SooN: Jestem jednym z najbardziej zmarnowanych talentów w Polsce
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

SooN: Jestem jednym z najbardziej zmarnowanych talentów w Polsce

19.11.2019, 15:57:00

Najgorzej było w momentach, gdy oglądałem polskie zespoły i te akurat dobrze sobie radziły. Nie chodzi tu o żadną zawiść. Po prostu w głowie pojawiały mi się myśli, że to mogłem być ja. Miałem papiery, by grać na tym samym poziomie, co niektórzy goście z polskiej czołówki. Albo nawet na wyższym – mówił nam Michał „SooN” Wójcicki, były gracz x-kom teamu, Venatores czy PRIDE, o trudnym okresie przerwy od CS:GO i próbie powrotu na profesjonalną scenę.

Długo na esportowej scenie – poza kilkoma nieudanymi epizodami w  miksach – cię nie widzieliśmy. Wróciłeś na dobre?

Trudno powiedzieć. Jestem przyzwyczajony do współpracy z zawodnikami z czołówki, który bardzo dobrze ogarniają grę. W miksach, które kończyły się szybko i tragicznie, miałem obok siebie graczy dobrze strzelających, ale nie do końca czujących to, co dzieje się na mapie. Podejmowanie decyzji było słabe. Muszę zastanowić się jeszcze nad tym, czy epizod w Together to zapowiedź czegoś dłuższego. Ale przynajmniej spróbuję wrócić. To dla mnie ostatnia szansa.

Kiedy wygrywałeś mecz przeciwko Wiśle All in! Games Kraków, nie kryłeś podekscytowania.

Wróciły stare emocje wynikające ze zwycięstwa przeciwko dobrej drużynie. Właśnie to w grze kochałem najbardziej. Po podobnych wygranych byłem zawsze najszczęśliwszy na świecie. Ogarniała mnie ogromna euforia. Teraz może nie cieszyłem się tak bardzo, jak np. po ograniu AGO Esports na LAN-ie, ale znów poczułem esportową radość.

Niejednokrotnie wspominałeś o tym, że emocje związane z rywalizacją są dla ciebie ważne. Faktycznie Counter-Strike jest tym, co napędza cię w życiu?

Tak było do czasu, gdy miałem z kim grać. W trakcie przerwy motywacja bardzo mi zmalała. Myślę, że ta może wrócić, kiedy będę miał dobry zespół, a przy okazji niezłe warunki do rozwoju. Kontrakt nie jest oczywiście najważniejszy. Najbardziej zależy mi właśnie na tym, by mieć obok siebie utalentowanych graczy, którzy mają ambicje i potencjał, żeby wbić się do czołówki. Muszę być pewny, że będziemy w stanie walczyć z najlepszymi.

Czas, w którym nie grałeś – najpierw na ławce x-kom teamu, a następnie bez zespołu – musiał być dla ciebie trudny. Wielu zawodników w podobnej sytuacji popada w stany depresyjne.

Miałem podobnie. Najgorzej było w momentach, gdy oglądałem polskie zespoły i te akurat dobrze sobie radziły. Nie chodzi tu o żadną zawiść. Po prostu w głowie pojawiały mi się myśli, że to mogłem być ja. Miałem papiery, by grać na tym samym poziomie, co niektórzy goście z polskiej czołówki. Albo nawet na wyższym.

Jak wypełniałeś więc luki po tym, co wcześniej dawał ci CS? To w końcu prawie dwa lata…

Trudno było wrócić do „normalności”, bo przez cały ten okres za grą tęskniłem, ale zacząłem po prostu żyć normalnym życiem. Mam swoje lata. Wcześniej stawiałem wszystko na jedną kartę – na CS-a. Kiedy nie pojawiły się żadne sensowne oferty, musiałem się jednak otrząsnąć. Zapisałem się na uczelnię, żeby nie marnować czasu. Studiuję administrację.

