co po odejściu powiedział. Wcześniej odbyliśmy wiele rozmów również o jego podejściu do gry drużynowej. W postawie Piotra też niewiele się zmieniło.

To faktycznie on zdecydował o odejściu?

Jeśli mam być szczery – pierwsze myśli o odsunięciu kap3ra i morelza pojawiły się w naszych głowach na początku stycznia. Od tego momentu przeprowadziliśmy wiele rozmów, czas płynął, a wyników wciąż brakowało. Kiedy ostatecznie zdecydowaliśmy się na zmiany, Piotr sam zaproponował odejście. Można więc powiedzieć, że wyprzedził przyszłość.

Wywołałeś też temat kap3ra, który sam przyznał, że w pewnym momencie zaczął mieć problemy mentalne. Możemy w tym doszukiwać się powodów jego odsunięcia?

Kap3r jest bardzo dobrym zawodnikiem, ale faktycznie ma pewne problemy. Nakłada na siebie za dużą presję, a kiedy przestaje wychodzić mu indywidualnie – całkowicie się wyłącza. W chwilach słabości nie potrafi zapomnieć o gorszej formie, skupiając się na zespole. Zresztą on sam wiedział, że potrzebuje przerwy. Mimo wszystko chciałbym w przyszłości kontynuować z nim grę i mam nadzieję, że nasze drogi znów się przetrą. Kacper potrzebuje jednak czasu na to, by wszystko sobie poukładać. Powinien znaleźć nieco słabszy zespół, w którym nabrałby pewności siebie.

Momenty, w których musisz wyrzucić z zespołu kumpla, prawdopodobnie nie są komfortowe.

Są bardzo trudne. W swojej karierze miałem jednak kilka takich sytuacji. Wcześniej rozstawałem się też z innocentem czy MICHEM, z którymi wciąż utrzymuję dobre relacje. Z kap3rem też wszystko sobie wyjaśniliśmy. W podobnych sprawach nie można patrzeć wyłącznie na znajomości. Jeśli zespół nie funkcjonuje, trzeba działać. Jestem osobą w dużej mierze odpowiedzialną za to, żeby Wisła dobrze prosperowała. Robię więc wszystko, żeby za jakiś czas zespół walczył o najcenniejsze trofea.

Kap3r wspomniał o problemach z głową. Wcześniej podobne tematy podejmował MINISE, patitek i wielu innych zawodników. Mam wrażenie, że ostatnie kilkanaście miesięcy to dla polskich graczy nieustannie ciągnący się „blue monday”. Odczuwasz na scenie depresyjną atmosferę?

Coś w tym jest. Sam niejednokrotnie mierzyłem się z gorszymi okresami, a podobne problemy miało lub ma wielu innych zawodników. Każdy z nas napędzany jest zwycięstwami. Chcemy po prostu wygrywać. Ostatnio polskie zespoły sukcesy omijają jednak szerokim łukiem. To boli – szczególnie tych, którzy osiągali niegdyś wielkie rzeczy, a dziś mają problem w lokalnych rozgrywkach. Dochodzi do tego fakt czytania niepochlebnych komentarzy czy artykułów, co mocno odbija się na psychice. Niektórzy podobne rzeczy potrafią przepracować sami. Część graczy ewidentnie potrzebuje jednak psychologów.

Jak jest w twoim przypadku?

Sam nie korzystałem jeszcze z usług specjalisty, ale tego oczywiście nie wykluczam. Kiedy nadchodzą gorsze okresy, potrzebuję po prostu wyciszenia i kilkudniowego odpoczynku. Muszę na chwilę zapomnieć o CS-ie czy w ogóle komputerze. Po czasie wszystko wraca do normy.

To temat bardzo rzadko podejmowany. Społeczność myśli raczej, że esportowcy są nieustannie szczęśliwi. W końcu realizują pasję i jednocześnie zarabiają niemałe pieniądze.

