Stypułkowski: Przed esportem ogromne wyzwanie. Musi udowodnić, że potrafi bronić się jako biznes
Biznes
CS:GO
League of Legends
POLSKI ESPORT
Pozostałe
Wywiady

Stypułkowski: Przed esportem ogromne wyzwanie. Musi udowodnić, że potrafi bronić się jako biznes

07.03.2020, 13:00:00

Mamy plan na kolejne trzy lata rozwoju rozgrywek. Martwi mnie jednak brak wiary społeczności w nasze poczynania. Łatwo zniechęcić do siebie ekspertów z Twittera jednym mniej efektownym  sezonem – mówił nam Krzysztof Stypułkowski. Współzałożyciel i członek zarządu fantasyexpo podsumował poprzedni rok działalności firmy, a w tym Polskiej Ligi Esportowej, a także wybiegł nieco w przyszłość.

Pod koniec 2018 roku z dużym przekonaniem powiedziałeś mi, że kolejne dwanaście miesięcy w waszym wykonaniu będzie rokiem graczy – niekoniecznie hardcore’owych fanów esportu. Jesteś zadowolony z waszych poczynań?

Jestem przekonany, że udało nam się ten plan zrealizować. Może nie odnieśliśmy na tej płaszczyźnie bardzo głośnego sukcesu, ale skupiliśmy się na czymś innym niż szukaniu poklasku.  Wystarczy nam pewność, że z perspektywy biznesowej był to świetny ruch, a jego potencjał jeszcze bardziej wybrzmi w kolejnych latach. 

Jak mantrę będę powtarzać, że gracze chcą po prostu grać. Jako fantasyexpo nie tylko o tym pamiętamy, ale przede wszystkich chcemy im to umożliwić. Prowadzimy dwa projekty, które bardzo mocno skupiają się na graczach – zarówno pod kątem biznesowym, jak i rozwojowym. Z jednej strony widzimy Pasha Gaming School uruchomione po zakończonej współpracy z PPL-em. Z drugiej strony jest Dywizja Profesjonalna Polskiej Ligi Esportowej, w której rosło nam wiele talentów realnie stanowiących dziś o sile sceny. Oba projekty rozwijają się świetnie.

Oba projekty skupiają się też wyłącznie na Counter-Strike’u.

W tej materii skupiliśmy się tylko na Counter-Strike’u, ale w tym roku zrobimy krok dalej. Pracujemy już nad tym, by rozbudować ofertę o kolejne gry. Wierzymy, że idąc tą drogą, wskoczymy na wyższy poziom. Chcemy wskrzesić starą, renomowaną markę.

Z perspektywy czasu nie żałujecie więc rozłożenia akcentów i pewnym wycofaniu się z walki o największe kąski profesjonalnej sceny? 

Na pewno nie jest tak, że złożyliśmy broń. Walczyliśmy. Zdziwiłbyś się zresztą jak mocno. Bardziej atrakcyjną ofertę przygotowaliśmy po prostu dla zawodników niedzielnych, którzy byli dla nas kluczowi. W firmie przestaliśmy najzwyczajniej w świecie skupiać na perspektywie rocznej. Kiedy zabieramy się za coś dziś, na działania patrzymy pod kątem rozwoju wieloletniego. W branży bardzo zapatrzyliśmy się na show budowane wokół najlepszych graczy i największych drużyn. Mimo to na terenie Polski rozgrywki profesjonalistów nie budzą ogromnego zainteresowania. Zaczęliśmy przygotowywać więc grunt na przyszłość. Mamy na to długoletnią strategię.

Da się odczuć, że jako fantasyexpo duży nacisk postawiliście jednak na działania agencyjne. To one odcisnęły na branżę większe piętno niż organizowane przez was rozgrywki.

