snatchie: Nie będę oszukiwać – oferta ze Sprout spadła mi z nieba
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

snatchie: Nie będę oszukiwać – oferta ze Sprout spadła mi z nieba

02.05.2020, 20:01:24

Aby dołączyć do zespołu, nie wkradałem się w czyjeś łaski. Znaczenie miało wyłącznie to, jakim jestem zawodnikiem. Sprout też nie musiało nalegać. Nie będę oszukiwać – oferta spadła mi z nieba. Patrząc na podział polskiej sceny, listę międzynarodowych drużyn i to, że rok w Virtus.pro miałem naprawdę słaby – nie mógłbym zmarnować takiej propozycji – mówi nam Michał „snatchie” Rudzki tuż po transferze do niemieckiej organizacji.

Minął ci już kac po wymęczającym okresie w Virtus.pro?

Z pewnością czuję się już lepiej. Za moment, w którym zacząłem otrząsać się po Virtusach, możemy uznać przełom marca i kwietnia. Mimo że z resztą chłopaków nie grałem od stycznia, wiele negatywnych emocji siedziało we mnie jeszcze bardzo długo. Na dojście do siebie potrzebowałem dłuższego okresu, niż mogłem sobie to wcześniej wyobrazić.

Trzy miesiące to niekrótki okres nie tylko dla gracza, ale przede wszystkim dla człowieka. Jakie myśli w tym czasie kłębiły ci się w głowie?

Miałem dylemat. Moja psychika była w złym stanie. Próbowałem okiełznać wszystkie demony przeszłości i poskładać się w całość. Z jednej strony potrzebowałem więc odpoczynku, regeneracji i pewnego zdystansowania od CS-a. Miałem przy tym jednak świadomość tego, jak ważna jest praca nad formą indywidualną. Jeśli przyszłaby do mnie oferta transferowa – musiałem być zwarty i gotowy do działania. Podtrzymywanie poziomu gry jest w okresie przejściowym bardzo ważne. Tak więc grałem, odcinając się od wszystkich złych myśli. W przyszłość zacząłem spoglądać z pozytywnym nastawieniem.

Musiałeś znaleźć złoty środek między ciągłym treningiem a odpoczynkiem.

Dużo dał mi powrót do domu rodzinnego wywołany wybuchem epidemii. Kontakt z najbliższymi mi ludźmi i przebywanie w znajomym otoczeniu bardzo mi pomogły. Nawet drobnostki pokroju wieczornych rozmów z mamą czy tatą potrafią solidnie naładować baterie. Nie narzuciłem sobie też katorżniczego rygoru treningowego. Do gry podszedłem na luzie. Wiedziałem, że muszę regularnie trenować i spędzać z CS-em określoną ilość czasu, ale nie była to praca bardzo zaplanowana. Kiedy czułem po prostu potrzebę – trenowałem.

O okres przejściowy pytam nie bez powodu. W wywiadzie po wygaśnięciu kontraktu opowiadałeś Krystianowi Terpińskiemu o tym, że podczas gry w Virtus.pro ucierpiały twoje relacje z najbliższymi. 

Zdążyłem sobie już wszystko poukładać. Zauważyła to zresztą moja dziewczyna, która wypomina mi, że dużo spokojniej podchodzę do codziennych spraw, kiedy nie gram. Zdaję sobie z tego sprawę, bo jestem bardzo impulsywną osobą. To, co dzieje się wewnątrz drużyny czy podczas meczów, determinuje w pewnym stopniu moje zachowanie poza grą.

Trzy miesiące dzielące oficjalne rozstanie z Virtus.pro i podpisanie kontraktu ze Sprout to okres dla twojej kariery wyjątkowy. Wcześniej zmieniałeś drużyny na zasadzie transferów, ale od lat nie narzekałeś na brak organizacji. Poczułeś pustkę związaną z brakiem stabilności?

Jasne, że tak. Niepewność potęgowała też dodatkowa umowa z Virtus.pro. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale jeśli przed pierwszym kwietnia dołączyłbym do jakiegoś zespołu, straciłbym część należących  mi się pieniędzy. Mowa o nagrodach z turniejów. Tak długi czas bez kontraktu był więc poniekąd wymuszony przez czynniki zewnętrzne. Nie mogłem się śpieszyć. Musiałem czekać na moment, w którym nie będę miał nic wspólnego z Virtus.pro.