Problem w tym, że niewielu zawodników otwarcie przyzna się do tego, że ma problemy. To wciąż niewygodny i stygmatyzowany temat. Dochodzi do tego opinia społeczna, bo – tak, jak mówisz – większość uważa, że nie możemy być nieszczęśliwi. 

Sam kilka dni temu napisałeś, że mierzysz się z gorszym okresem, a to wpływa na twoją formę. Pamiętasz, żebyś w karierze wpadł w głębszy dołek?

Ostatnie miesiące były dla mnie bardzo przeciętne. Bezpośrednio wynika to z tego, co siedzi w mojej głowie. Przez wciąż powtarzające się porażki straciłem pewność siebie. Doszła do tego presja związana z odpowiedzialnością za zbudowanie drużyny i szereg innych obowiązków. Trudno było mi się ostatnio odnaleźć.

Jeśli forma się nie poprawia, pewność siebie spada. Jeśli pewność siebie spada, forma się nie poprawia. Mówimy o zamkniętym kole, z którego trudno uciec.

Jest dokładnie tak, jak mówisz. Dochodziło więc do tego, że podczas sparingów grało mi się naprawdę dobrze. Kiedy rozpoczynały się jednak mecze oficjalne, wszystko się sypało. Nie mam pojęcia, z czego wynika to wahanie formy. Być może za bardzo zależy mi na tym, żeby za wszelką cenę nawiązać do postawy z przeszłości lub chcę udowodnić krytykom, że są w błędzie. Liczę na to, że wszystko odpowiednio się ułoży, kiedy na ostatni guzik dopniemy nowy skład.

SZPERO-Wisła-2

Nie bałeś się – biorąc pod uwagę wyniki i to że sam przyznałeś się do słabszej formy – że drużyna w pewnym momencie może cię skreślić? Wiem, że odpowiadasz za projekt, ale przykład HUNDENA pokazał, że wszystko jest możliwe.

Zawsze wszystko może się zdarzyć. Wydaje mi się jednak, że jak mało kto przykładam się do rozwoju drużyny. Uważam też, że – choć ostatnio nie czułem się w grze najlepiej – czysto statystycznie wypadałem całkiem dobrze na tle drużyny, mimo że nie mam potrzeby bycia starplayerem. W kluczowych momentach zawsze dawałem radę, czy to w Wiśle, czy wcześniej w AGO. Ambicja każe mi jednak ciągle się rozwijać i jeszcze sporo udowodnić. Na pewno potrzebuję stabilizacji.

Mówiliśmy już o morelzie i kap3rze. Uciekł nam jednak temat jedqra, którego wymieniłeś w „obozie chcącym pracować”. Dlaczego Grzegorz ostatecznie znalazł się więc w Illuminar Gaming?

To dziwna sytuacja. Po odsunięciu morelza i kap3ra zostało nas trzech. Na bazie testów mieliśmy znaleźć odpowiedni duet, dobrać trenera i w końcu zacząć poważną grę. Nagle jednak skontaktowali się z nami ludzie z Illuminar Gaming, którzy poszukiwali dwóch graczy do drużyny – w tym prowadzącego. Rolę IGL-a zaproponowano mnie, jedqr z kolei miał zostać typowym gościem od strzelania. W międzyczasie iHG kontaktowało się też z myniem. Razem z Wiktorem stwierdziliśmy jednak, że zostaniemy w Wiśle i będziemy budować nowy zespół. Grzegorz dostał natomiast wybór. Zdecydował się odejść, a my nie chcieliśmy go w żaden sposób blokować. Jeśli ktoś sądzi, że w innym zespole odnajdzie się lepiej, nie będę na siłę trzymać go przy sobie.

Nie dziwi cię jego decyzja? W Illuminar Gaming też nie jest przecież kolorowo. 

Na pewno trochę dziwi, tym bardziej, że on również obstawał za tym, by wprowadzić w Wiśle zmiany. Być może zadecydowały dobre relacje z trenerem iHG – imd. Nad naszym zespołem krążyło wtedy dużo znaków zapytania, więc może to było powodem. Po czasie widać jednak, że Illuminar też nie może poradzić sobie z szeregiem problemów drużynowych i trudno powiedzieć, co za jakiś czas będzie z tym składem. Szkoda, że jedqr nie zaufał mi oraz myniowi w tworzeniu nowej drużyny.