Abstrahując od mojego ego, mogę śmiało powiedzieć, że jesteśmy w tym aspekcie bardzo sprawni. Powiem więcej – czujemy się liderami. Ściągamy najwięcej marek, których działaniami następnie operujemy, stajemy na czele licznych kampanii, stawiamy duży nacisk na rozwój tego segmentu branży, organizując konferencje i uczestnicząc w tych prowadzonych przez inne firmy. Dla części konkurencji jesteśmy przykładem. Nie ukrywam, że agencja jest podstawą naszego biznesu. Zawsze nią była. W tym roku faktycznie można było zauważyć jednak diametralny jej rozwój. Bardzo mocno rozbudowaliśmy zespół, inwestując w świetnych ludzi. 

W zeszłym roku stanęliście za plecami pashyBicepsa. To ogromny sukces, jeśli brać pod uwagę rozwój influencerskiego portfolio.

Na początku roku postanowiliśmy sobie, że w branży influencerskiej chcemy zostać butikiem dla największych. A Jarek bezsprzecznie należy do ścisłej czołówki. Mówimy przecież o jednym z najpopularniejszych graczy na całym świecie. Namówienie go do rozpoczęcia z nami współpracy nie było więc łatwe. O to, żeby związał się z naszą firmą, zabiegaliśmy od wielu lat. Przygotowywanie gruntu rozpoczęliśmy na długo przed zmianami ogłoszonymi przez Virtus.pro i w końcu się to opłaciło. Sam pasha to zresztą wielki profesjonalista, który bez większych problemów wywiązuje się ze swoich obowiązków. Właśnie przez zaangażowanie i nastawienie projekty z jego udziałem najzwyczajniej w świecie wychodzą.

Jako jego agencja uczestniczyliście w negocjacjach z x-kom AGO. Wierzysz, że zobaczymy pashę jeszcze w roli profesjonalnego zawodnika rywalizującego o najcenniejsze trofea, czy skupicie się raczej na kampaniach reklamowych i budowaniu społeczności wokół marki osobistej?

Trudno powiedzieć. Mam pewne spojrzenie na ten temat, ale na koniec dnia – bez względu na to, co o tym sądzę – będzie tak, jak postanowi sobie Jarek. Jeśli na Instagramie pojawia się zapowiedź tego, że pashę ciągnie do gry na najwyższym poziomie, to tak właśnie jest. Nie doszukiwałbym się w podobnych komunikatach drugiego dna. Jako agencja nie skupiamy się jednak na aspektach sportowych, choć to w przyszłości może się zmienić. Aktualne największy nacisk kładziemy na zbudowanie wartości rynkowej jego marki osobistej. Wydaje mi się zresztą, że coraz bardziej podoba mu się miejsce, do którego doszedł.

Już w 2020 roku na scenę z buta wjechał projekt Emeritos Banditos. Nagle okazało się, że ludzie nierzadko wolą obejrzeć esportową ligę okręgową, niż Counter-Strike’a na najwyższym poziomie krajowym czy światowym. Spodziewaliście się takiego obrotu spraw?

Jako fantasyexpo w ogóle tego nie planowaliśmy. To po prostu spontaniczny projekt, który powstał w głowach chłopaków. Chcieli zagrać, zebrali się na jednym serwerze i ruszyli do akcji. Nie pracowaliśmy nad tym przez ostatnie miesiące, wobec czego nie stworzyliśmy też długofalowego planu działania. Nie przyświeca nam w tym żaden górnolotny cel wspinaczki z ESEA Open do ESL Pro League. Mimo wszystko dobrze widzieć pięciu gości, którzy wygrywają i mogą cieszyć się z rozgrywki. Podobne akcje charakteryzuje się jednak tym, że pojawiają się i bardzo szybko potrafią zniknąć. Naszą rolą jest to, by maksymalnie wykorzystać komercyjny potencjał drzemiący w Emeritos Banditos. A ten jest gigantyczny.

To bardzo wymowny sygnał mówiący nam o tym, jak wygląda podejście kibiców do oglądania CS-a. Mecz pięciu wygłupiających się gości bez większych problemów wyprzedza liczbowo spotkania najwyżej notowanych ekip z Polski. Nawet redakcje w jednym szeregu obok sprawozdań z DreamHacka zaczęły opisywać poczynania Emeritos Banditos.

Już Fortnite pokazał nam, że widzowie chcą oglądać rozgrywkę z perspektywy danego zawodnika. W takim przypadku niezwykle ważna jest wiarygodność danych streamerów. Od zawsze powtarzam, że pod tym względem izak jest prawdziwym mistrzem: nikogo nie udaje, jest naturalny, wobec czego ludzie mu ufają. Emeritos Banditos również jest projektem niewymuszonym, można powiedzieć – organicznym. Widzowie chcą być blisko popularnych postaci, które dodatkowo mają duże umiejętności. Od dawna zastanawiamy się, jak monetyzować turnieje CS-a oglądane z perspektywy zawodników. Podejrzewam, że takie rozwiązanie mogłoby generować rekordową oglądalność, czego namiastkę mieliśmy podczas ASUS ROG Join the Republic. Specjalnie realizowaliśmy wtedy transmisję z perspektywy izaka.

Trzeba spojrzeć na model biznesowy esportu. Na rynku mamy kilka źródeł przychodu podzielonych – bardzo upraszczając – na sponsorów i licencje telewizyjne. Telewizja przyzwyczajona do swoich trendów interesuje się produktem wysoko profesjonalnym. I to się sprawdza. Najważniejsze rozgrywki świata są realizowane w takiej stylistyce i to w nich doszukuje się ogromnych źródeł przychodu. Z drugiej strony jest też sponsoring, z którego esport wciąż czerpie najwięcej pieniędzy. Projekty pokroju Emeritos Banditos są dużo bardziej atrakcyjne dla sponsorów, niż ogromne turnieje, bo znacznie skuteczniej angażują społeczność.

Rynek transmisyjny również jest dla fantasyexpo niezwykle ważny. W tym obszarze jesteście bardzo aktywni.

Nie różnimy się w tym od TVP, Polsatu czy innych firm, które pozyskują prawa, szukając następnie źródeł monetyzacji zakupionego projektu. Chciałbym jednak zwrócić uwagę również na drugi obszar – rynek producentów, którego świetnym przedstawicielem jest ESL. Oni zajmują się sprzedażą praw. Podobna filozofia przyświeca BLAST-owi. To bardzo perspektywiczne i w najbliższym czasie spodziewałbym się dynamicznego wzrostu środków przeznaczanych na zakup praw telewizyjnych. Polski rynek sprzedaży, na którym jesteśmy jako np. Polska Liga Esportowa wraz z Games Clash Masters czy Good Game League, jest stosunkowo mały i w porównaniu do globalnego rozwija się znacznie wolniej. Żeby wyciągać pieniądze realnie wpływające na biznes, trzeba mocno się napocić. Konkurencja na poziomie turniejów o 100 czy 250 tysięcy dolarów jest ogromna. Wciąż pojawią się nowe projekty pokroju WePlay czy United Masters League.

Śmiało możemy powiedzieć, że na rynku panuje wręcz rozgrywkowy przesyt.

Wszyscy to dostrzegamy. I zbiera to swoje plony. Jeśli podaż jest zbyt duża w stosunku do popytu, cena praw będzie niska. 

To przez niską cenę fantasyexpo relacjonuje tak wiele rozgrywek niższego szczebla?

Nie ma w tym wielkiej filozofii. Przeczesujemy rynek wzdłuż i wszerz, kupując wszystko, co z naszej perspektywy przedstawia się interesująco. Bardzo lubimy produkt, którym jest transmisja. Wydaje nam się zresztą, że jesteśmy w stanie dobrze go wykorzystywać, budując w Polsce największe zasięgi. 