Nagle staje się jasne, dlaczego nie wychylałeś się szczególnie na scenie. Miałeś kilka krótkich epizodów, ale raczej ostrożnie podchodziłeś do ewentualnych opcji. 

Po tym, gdy razem z rallenem odrzuciliśmy propozycję od Illuminar Gaming, nie skontaktowała się ze mną żadna polska drużyna. Nie zdziwiło mnie to. x-kom AGO może pochwalić się przecież bardzo dobrym snajperem, prawdopodobnie najlepszym w Polsce. A poza iHG i AGO nie interesowały mnie inne formacje.

Podobno w iHG wasze wizje gry nieco się różniły. Faktycznie były aż tak odmienne?

Przez kilka dni zauważyliśmy bardzo dużo różnic, które dzieliły spojrzenie moje i rallena oraz podejście chłopaków z iHG. Głównie przez to nie zdecydowaliśmy się do nich dołączyć. Powinniśmy budować wszystko od podstaw, a nie wchodzić w buty poprzednich zawodników. Rozumiem jednak wizję zespołu, bo na horyzoncie widniały ważne kwalifikacje. W pewnym sensie cieszę się zresztą, że nam się wtedy nie udało. Nie byłem jeszcze gotowy do gry na pełnych obrotach. Zgodą mógłbym zrobić krzywdę zarówno sobie, jak i drużynie.

Ta niegotowość wiąże się z tym, że musiałeś przepracować w głowie jeszcze kilka spraw?

Dokładnie tak. Po kilku meczach stwierdziliśmy zresztą, że w zespole brakuje odpowiedniej chemii. Trudno to zobrazować. Każda drużyna po zmianach potrzebuje czasu,  jasne, ale po kilku sparingach można wywnioskować, czy dana piątka ma potencjał. Nawet przygotowanie taktyczne nie załata wszystkich dziur.

Nie udało się w Illuminar Gaming, a poza x-kom AGO nic więcej cię nie interesowało. Pamiętam jednak twoje słowa o tym, że chciałbyś esportowe marzenia realizować w Polsce.

Tak było. Aktywnie myślałem o stworzeniu drużyny od podstaw. Przez pewien czas razem z phrem graliśmy z trójką młodych chłopaków z Pasha Gaming School. Skład miał nawet spory potencjał, ale okazało się, że ESEA zablokowała azizza i RaveRa i na kilka miesięcy. Podcięło nam to skrzydła i zrezygnowaliśmy z dalszej współpracy.

Wtedy pojawił się pomysł, żeby dołączyć do międzynarodowej sklejki Demolition Crew?

Oba epizody dzieliły niespełna trzy tygodnie. Za chwilowym dołączeniem do Demolition Crew nie kryje się jednak żadna niesłychana historia. davidp dodał mnie do znajomych na Steamie, zapytał o to, czy mam ochotę pograć i… to tyle. Jedna notyfikacja, krótka wiadomość i koniec opowieści.

W pewnym sensie był to jednak mały krok w przód. Epizod w międzynarodowym miksie mógł przygotować cię na dalsze wyzwania.

Trudno się nie zgodzić, ale bardzo szybko zacząłem żałować tego, że przyjąłem propozycję od Davida. Trochę się pośpieszyłem. Demolition Crew jest jedynym miksem w ESEA Mountain Dew League. W rywalizacji z pełnoprawnymi drużynami trudno byłoby przebić się wyżej nawet pod względem indywidualnym. Zgodziłem się na fali głodu gry, ale w dłuższej perspektywie mogłem dużo stracić.

Okres między pierwszymi informacjami o Demolition Crew a ogłoszeniem Sprout był jednak bardzo krótki. Możliwość dołączenia do niemieckiej organizacji pojawiła się z zaskoczenia?

Dwa tygodnie temu Dawid Szymański z Knacks skontaktował się z menadżerem Sprout, przekazując mu, że jestem wolnym zawodnikiem. Kilka godzin później Dycha zaprosił mnie na testy. Zgodziłem się bez wahania. W czasie dwóch tygodni zagrałem z nimi kilka meczów sparingowych, po których okazało się, że pasuję do ich wizji budowania zespołu.

Znów potwierdza się to, że agencje menadżerskie mogą przyspieszyć rozwój kariery.