Odejście jedqra musiało wprowadzić w wasze szeregi dodatkowy chaos. Dobranie do zespołu dwóch graczy znacznie różni się od – co tu dużo mówić – stworzenia praktycznie nowego składu.

Nasza wizja zmieniła się, ale nie zaczęliśmy dramatyzować. Wręcz przeciwnie – stwierdziliśmy, że w duecie łatwiej będzie nam uporządkować projekt. Mamy z myniem podobne podejście do tego, jak powinna funkcjonować drużyna. Najwięcej kłopotów zrodziło jednak to, że jedqr odszedł dzień przed zatwierdzeniem składów w ESEA Mountain Dew League.

Kiedy zobaczyłem, że sezon dogracie z mouzem, ponczkiem i byalim, solidnie się zdziwiłem.

Szukaliśmy po prostu wolnych agentów, którzy mogą pochwalić się dobrą grą indywidualną. Nie mieliśmy dużo czasu, żeby kombinować, a wspomniana trójka zgodziła się nam pomóc. Poniekąd zaufaliśmy po prostu swoim znajomym.

Najbardziej zaskakującym wyborem był chyba byali, który już wcześniej próbował swoich sił w Adwokaciku. Zgodnie stwierdziliście wtedy, że wasze style do siebie nie pasują.

Paweł jest bardzo dobrym zawodnikiem, który moim zdaniem ma w głowie jakąś blokadę. Widać, że chce grać dalej, i myślę, że jakby solidnie przysiadł do treningów, mógłby wrócić do czasów swojej świetności. 

Co do MDL – chcieliśmy dograć sezon z ludźmi, z którymi dobrze się znamy. Można powiedzieć, że  ten sezon był w pewnym sensie przejściowym. Wiedzieliśmy, że raczej nie awansujemy do play-offów, ale z drugiej strony mieliśmy pewność udziału w barażach. Nie zakładaliśmy jednak, że przegramy wszystkie mecze…

Seria dziesięciu przegranych z rzędu stała się symbolem kończącym pewien etap w Wiśle. Jasne, trudno analizować jakikolwiek z meczów MDL z racji turbulencji w składzie. Już wcześniej zawodziliście jednak w wielu kwalifikacjach. Nie jest tak, że jako zespół nie byliście przygotowani na grę przeciwko zagranicznym zespołom?

Nie zgodzę się, bo wyniki mieliśmy przyzwoite, nie licząc otwartych kwalifikacji. Od początku jednak brakowało nam odpowiedniego sztabu, a przede wszystkim trenera. Nie chcę gdybać, ale jeśli mielibyśmy za plecami szkoleniowca, być może zdobylibyśmy ESL Mistrzostwo Polski. Potrzebowaliśmy kogoś, kto porządnie by nami potrząsnął, ograniczył zespołowy luz i wprowadził nowe zagrania. Do gry podchodziliśmy oczywiście poważnie, ale brakowało nam twardej ręki w niektórych momentach. Nie pozbyliśmy się wszystkich naleciałości miksu.

Z czego wynikało to, że tak długo zwlekaliście z zakontraktowaniem trenera?

Z jednej strony na rynku nie było wielu opcji. Wszyscy znani nam trenerzy, którym warto było zaufać, mieli obowiązujące kontrakty. Poza tym przez pierwsze miesiące chcieliśmy ułożyć grę sami. Początkowo nam to wychodziło, aczkolwiek pojawiające się kryzysy udowodniły, że bez szkoleniowca najzwyczajniej w świecie sobie nie poradzimy. 

Dziś w Wiśle trwa jednak rewolucja. Przeprowadzić pomoże ją Loord, z którym łączysz siły po dwóch latach przerwy. To chyba jeden z najbardziej pozytywnych momentów ostatnich miesięcy. 