A co z kasą? Jako młody człowiek zacząłeś zarabiać ciekawe pieniądze, aż tu nagle kurek został zakręcony.

Przez okres regularnej gry stworzyłem sobie pewną poduszkę finansową, której nie wyczerpałem zresztą do dzisiaj. Żyję dość oszczędnie, choć to w esportowym środowsiku wcale nie takie logiczne. Znam dużo przypadków zawodników, którzy zgarniali kasę i regularnie zerowali konto. 

Żeby nie było – nie zarabiałem bóg wie jak dobrze. Pensje otrzymywałem nieco wyższe od średniej krajowej. Do tego dochodziły pieniądze wygrane w turniejach. Dziś z kolei pracuję w firmie przeprowadzkowej – po pierwsze, żeby zarobić, a po drugie, by zrobić coś z czasem.

Jeśli chodzi o turnieje, najwięcej na konto spłynęło ci pewnie po V4 Future Sports Festival.

To faktycznie największy zastrzyk pieniędzy, jaki otrzymałem, ale na sam przelew czekaliśmy dość długo. Nagrody dostaliśmy kilka miesięcy po tym, jak przestałem grać regularnie – pod koniec zeszłego roku.

W okresie V4 czy nawet wcześniej, gdy jako Venatores pokonaliście Virtusów, w głowie pojawiła ci się pewnie myśl, żeby związać z CS-em przyszłość. 

Zdecydowanie. I to właśnie po tym, gdy pokonaliśmy Virtus.pro i awansowaliśmy na europejskie finały World Electronic Sports Games, zacząłem o karierze esportowca myśleć poważnie. To było przecież niemałe osiągnięcie. Tym bardziej że w tamtym czasie większość społeczności nie uznawało Venatores za dobry zespół. Zawsze, kiedy mierzyliśmy się z Virtusami czy z AGO, wszyscy bez zająknięcia stawiali na rywali. Sam zawsze jednak czułem, że w Polsce możemy pokonać wszystkich.

W składzie mieliście dużą pulę talentu. 

Kiedy grałem z Patitkiem, uważałem go za najbardziej utalentowanego gracza w Polsce. Izak zawsze powtarzał podczas streamów, że Patryk ma najlepsze fullauto i spotykał się przez to z krytyką widzów. Taka jest jednak prawda. Pod tym względem nie ma lepszego. Gdy Adwokacik awansował na V4, pomyślałem zresztą, że w starym składzie byśmy się po nich przejechali. 

To musiał być więc szok. Zaczynacie się rozkręcać, odnosić coraz lepsze wyniki i zarabiać większe pieniądze, a tu nagle telefon: „SooN, lecisz na rezerwę”.

Pamiętam ten dzień, bo byłem akurat na siłowni. To fakt, zasmuciłem się, ale z drugiej strony poczułem ulgę. STOMPA nie uważałem wtedy za super gracza. Byłem więc pewny, że prędzej czy później do składu wrócę. Podskórnie potrzebowałem trochę odpoczynku nie tyle od gry, co od samego zespołu. Mieliśmy trochę toksyczną ekipę. Wierzyłem, że ta przerwa pomoże mi stać się lepszym graczem.

Ale do składu już nie wróciłeś.

Nie wróciłem, bo STOMP okazał się najlepszym snajperem w Polsce. Jeśli miałbym porównać się do Daniela – czysto skillowo mnie przewyższa, ale ja wyróżniam się lepszym bardziej czuciem gry. Podejmuję trafniejsze decyzje i mój playstyle bardziej przydaje się zespołowi, ale ten gość wali takie flicki, że trudno to przebić.

Moment wylądowania na ławce był impulsem do zmiany trybu życia?

Zacząłem uprawiać sport. Zauważyłem, że po wysiłku fizycznym dużo lepiej się czuję i gram. Endorfiny zaczynają szaleć, człowiek staje się żywy i heady nagle wpadają łatwiej. Zawsze grało mi się lepiej, kiedy miałem dużo energii. Dlatego wcześniej byłem fanem kofeiny, po której przyjemniej mi się grało. 