Rok temu zastanawialiśmy się, jak powrót Virtus.pro na polską scenę mógłby wpłynąć na lokalną branżę. Nagle okazało się to możliwe. Jako jedni z organizatorów włączyliście się do walki o ściągnięcie ich do rozgrywek.

Podejrzewam, że nawet podczas meczów nowego składu Virtus.pro wielu widzów szuka na serwerze pashy czy Snaxa. Zarówno my, jak i ESL zdawaliśmy sobie więc sprawę, że obecność Virtusów w rozgrywkach znacznie podnosi ich atrakcyjność. Długo ubiegaliśmy się o to, by zespół się u nas pojawił, bo najzwyczajniej w świecie żadna inna marka nie generuje tak wielkiego zainteresowania ludzi. W końcu się nam to udało, ale hossa nie trwała długo.

Uważam, że za bardzo skupiliśmy się na sprowadzeniu VP gwarantującego złoty strzał zasięgowy, zamiast na konsekwentnym budowaniu bazowej oglądalności. Efekt Małysza szybko się skończył. Rolą organizatorów, mediów i drużyn jest teraz odszukanie i wykreowanie Stocha. Rynek w końcu się przez to wyrówna. Co prawda żadnej formacji prawdopodobnie nie będzie śledzić tyle ludzi, co Niedźwiedzi, ale widzowie, którzy pozostaną na trybunach czy przed monitorami, będą dużo bardziej zaangażowani. Nie skupią się na śledzeniu wyłącznie jednego składu.

Bardzo wymowne jest to, że nawet po znaczących zmianach w składzie i w czasie ogromnego kryzysu, Virtus.pro jako marka wciąż była dla organizatorów niezwykle cenna.

Podczas finałów sezonu wiosennego Polskiej Ligi Esportowej osiągnęliśmy szczyt oglądalności mieszczący się w granicach 25 tysięcy widzów. To niesamowity wzrost. Jestem bardzo zadowolony, że po turbulencjach związanych z sezonem rozgrywek zasadniczych, finały wyszły nam świetnie. Żaden organizowany przez nas turniej nie cieszył się taką popularnością.

A co z berlińskim Majorem? Uważasz polską relację za wasze największe osiągnięcie transmisyjne?

Bardzo podobało mi się, jak przygotowaliśmy całość pod kątem wyprodukowanych treści. Zorganizowaliśmy wszystko w spartańskich, ale planowanych warunkach. Bartek Wilczek ze swoim zespołem zadecydowali o miejscu – ciekawej przestrzeni industrialnej w Warszawie. W tym celu na studio zaadaptowaliśmy Hostel Loft 22, który akurat był w remoncie. Szczególnie podobała mi się atmosfera, jaka panowała na planie. Całe życie ekipy toczyło się w jednym otoczeniu, co bardzo przypominało mi summitowy styl transmisji. 

Co jednak z ostatecznymi liczbami? To przecież dane w Excelu możemy nazwać wymiernym obrazem ewentualnego sukcesu.

Tradycją stało się już to, że zajmujemy się Majorem w drugiej połowie roku. Utarło się  – od czasu PGL Majora w Krakowie – że to produkt, który na stałe wszedł nam do ramówki. Oglądalność była niezła – to jedno, ale nauczyliśmy się też biznesowego podejścia do transmisji. Dobrze wiemy, że nie można zamykać się jedynie na streama. Od 2016 roku zauważamy  regularny wzrost przychodów w tym obszarze. Śmiało powiem, że to zarobkowy projekt, ale nie mogłoby być inaczej. Jesteśmy prywatną firmą bez wielkiego inwestora za plecami, przez co nie możemy w nieskończoność wydawać własnych środków. Żeby nadal pchać esport do przodu, musimy na nim zarabiać.

To, że rozwijacie się na zupełnie innych płaszczyznach rozgrywkowych – mowa o Simracingu czy FIFA – jest efektem tego, że na CS-ie nie można zarobić tak dużo, jak mogłoby się wydawać?

Za nami trzeci rok silnej inwestycji w esport, czego wyrazem jest Polska Liga Esportowa. W planach mieliśmy inwestowanie w projekt przez pierwsze lata, by w końcu zobaczyć efekty pompowanych pieniędzy. I nie ukrywam – rynek budowany wokół Counter-Strike’a trochę nas zaskoczył. Musieliśmy odnaleźć się w niełatwej sytuacji. Na bieżąco analizujemy to, ile przychodu można uzyskać z aktywności wokół danych gier. Stąd wejście w nowe obszary działalności: Simracingu, FIFA czy gier mobilnych. Może nie są to rynki, o których dziś jest bardzo głośno, ale wciąż mówimy przecież o esporcie. 

Rok 2019 był dla was rokiem sprawdzianu, jeśli chodzi o scenę League of Legends. Jak czuliście się jako organizator zepchnięty do wypełnienia off-seasonu?

Nie zostaliśmy do niego zepchnięci. Sami stwierdziliśmy, że chcemy go wypełnić, choć wcale nie musieliśmy tego robić. Umówmy się, trudno konkurować z wspieraną przez Riot Games Ultraligą. Widzimy to, analizując oglądalność. 

W zapowiedziach wasz cykl rozgrywek League of Legends miał wyglądać zupełnie inaczej.

Nabyliśmy odpowiednią licencję, ale finalnie okazało się, że problemem nie do przeskoczenia stał się kalendarz Riotu. Często krzyżował nam plany.

Polska Liga Esportowa w Counter-Strike’a w zeszłym roku również nie zachwycała. Odnoszę wrażenie, że projekt przestał się rozwijać: narracyjnie, sportowo, jakościowo.

Próbowaliśmy zainteresować największych, co udało nam się w pierwszej połowie roku, ale w dwóch kolejnych kwartałach zwolniliśmy. Zabrakło nam prestiżu wielkiego turnieju, do którego można byłoby awansować bezpośrednio z PLE. A to nie jest łatwe. Sam takich zawodów przecież nie zorganizuję. Musimy poszukać więc globalnych partnerów, nad czym aktywnie pracujemy. Mamy plan na kolejne trzy lata rozwoju rozgrywek. Martwi mnie jednak brak wiary społeczności w nasze poczynania. Łatwo zniechęcić do siebie ekspertów z Twittera jednym mniej efektownym  sezonem. 

Sam przyznajesz, że sezon był mniej efektowny.

Wynika to z tego, że przygotowywaliśmy się na rok 2020. Zmienialiśmy zespół zarządzający projektem, podeszliśmy do całości bardziej strukturalnie, zainwestowaliśmy w nowych ludzi – również tych pochodzących spoza branży esportowej. Wiedzieliśmy, że na początku restrukturyzacji możemy wpaść w małe turbulencje, ale przygotowaliśmy grunt pod kolejne działania. Na koniec dnia finały w Rzeszowie obroniły jednak PLE i nie powiedziałbym, że straciliśmy jakąkolwiek szansę.

Nie chcę popadać w skrajności. Dało zauważyć się jednak, że o rozgrywkach w 2019 roku mówiło się z mniejszą ekscytacją niż w roku 2018.

Wszystko zależy od tego, z jakiej perspektywy spojrzysz na rozgrywki. Analizujemy aspekty biznesowe, śledzimy oglądalność, wsłuchujemy się w głos społeczności i jestem naprawdę zadowolony. Oglądalnością – przynajmniej na platformie Twitch – przebiliśmy przecież ESL Mistrzostwa Polski. Zbyt często zapomina się o tym, że Polska Liga Esportowa przez lata zrobiła dla lokalnej branży bardzo dużo. Pod kątem biznesowym musieliśmy zakończyć trzeci rok zmagań bez straty, a przynajmniej znacznej straty. Z drugiej strony – nie chcieliśmy zamykać sobie furtek do rozwoju rozgrywek w przyszłości. Podejmujemy decyzje, które w kontekście PLE zaskoczą jeszcze niejednego. Mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli pochwalić się naszymi planami.