Na zakontraktowanie Loorda naciskałem  od momentu, gdy dowiedziałem się, że Mariusz rozstał się z ARCY. Kiedy zrodziła się więc możliwość współpracy z nim, od razu poinformowałem o tym odpowiednich ludzi. Doskonale pamiętam czasy Teamu Kinguin. Pod względem taktyczno-drużynowym współpracowało mi się z nim, jak z nikim innym. 

Prowadzicie testy. Testy, w których daliście szansę kilku młodym graczom. To moment, w którym na polską scenę wreszcie wpompowana zostanie świeża krew?

Po testach z młodymi graczami spodziewałem się większych problemów. Nie jest jednak idealnie. W mediach często podnoszony jest temat profesjonalnych zespołów, które nie dają szans nowym twarzom. O ile na zagranicznych scenach młodzi za wszelką cenę chcą pokazać się innym i sami tworzą drużyny, z których się następnie wybijają, o tyle w Polsce taki proces zupełnie nie istnieje. Zawodnicy skupiają się wyłącznie na ligach pokroju Pasha Gaming School czy FACEIT. Szukając kandydatów do zespołu, musimy analizować więc rankingi tego typu rozgrywek. Tak być nie powinno. Zawodnicy tego pokroju mają wysokie umiejętności indywidualne, ale trafiają na testy do zespołu i kompletnie nie potrafią się w nim odnaleźć. Chcielibyśmy polskiego ZywOo, ale jeszcze sporo czasu minie, nim kogoś takiego odnajdziemy.

Nie tak powinien wyglądać scouting nowych twarzy i to faktycznie wyraźny problem. Problemem jest też to, że jako doświadczeni gracze graliście w Polsce chyba w każdej możliwej konfiguracji.

Może nie w każdej, ale faktycznie wielu zawodników zna się już jak łyse konie. Dlatego też – mimo niesprzyjających warunków – wciąż próbujemy szukać nowych graczy. Znaleźliśmy zresztą kilku kandydatów. W wielu z nich brakuje mi jednak sportowej zawziętości i czystej chęci osiągania sukcesu. Utalentowani strzelcy więcej zyskaliby na próbie stworzenia drużyny, trenowania z innymi zespołami i starcia w kwalifikacjach, niż bezproduktywnym zarywaniu nocek na FACEIT.

Tym bardziej że okres kryzysu na polskiej scenie sprzyja niespodziankom. Łatwiej zwrócić na siebie uwagę, gdy większość zespołów z czołówki zawodzi.

Zdecydowanie. Dziś właściwie każdy miałby szansę pokazać się kibicom, bo aktualnie na polskiej scenie zdrowo funkcjonują tylko trzy drużyny: AVEZ Esport, x-kom AGO i Actina PACT. Reszta ekip jest w przebudowie.

W kuluarach mówiło się, że wciąż testujecie mouza i ponczka, macie na oku hadesa czy też mniej znanego fanatyka. Lista potencjalnych zawodników Wisły powiększyła się?

Gramy z ponad dziesięcioma graczami i każdy z nich wciąż jest brany pod uwagę. Sprawdzamy również różne warianty, jeśli chodzi o role w zespole. Wszystkiemu przygląda się Loord i wspólnie wyciągamy wnioski. Planujemy zakończyć testy pod koniec marca.

Z jakim nastawieniem – analizując ostatnie miesiące i to, co dzieje się podczas testów – patrzysz więc w przyszłość?

Rozpiera mnie pozytywna energia. Bardzo ucieszyło mnie dojście Loorda, a codzienne treningi pokazują, że nawet w zmiennym składzie jesteśmy w stanie zagrozić dobrym drużynom. Nie chcę mówić o byciu najlepszym zespołem w Polsce, bo nie tylko na tym nam zależy. Wierzę jednak, że Wisła w końcu będzie mogła chwalić się sukcesami na międzynarodowej scenie. Wszystko idzie w dobrym kierunku.

Fot. Wisła All in! Games Kraków / Łukasz Twardowski