Specjaliści nie rekomendują ładowania się kofeiną przed grą.

Na mnie to działało, choć nie ukrywam – zjazdy się zdarzały. Podczas V4 pierwszy mecz graliśmy przeciwko mousesports o 9:00. Podczas jednego spotkania wypiłem dwa energetyki. O 14:00 mierzyliśmy się z eXtatus – wypiłem dwa kolejne. Czułem tę energię i to pomagało mi lepiej grać. Kiedy przyszło jednak do pojedynku z Virtusami, dostałem strasznego zjazdu. Nie wiedziałem, co dzieje się na mapie. Oczy zamykały mi się podczas meczu, granaty wypadały z rąk, kolesie wybiegali mi w miejsce, w które byłem wcelowany i zacząłem strzelać dopiero po dwóch sekundach.

Chciałbym nawiązać jeszcze do ławki rezerwowych. Maximilian Kieturakis wysłał w świat komunikat, że był to faktyczny system motywacyjny. Kiedy jednak po miesiącach głos zabrał Mateusz Kowalczyk, ten stwierdził, że ławkę rozwiąże, bo rozchodziło się głównie o kontrakty. Podobno taniej było was trzymać w składzie niż po prostu rozwiązać umowy.

Nie uważam, żeby Maximilian mówił wtedy pod publikę. On faktycznie w to wierzył, a mi ten pomysł bardzo się podobał. To, że zawodnicy z głównego składu czuli oddech rezerwowych na plecach, naprawdę skutkowało. Od maja, czyli usadzenia mnie na ławce, do grudnia z samych pensji zarobiłem więcej, niż dostałbym po ewentualnym zerwaniu umowy. Nie do końca chodziło więc o kontrakty.

Miałeś więc zapewnione bezpieczeństwo finansowe, ale jak już ustaliliśmy – byłeś głodny gry. Zauważyłeś moment, w którym dobrym pomysłem byłoby wprowadzenie ciebie do składu?

Nie. Kiedy x-kom team wygrał finały Good Game League w Poznaniu, zdałem sobie sprawę z tego, że mogę do składu już nie wrócić. Zacząłem się na to mentalnie przygotowywać. 

Układałeś plan awaryjny?

Nie myślałem o tym. Miałem zapewnione pieniądze z umowy i po prostu czekałem na to, co przyniesie przyszłość. Tak czy siak nie mógłbym grać w szeregach innej drużyny. W szalone transfery nie wierzyłem. Do innego zespołu chciałem dołączyć po wygaśnięciu kontraktu.

Spodziewałeś się, że będzie to tak skomplikowane?

Szczerze? Myślałem, że do nowego zespołu dołączę w sekundę. Bardzo się jednak przeliczyłem. Nie dostałem żadnej oferty. To dziwne, bo w x-kom teamie grałem przecież bardzo dobrze. Widziałem dla siebie przestrzeń właściwie we wszystkich drużynach w Polsce poza Virtus.pro, Teamem Kinguin i AGO Esports. 

Samemu nie próbowałeś negocjacji z niektórymi składami?

Nie próbowałem. Nigdy taki zresztą nie byłem. Zawsze czekałem na okazję, co uważam dziś za błąd. Mogłem bardziej zaangażować się w szukanie zespołu. Może gdybym się tym zajął, dziś grałbym w czołówce.

Trzeba zastanowić się nad tym dlaczego oferty się nie posypały. Na scenie uchodzisz za gościa bardzo butnego.

Wymieniłeś na pewno jedną z przyczyn. Drugą jest to, że nie podchodziłem do gry profesjonalnie. Na LAN-ach często było grubo.

After party?