Co natomiast z opiniami społeczności?

Dało zauważyć się to, że narracja budowana przez społeczność nie jest pozytywna. Być może powodem jest to, że zatrudniliśmy osoby spoza branży esportowej, które nie miały dobrego kontaktu z mediami. Zdaję sobie sprawę, że komunikacyjnie mogliśmy do organizacji turniejów podejść nieco lepiej. Zwróciliśmy na to uwagę i musimy włożyć dużo pracy w to, żeby ludzie nie byli tak zero-jedynkowi w ocenie naszych poczynań. 

Zero-jedynkowi?

Odnoszę wrażenie, że media widzą na scenie miejsce wyłącznie dla jednej ligi. Jasne, jeśli zapytasz o prestiż rozgrywek, nawet ja powiem ci, że w 2019 roku większym cieszyły się ESL Mistrzostwa Polski. Wynika to z tego, że dysponują slotem w kwalifikacjach do globalnego turnieju. Czy to jednak oznacza, że w kraju nie ma miejsca dla drugiego podmiotu? Wasza ocena często jest skrajna.

Nie zgodzę się z tym. Wielokrotnie podkreślałem znaczenie Polskiej Ligi Esportowej w kontekście całego ekosystemu esportowego. Przede wszystkim pod względem wprowadzenia konkurencyjności, która napędziła rozwój lokalnych rozgrywek. PLE aktywnie śledzę jednak od samych narodzin projektu i najwyraźniej w świecie zauważyłem, że zwolniliście. Stąd wbijane szpileczki.

W takim razie szpila za szpilę! Trzeba zauważyć jednak to, że ekipa ESL wybrała drogę konsekwentnej realizacji regularnych rozgrywek, co sprawdziło się w waszych oczach. Problem jest taki, że „was” było mało, co zauważyliśmy i na co zareagowaliśmy, zmierzając w inną stronę. Kto ma rację? W krótkim terminie – ESL. W długim terminie – zobaczymy. Na koniec dnia biznes pozostanie biznesem i kluczowe stanie się to, kto zarobi więcej pieniędzy. Nadal będziemy pracować nad tym, żeby ludzie zaufali nam w przyszłym roku. Odrabiamy w związku z tym pracę domową. Chcemy się do tego dobrze przygotować.

Powiem wam nawet, nad czym możecie popracować. Nad komunikacją – niekoniecznie z mediami, ale po prostu z widzami. To aspekt mocno kulejący, co można było zauważyć po ludziach kontaktujących się z naszą redakcją. Wiele osób nie nadążało nad ligowym chaosem, a jako organizatorzy nie wykorzystaliście wielu dostępnych narzędzi. Jak choćby oficjalnej strony.

Często zastanawiamy się, czy PLE potrzebuje w ogóle strony internetowej. Być może wystarczyłoby nawiązanie bliskich relacji z redakcją esportową, która stałaby się platformą medialną i centrum wiedzy o rozgrywkach. W zeszłym roku próbowaliśmy robić to z pewnym portalem, ale wyszło to nie najlepiej. Aspekty komunikacyjne są sprawami, na które zwracamy uwagę i wiele rzeczy na pewno musi się zmienić. Możecie być spokojni. Będzie dobrze.

Podczas rozmowy często przywoływałeś temat Dywizji Profesjonalnej. To dziś oczko w głowie fantasyexpo?

Jestem ogromnym fanem tego projektu. Powiem więcej – uważam, że to przyszłość polskiego Counter-Strike’a, bo gracze chcą po prostu grać. Wygląda na to, że poziom oglądalności niższego szczebla rozgrywkowego wkrótce może zresztą dogonić poziom mistrzowski. Nagle okaże się, że potencjał przychodów obu zmagań staje się bardzo podobny, co pomoże stworzyć nowe marki, drużyny i zawodników. Zwróć uwagę na to, że wielkie franczyzy nie zapraszają wyłącznie najlepszych graczy, ale po prostu firmy z dużym potencjałem marketingowym. W dywizji profesjonalnej widzę ogromną przestrzeń do stworzenia nowej niszy. Uwierzmy, że scena esportowa może wyglądać inaczej, niż ją dzisiaj widzimy. 

Jednym z zauważalnych w Polsce trendów w 2019 roku był kobiecy esport. Wiem, że w fantasyexpo pojawił się pewien pomysł związany z damską sceną.

Powiem brutalną prawdę. Kobiecy esport musi rosnąć na męskim esporcie. Zasięgi rozgrywek organizowanych przez ESL cieszyły się jakąkolwiek popularnością wyłącznie przez to, że były organizowane tuż obok głównego produktu. Trzeba o tym pamiętać. Na rynku rywalizacji pań są oczywiście pieniądze do zdobycia, ale musimy zastanowić się, czy warto budować wokół tego cykliczną markę. W tym momencie jeszcze się na to nie zdecydowaliśmy, bo nie spodziewamy się wybuchu popularności tego segmentu branży. Jeśli będzie taka potrzeba – zareagujemy. Nie zmienia to jednak faktu, że walczymy o parytet w esporcie. Blisko połowa naszego zespołu to kobiety.

Co więc zwróciło waszą uwagę najbardziej w kontekście rozwoju esportu na przestrzeni poprzedniego roku?

Zdecydowanie League of Legends. Czuć oddech Riot Games w każdym kraju żyjącym esportem. LEC jako nowy brand wybuchł zarówno pod względem biznesowym, jak i realizacyjnym. Wyniki Jankosa również wzbudziły powszechną ekscytację. Wszystko, co dzieje się teraz w Polsce – w tym działania Polsatu Games – jest tylko echem wspomnianych czynników. Zobaczymy, czy organizatorzy Ultraligi – po tym, gdy realizowali również transmisję z Worldsów, LEC czy European Masters – nadążą za trendem w 2020 roku. Ze względu na ekskluzywność oferowanych treści zebrali wokół siebie wierną społeczność. Teraz trzeba ją przy sobie zatrzymać.

W kontekście Leauge of Legends oberwaliście rykoszetem. Nervarien był czołową postacią kojarzoną ze sceną. Dziś jest w mediach niemal nieobecny.

To jeden z bezpośrednich efektów decyzji, którą podjęli ludzie w Riot Games. Kasa jest prostym argumentem, jeśli chodzi o przetargi. Podczas negocjacji nie tylko pieniądze były jednak na pierwszym planie. Ważne stały się też zasięgi, które w prosty sposób przekładają się na promocję gry. W obu aspektach trudno konkurować z firmą najbogatszego Polaka. Dziś możemy jedynie przystosować się do panującej w branży sytuacji. Nie zmienia to faktu, że dalej zależy nam na tym, aby w kolejnym przetargu zabrać znaczący głos. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że już w tym roku raz jeszcze zawalczymy o League of Legends. Sam Nervarien nadal sobie radzi – jest influencerem, streamerem, YouTuberem, więc trzymamy rękę na pulsie. Wyciągnęliśmy wnioski i spróbujemy z pozycji Dawida rzucić wyzwanie Goliatowi.

Sporo zmienia się również na scenie Counter-Strike’a. Ostatnio mówimy głównie o franczyzach. 

Jestem bardzo ciekaw, jak wspomniany segment się rozwinie. Kluczową zmianą jest na pewno to, że drużyny muszą zapłacić za uczestnictwo w rozgrywkach. Kwoty, które każe płacić sobie FLASHPOINT, są przecież ogromne. Nagle pojawi się potrzeba pozyskania przykładowo dwóch milionów dolarów, by dołączyć do rozgrywek. I jakoś te pieniądze trzeba będzie zdobyć.

Jako Polska Liga Esportowa chcielibyście dołączyć się do franczyzowego wyścigu?

Zastanawiamy się nad tym, mamy swoje zdanie i pewne rzeczy już wymyśliliśmy. Dziś podobny ruch byłby jednak błędem. W Polsce wciąż jest za wcześnie na franczyzę, w której drużyny płacą za udział w rozgrywkach. Nasz rynek jest bardzo konkurencyjny i trudno byłoby przekonać zespoły do zainwestowania dużej kasy. Jeśli jeden organizator zażyczy sobie wpisowego, drugi przekona uczestników darmowym miejscem. Jako organizatorzy polskich rozgrywek nie bylibyśmy w stanie zagwarantować wymiernej części zysku, a to przecież ważna część franczyzy. Nie mówię jednak, że za trzy lata sytuacja się nie zmieni. Dziś nie chcielibyśmy obiecywać po prostu gruszek na wierzbie. Szybko można się na tym przejechać. Aristocracy było tego dobrym dowodem.

To ciekawe spostrzeżenie. Codwise Gaming dwuletni plan inwestycji w Aristocracy skróciło do czterech miesięcy. devils.one zakończyło współpracę z drogą drużyną Counter-Strike’a. x-kom zdecydował wycofać się z samodzielnego projektu, łącząc siły z AGO. Virtus.pro zrezygnowało z polskiego składu. Pula profesjonalnych graczy rośnie, a miejsc, w których mogliby się realizować na wysokim poziomie ubywa.

W 2018 roku rozmawialiśmy o tym, że wielu inwestorów wciąż ufa esportowi. Ostatnie miesiące pokazały natomiast, że coraz więcej osób zaczęło mówić „sprawdzam”. Zwróć uwagę na to, ile projektów przestało istnieć, albo musiało znacznie ograniczyć środki wydawane na rozwój. Ludzie dysponujący pieniędzmi zaczęli zauważać, że inwestycje esportowe nie przynoszą zysków. Doszliśmy do momentu, w którym każdy przekoloryzowany projekt będzie bardzo negatywnie wpływać na cały rynek. O ile na początku jeden sukces mógł przykryć wiele niepowodzeń, o tyle dziś jest to niemożliwe. Przed esportem ogromne wyzwanie. Musi udowodnić – zarówno w kontekście globalnym, jak i lokalnym – że potrafi bronić się jako biznes. Dużo powiedzą nam o tym ruchy giełdowe największych graczy.

Jakie plany na rok 2020 ma więc fantasyexpo?

Najważniejszy jest dla nas aspekt agencyjny. Sam zauważyłeś, że w 2019 roku położyliśmy na to duży nacisk, ale okres ten miał być tylko preludium do tego, co dopiero nadejdzie. Chcemy znacznie przeskoczyć dotychczasowe działania. Rozgrywkowo pracujemy z kolei nad powrotem do korzeni, a więc projektem bardzo zbliżonym do Fantasy Expo Challenge. Nie rezygnujemy też z Polskiej Ligi Esportowej i obszaru transmisyjnego, ale w tych aspektach powinienem trzymać jeszcze język za zębami. Całościowo musimy zacząć zarabiać na tematach nie gamingowych, ale stricte esportowych. Dla rynku bardzo niezdrowym jest ciągłe dokładanie pieniędzy z własnej kieszeni. Wciąż szukamy optymalnych modeli biznesowych. Sponsorzy nie stają się przecież hojniejsi. 

Też jesteście inwestorami, a co za tym idzie – musicie powiedzieć w końcu „sprawdzam”.

Już to powiedzieliśmy. Nastawiliśmy się na to w 2019 roku i dziś tego nie żałujemy, bo cały rynek działał podobnie. Przez kolejne miesiące fantasyexpo, ale i wszystkie inne firmy bacznie będą obserwować to, co dzieje się w branży. Nadszedł czas przygotowania przed ważnym biegiem.

Fot. fantasyexpo