To cenne przede wszystkim w momencie poszukiwania organizacji czy w kwestiach reklamowych i sponsoringowych. Jeśli zawodnik zajmuje się wszystkimi formalnościami, cierpią na tym treningi.

To Sprout musiało przekonywać ciebie, byś do nich dołączył, czy bardziej ty przekonywałeś Sprout, żeby dali ci szansę?

Nie przychodziłem na testy, głosząc wszem i wobec, że jestem najlepszym kandydatem. Meldowałem się na serwerze, rozgrywałem mecz, po wszystkim opuszczałem TeamSpeaka. Liczyłem na to, że dobrą postawą zagwarantuję sobie po prostu kolejne dni testowe. Aby dołączyć do zespołu, nie wkradałem się w czyjeś łaski. Znaczenie miało wyłącznie to, jakim jestem zawodnikiem. Sprout też nie musiało nalegać. Nie będę oszukiwać – oferta spadła mi z nieba. Patrząc na podział polskiej sceny, listę międzynarodowych drużyn i to, że rok w Virtus.pro miałem naprawdę słaby – nie mógłbym zmarnować takiej propozycji.

Jak czułeś się w okresie testów? Po meczach sparingowych siadałeś w pokoju, myśląc o tym, czy dasz radę?

Miałem spore wątpliwości, bo przecież testowany był również smooya. Robiłem swoje, ale sam postawiłbym pewnie na Brytyjczyka, bo ten w Ameryce pokazywał się z dobrej strony. Nie chciałem jednak myśleć o tym, co stanie się po testach. Poza grą nie miałem na żadnego wpływu na decyzję chłopaków. Pozostało mi czekanie.

Wiesz, co zaważyło na tym, że postawili na ciebie, a nie na smooyę?

Nie znam szczegółów analizy i tego, czemu Sprout z grona kilku zawodników wybrało właśnie mnie. smooya słynie jednak z impulsywnego charakteru. Znamy jego perypetie w BIG, które dwa razy oddalało go od składu. Wybuchowy temperament mógł wpłynąć na ostateczną decyzję, ale nie pytałem o drużyny.

Spory wpływ na transfer mógł mieć jednak Dycha. To, że w międzynarodowej drużynie gość z innego kraju nie będzie osamotniony, może dodać mu otuchy.

Wszystko zależy od tego, jak zbudowany jest międzynarodowy skład. W przypadku zespołów pokroju mousesports, w których wszyscy zawodnicy pochodzą z innego kraju, podobne kwestie schodzą na dalszy plan. Kiedy jednak Dycha grał z trzema Niemcami i jednym Czechem, sytuacja się trochę komplikuje. Na tym, że w składzie jest teraz dwóch Polaków, na pewno skorzystamy – zarówno ja, jak i Paweł.

Przed przyjęciem propozycji pojawiały się wątpliwości związane z tym, że Sprout to zespół z zagranicy? Wielu Polaków boi się wkraczać do międzynarodowych drużyn.

Podczas testów pojawiło się kilka znaków zapytania odnośnie komunikacji po angielsku, ale okres sparingowy służył właśnie temu, żeby rozwiać wszystkie wątpliwości. Jasne, czasem mam problemy, by gramatycznie spiąć wszystko, co chcę powiedzieć, albo nadążyć nad szybkim przepływem informacji, ale to drobnostki. Dobrze odnajduję się w nowej grupie. Angielskiego uczyłem się przecież w szkole i spotykałem się z nim w życiu codziennym. Teraz mogę go tylko szlifować.

To, że Dycha, MICHU, NEEX czy rallen podjęli podobne ryzyko, dodało ci trochę odwagi?

Podejrzewam, że na dołączenie do Sprout zdecydowałbym się mimo wszystko – nawet, gdyby wcześniej żaden Polak nie grał za granicą. Nie oszukujmy się – polska scena wygląda dziś kiepsko i na międzynarodowym podwórku najzwyczajniej w świecie się nie liczy. Lepszego okresu na wyruszenie zagranicę nie było.

Aktualna sytuacja na świecie jest skomplikowana i wyklucza podróżowanie. W dalszej perspektywie jesteś jednak gotowy na przeprowadzkę?

Jestem. Przeprowadzka do Niemiec jest przecież dużo mniej problematyczna niż wylot do USA. Jeśli w przyszłości pojawi się taki plan, nie będę miał z nim problemów. Organizacja jednak na to nie naciska. Drużyna obrała model trenowania z domu i regularne zjazdy na bootcampy. 

SNATCHIE EPICENTER

snatchie podczas EPICENTER w Moskwie / fot. EPICENTER

Czas na pytanie wagi ciężkiej. Zastępujesz oskara. Jesteś od niego lepszy?

Jestem na pewno dużo bardziej otwarty na krytykę i skłonny do nauki na błędach. Nie uważam, że aktualnie prezentuję się lepiej jako gracz, ale jako człowiek – na pewno tak.

Dobra, dobra – nie bądź już taki skromny.

oskar jest bardzo dobrym snajperem. Dobrze pamiętamy okres mousesports. Obserwując jego Twitteram, momentami mam wrażenie, że on wciąż żyje w 2017 roku. Czasy się jednak zmieniają i trzeba nad nimi nadążać. Jeśli nie schowa się ego do kieszeni, by zacząć budować pewne aspekty gry od podstaw, można zapędzić się w kozi róg. To jego największy problem.

Biorąc pod uwagę ułożenie Sprout i role poszczególnych zawodników, możesz swoją snajperką znacząco odświeżyć grę zespołu.

oskar jest snajperem bardzo pasywnym i ryzykuje znacznie rzadziej niż ja. Po kilku dniach gry w Sprout doszedłem natomiast do wniosku, że w składzie jest miejsce dla agresywnego zawodnika. Podczas treningów moje ofensywne zagrania popłacają. Często zdobywam otwierające eliminacje, a kiedy mi się nie udaje, reszta graczy nadal kontroluje sytuację. To właśnie miejsca na trochę szaleństwa najbardziej brakowało mi w Virtus.pro. Kiedy straciliśmy entry fraga, jasnym było, że po chwili wysypią się wszyscy po kolei.

Bezpośrednio odcisnęło się to na twojej pewności siebie. Odzyskujesz ją?

Na treningach zauważam bardzo dużą poprawę. Musimy poczekać jednak na mecze oficjalne, które znacząco różnią się od treningów.

Zdajesz sobie sprawę z tego, że wielu widzów odbiera negatywnie twój agresywny styl?

Część kibiców sądzi, że gram bardzo indywidualnie i ryzykuję tylko po to, by zostać bohaterem widowiskowej akcji. To nieprawda. Wielu krytyków nie ma zielonego pojęcia, na czym polega gra i w jakim celu podejmuje się daną decyzję. Kiedy snajper zdobędzie jednego czy dwa entryfragi – powstaje ogromna przewaga. Pracuję jednak nad tym, żeby przy po eliminacjach na czas się wycofać i oddać pole do popisu reszcie drużyny.

Nie bez powodu mówi się o tym, że snajper jest jednym z najważniejszych elementów drużyny.

Trzeba jednak pamiętać, że poszczególny snajper nie pasuje do każdej drużyny. Agresywny styl, który jest moją bronią, w jednym składzie może okazać się atutem, a w drugim sporym obciążeniem. W Sprout czuję, że formacja chce wykorzystać moje indywidualne predyspozycje. W Virtus.pro było odwrotnie. I nie są to puste słowa. Analizowałem nasze dema i czarno na białym widać, że zbyt wielu zawodników chciało grać agresywnie.

Prowadzisz bilans tego, jak często ryzyko popłaca, a ile razy powoduje drużynowe straty?

Tak. Od pewnego czasu tworzę zresztą książkę powtarzalnych zagrań. Chcę, żeby zespół był świadomy tego, w jakim celu próbuję budować przewagę na mapie i jak to robię. Dążę do tego, żeby jak najwięcej opcji było zapisanych na kartce. Spontaniczność i bazowanie na intuicji są ważne, ale wprowadzenie przemyślanej powtarzalności jest dużo cenniejsze.

Wcześniej tego nie robiłeś?

Próbowałem w Virtus.pro, ale sposób prowadzenia nie pozwalał dobrze tego wykorzystywać. W Virtusach królował freestyle. Mieliśmy sporo taktyk, które przygotowywał głównie kuben, ale jako zespół praktycznie ich nie wykorzystywaliśmy. Szkoła Sprout znacząco się różni. Treningi podzielone są na część teoretyczną, ćwiczenie zagrań na sucho, a następnie wykorzystywanie specjalnych zagrywek podczas sparingów. Powstaje struktura, która sprawia, że każdy zawodnik wie, za co odpowiada. Bazowanie wyłącznie na komunikacji jest słabe i było jednym z największych błędów, jakie popełniliśmy w Virtus.pro.

Od momentu rozstania z Virtusami wielokrotnie położyłeś nacisk na wspomnianą strukturę i odpowiednie dopasowanie ról do zawodników.

To, jak ważne są to aspekty, nie jest przecież wielkim odkryciem. Wyobrażasz sobie, żeby w piłce nożnej bramkarz nagle stwierdził, że przyszedł czas na rajd z piłką i biegł do ataku? Albo obrońca postanowił z dnia na dzień zostać głównym napastnikiem? Nie może tak być. Każdy członek zespołu powinien wiedzieć, za co jest odpowiedzialny. Wprowadzenie pewnej powtarzalności zagrywek wpływa na to, że w pewnym momencie wszyscy będziemy mogli skupić się wyłącznie na strzelaniu.

Wygląda na to, że Niemcy faktycznie mają wpisaną w swoje DNA precyzję.

Byłem bardzo zaskoczony tym, jak dużo taktyk i ustawień w obronie ma w zanadrzu Sprout. Chłopaki opracowali wszystkie mapy. W tak poukładanym środowisku trenuje się dużo sprawniej. A kiedy coś nie wychodzi – łatwiej pracować nad poprawą błędów.

Myślisz, że nowe środowisko pozwoli ci odnaleźć kolejne oblicze gracza?

Na razie mogę mówić tylko przez pryzmat treningów, ale już czuję, że mogę mieć większy wpływ na grę całego zespołu niż w poprzedniej drużynie. Nie muszę martwić się o to, w jakim miejscu są moi koledzy. Skupiam się wyłącznie na swoim celowniku, bo znam plan każdego gracza na daną rundę. Przypomina mi to poniekąd czasy AGO, w których TOAO stawiał bardzo duży nacisk na przepracowane wcześniej zagrywki.

Nie martwi cię to, że w aktualnym systemie trudno będzie się teraz gdziekolwiek pokazać? Możecie grać wybitnie, a i tak trudno będzie wybić się ponad MDL. 

Brak turniejów LAN-owych na pewno komplikuje sprawę, ale Sprout jest regularnie zapraszane do rozgrywek internetowych. Tak, jak wszystkie drużyny na świecie – dużą wagę przykładamy teraz do tego, by stabilnie prezentować się w meczach online. Jeśli będziemy regularnie wygrywać, na konto wpadnie nam sporo punktów. 

Jesteś zadowolony z warunków i kontraktowych zapisów w Sprout? 

Szczerze mówiąc nie wiem, jakie warunki panują dziś w Polsce, ale warunki finansowe prawdopodobnie nie różnią się bardzo znacząco od tych oferowanych przez krajowe organizacje. Pensje są na pewno wyższe, ale nie przepaść nie jest wcale ogromna. Szczególnie cieszy mnie to, jak szybko przebiegł proces kontraktowania. Wszystkie formalności trwały dwa dni. Wcześniej się z tym nie spotkałem. To główna różnica i duży profesjonalizm. 

Nie będziesz tęsknić za polską sceną?

Trzymam kciuki za to, żeby sytuacja na polskiej scenie w końcu się ustabilizowała. Patrząc jednak na to, jak aktualnie wygląda – nie tęsknię za nią i nigdy tęsknić chyba nie zacznę. Wychodzę z założenia, że narodowość gracza nie ma żadnego znaczenia. Ważne jest to, by był odpowiednio zmotywowany i dawał z siebie wszystko. 

Kiedy rozpadł się polski skład Virtus.pro, zniknął sens kiszenia się w kraju po to, by kiedyś dołączyć do legendarnego zespołu. Teraz bardziej racjonalne wydaje się być wchodzenie po szczeblach międzynarodowych.

Sprout nie traktuję jako trampoliny do tego, by kiedyś dołączyć do organizacji z czołowej dziesiątki świata. Nie mam takiego podejścia. Gram i będę wylewać z siebie siódme poty, żeby jak najwięcej osiągnąć z aktualnym zespołem. Najważniejsze jest to, bym po zakończeniu kariery mógł powiedzieć, że niczego nie żałuję, bo w każdym zespole dawałem z siebie wszystko.

Fot. Łukasz Twardowski