Dokładnie. A wiesz, jak to jest. After party najczęściej wypada w sobotę, a w niedzielę wracamy do gry. Kiedyś wielu lubiło sobie podczas imprezy wypić, ale od kilku lat – mniej więcej od roku 2017 – to się konsekwentnie zaczęło zmieniać. Sam natomiast trzymałem ten staroszkolny sznyt, czego po części żałuję. Na LAN-ach zawsze grałem jednak z klasą i nie przeszkadzało mi to, że dzień wcześniej sobie wypiłem. Nawet kac nie był problemem. Pojawiłem się na blisko trzydziestu turniejach i może na dwóch zaprezentowałem się słabo. Na zawodach przed publiką zawsze czułem moc.

Starałeś się przez ostatnie dwa lata pod tym względem zmienić?

Jeśli dostałbym w końcu ofertę, nie zachowywałbym się tak jak kiedyś. Zerwałbym ze „studenckim” życiem i dostosowałbym się do innych zawodników. Póki nie mam jednak zespołu, nie narzucam na siebie ograniczeń. Nie zmieniłbym jednak jednego – pewności siebie. W 2014 roku SZPERO powiedział mi, że to zajebista cecha. Niewielu graczy może się nią pochwalić, bo niestety ludzie w Polsce pewność siebie stawiają w jednym szeregu z arogancją. Tak było, jest i będzie.

Budowa wszystkiego od podstaw musi być ciosem dla gościa, który ogrywał jakiś czas temu Virtusów, jeździł na międzynarodowe LAN-y i zdobywał w Polsce medale.

Czasem czuję żal, ale podobnych przykładów jest dużo. W skali światowej spójrzmy choćby na Maikelele, który jeździł na Majory, a teraz nie może przebić się przez pewien pułap. Myślę zresztą, że sam nie odczuję tego tak bardzo, jak choćby byali. Czy on kiedykolwiek wróci na poziom, jaki w przeszłości reprezentował? Wątpię, żeby sam stworzył w Polsce wybitny zespół.

Często wracasz do 2015 roku, mówiąc, że był to złoty okres twojej gry.

W 2015 roku graliśmy na gorsze drużyny, a sam poziom graczy był niższy. W tamtym czasie faktycznie się wyróżniałem. W czasach x-kom teamu nie było tego aż tak widać, bo scena bardzo się wyrównała. Ja się po prostu do tego dostosowałem.

Zastanawiasz się czasami, co by się stało, gdybyś od tamtego czasu podjął kilka innych decyzji?

Jeśli dopuściłbym do siebie myśl, że może mnie ktoś zastąpić, na pewno starałbym się bardziej, grałbym więcej i moja kariera inaczej by się potoczyła. Szybciej zmieniłbym też styl życia, bo z tym zwlekałem za długo. Wtedy czułem jednak, że jestem nie do zastąpienia. Przez lata nie miałem przecież na scenie dużej konkurencji. 

Skrzydła podcięły mi też trochę testy do Meet Your Makers, kiedy brano pod uwagę wzięcie mnie lub SZPERA. Grałem świetnie, lepiej od niego, ale postawili na Grzegorza. Pewnie dlatego, że gracze znali się z nim od czasów CS-a 1.6. Szczerze? Jestem najbardziej zmarnowanym talentem z Polski zaraz za Patitkiem. Niech to będzie przestroga dla innych graczy. To, co się robi, powinno traktować się profesjonalnie, bo super przygoda może skończyć się z dnia na dzień. 

Będziesz żałować, że nie skończyłeś na CS-owym szczycie, jeśli zakończysz ostatecznie karierę?

Może trochę. Mimo wszystko całkowicie to akceptuję. Tak miało być. Pewne okazje zmarnowałem na własne życzenie. Nie można się jednak łamać i trzeba iść dalej. Może w przyszłości okaże się, że szybsze skończenie kariery wyjdzie mi na dobre. Ile można w tym esporcie siedzieć?

Fot. Polska Liga Esportowa

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze