Saves: Potrzebujemy polskiej drużyny na najwyższym poziomie, która złączy kibiców
POLSKI ESPORT
Rainbow Six: Siege
Wywiady

Saves: Potrzebujemy polskiej drużyny na najwyższym poziomie, która złączy kibiców

19.07.2020, 14:06:57

Zawsze miałem motywację do tego, żeby wygrywać i być najlepszym. To nierozłączna cecha mojego charakteru. Kiedy podpisaliśmy jednak kontrakt z Na’Vi, zdałem sobie sprawę, że nie mogę dopuścić do spadku z poziomu Pro Ligi. Tyle lat starałem się, by zajść wysoko, więc nagłe zejście byłoby bardzo bolesne. Znów zostałbym z niczym – mówi nam Szymon „Saves” Kamieniak z Natus Vincere w obszernej rozmowie o jego karierze i scenie Rainbow Six: Siege.

Z polskiej sceny przez kwalifikacje do Challengera aż do kontraktu z Natus Vincere i wygrania Pro Ligi. Historia to niemal od pucybuta do milionera. Czy jeszcze dwa lata temu pomyślałbyś w ogóle, że taki scenariusz jest możliwy?

Jeśli dwa lata temu zapytałbyś mnie mnie o to, czy dojdę tak daleko – wątpię, że uznałbym to za prawdopodobny scenariusz. Jasne, wcześniej widzieliśmy zespoły pokroju Teamu Empire, które przeszły podobną drogę, ale ja byłem gościem siedzącym na polskiej scenie. Nikt by w to nie uwierzył.

Natus Vincere jest jedną z najbardziej legendarnych organizacji w historii esportu. Co poczułeś się, gdy stałeś się jej częścią?

Kiedy otrzymaliśmy ofertę dołączenia do Natus Vincere, bardzo się ucieszyliśmy, ale podeszliśmy do sprawy bez przesadnej ekscytacji. Organizacja to organizacja. Znaliśmy swoją wartość i wiedzieliśmy, że prędzej czy później jeden z czołowych klubów zaproponuje nam kontrakty. Padło na Na’Vi i bardzo się z tego cieszę, bo to marka, za którą stoi bogata historia.

Ostatnio głośno zrobiło się o transferze Patitka do G2 Esports. Pomyślałem sobie wtedy, że dla wielu młodych ludzi G2 może być ostatecznym celem w karierze. Przed dołączeniem do Na’Vi miałeś swój wymarzony klub, w którym chciałbyś zagrać?

W przeszłości sporo grałem nie tylko w CS-a, ale i League of Legends. Zawsze wielką sympatią darzyłem Team SoloMid – głównie ze względu na Bjergsena. Søren był moim ulubionym graczem z środkowej alei i dążyłem do tego, żeby być jak on. Stąd też sentymentalne spojrzenie na TSM, ale nie jest ono szczególnie wyjątkowe. Nie wyobrażałem sobie gry w tych czy tamtych barwach. Po prostu  robiłem swoje, a to zaprowadziło mnie do Na’Vi.

Mówiłeś o trzymanej na wodzy ekscytacji. Czy jednak kontrakt z jedną z największych organizacji na świecie może realnie zmienić życie?

Przed Natus Vincere reprezentowaliśmy brytyjski MnM Gaming i trzeba otwarcie powiedzieć, że nie jest to znana marka. Sam dowiedziałem się o istnieniu tej organizacji na chwilę przed samym dołączeniem do zespołu. Kiedy podpisaliśmy kontrakt z Na’Vi, zaczęliśmy regularnie występować na najwyższym poziomie, jeździć na LAN-y i popularność każdego z nas znacznie podskoczyła. Co ciekawe – nie tylko w mediach społecznościowych, ale również na turniejach. Podczas wydarzeń esportowych ludzie nas rozpoznają.

Kiedy Marcin Gortat zaczął grać w NBA, bardzo szybko doczekał się swojej ksywki. Polish Hammer stał się wizytówką Polski na tle międzynarodowym. Czujesz, że twoje umiejętności indywidualne czynią cię charakterystycznym?

Poniekąd tak. Staram się z całych sił pomagać drużynie i grać jak najlepiej. Wciąż rozwijam umiejętności i w pewnym sensie jest to zauważane. Mam jednak łatwiejszą drogę do zyskania popularności, bo przecież żaden inny Polak nie występował wcześniej w europejskiej Pro Lidze. 

Gracze Rainbow Six: Siege jasno mówią o tym, że w Polsce nie można utrzymać się z esportu. Podejrzewam, że wzrost popularności i motywacji wiąże się również z tym, że wreszcie możesz w pełni poświęcić się grze i otrzymasz za to należyte pieniądze.

Pojawienie się pensji z prawdziwego zdarzenia jest naturalnym efektem drogi, jaką przeszedłem wraz z drużyną. Jeszcze dwa lata temu – nie licząc najwyższego poziomu – tylko kilka zespołów w Challengerze mogło pozwolić sobie na utrzymanie się z esportu. Dziś jest zupełnie inaczej i prawdopodobnie wszystkie składy na średnim poziomie europejskim otrzymują niezłe pieniądze. To samo tyczy się ekip z ligi włoskiej i hiszpańskiej. W Polsce jednak raczej nic się nie zmieniło i z samego esportu nie da się wyżyć.

A w Na’Vi? To duży przeskok?

Francuskie czy włoskie drużyny z Challengera są mocno faworyzowane, a co za tym idzie mają potężne wypłaty, jak na poziom, na którym się znajdują. Nawet one nie umywają się jednak do zarobków w Pro Lidze. To bardzo duży przeskok.

Jak pieniądze tego pokroju wpłynęły na twoje życie?

Zawsze miałem motywację do tego, żeby wygrywać i być najlepszym. To nierozłączna cecha mojego charakteru. Kiedy podpisaliśmy jednak kontrakt z Na’Vi, zdałem sobie sprawę, że nie mogę dopuścić do spadku z poziomu Pro Ligi. Tyle lat starałem się, by zajść wysoko, więc nagłe zejście byłoby bardzo bolesne. Znów zostałbym z niczym. Nie zrozum mnie źle – nie chodzi mi o strach przed przegraną. Ta świadomość po prostu znacząco podkręciła mi ambicje związane z wygrywaniem.

I wygrywacie. W debiutanckim sezonie Pro Ligi najpierw zwyciężyliście w Europie, następnie triumfowaliście podczas światowych finałów w Japonii, a na dokładkę wzięliście udział w Six Invitational. Co z perspektywy czasu smakowało najlepiej?

Bez wątpienia zwycięstwo w Japonii. Podczas Six Invitational nie zagraliśmy najlepiej, odpadając już w fazie grupowej. Przez to nie pojawiliśmy się nawet na głównej scenie i ominęła nas gra przed publicznością. A to właśnie występ przed kibicami przenosi zawodnika w zupełnie inny obszar świadomości. Ekscytacja jest ogromna. Kilka tysięcy ludzi przed sceną, skandowanie nazw ulubionych drużyn, gwar, emocje – to wszystko jest wyjątkowe. Doświadczyłem tego w Japonii. Nawet jeśli nie zdołalibyśmy wtedy wygrać, sam fakt poznania smaku gry przed tłumem sprawiłby, że zapamiętałbym te zawody na długo.

Saves i Natus Vincere po historycznym zwycięstwie światowych finałów Pro Ligi. Fot. ESL

Saves i Natus Vincere po historycznym zwycięstwie światowych finałów Pro Ligi. Fot. ESL

Będziecie w stanie wrócić do poziomu, który gwarantował wam sukcesy? Jak sam wspomniałeś, Six Invitational nie był najpiękniejszym pokazem z waszej strony.

Mam nadzieję, że tak, ale sytuacja nie jest tak prosta, jakby mogło się to wydawać. Jeśli utrzymamy formę i poprawimy błędy, będziemy w stanie zagwarantować sobie miejsce w czołowej czwórce i nawet powalczyć o finał. Aktualnie w Europie poziom znacznie się jednak podniósł. Każda z dziesięciu drużyn może wygrać ze wszystkimi. W kolejnych spotkaniach bardzo trudno wskazywać więc faworytów. Oczywiście, teoretycznie mówi się o silniejszych i słabszych zespołach, ale uważam, że sytuacja zmienia się dynamicznie – właściwie z dnia na dzień.

Żaden inny zawodnik z Polski nie może pochwalić się doskonałą znajomością polskiej, brytyjskiej, ale i światowej sceny. Czego brakuje więc naszym zespołom do przebicia się na wyższy poziom?

Przede wszystkim stabilności. Na polskiej scenie – nawet jeśli jakiś zespół awansował do Challengera – kłótnie i wewnętrzne problemy bardzo często doprowadzały do zmian kadrowych. A nie da budować się zdrowej sceny bez trwałych drużyn. Jestem bardzo ciekawy, jak na problem ten wpłynie Polish Masters. W rozgrywkach pojawiło się kilka nowych twarzy, które pokazują się z dobrej strony. Może to jest klucz do sukcesu lokalnej sceny.

Problemy polskiej sceny nie dotyczą jednak wyłącznie zespołów. Jednostkowo też nie wygląda to przecież najlepiej. Jesteś jedynym Polakiem, który zagrał w europejskiej Pro Lidze…

Większość graczy z naszego kraju boi się wyjść ze strefy komfortu, kurczowo trzymając się polskich zespołów. Magic spędził kilka sezonów w Challengerze z zagranicznymi drużynami; AueR dobrze radził sobie we Włoszech; Mekses próbuje sił w niemieckim DIVIZION. Każdy z tych ruchów prowadził do naprawdę dobrych wyników. Mimo to niewielu graczy próbuje pójść w ślady gości, których wymieniłem. Brakuje ryzyka. A w pełni polskich drużynach prędzej czy później zawsze pojawiają się kłopoty.

Mówisz o wewnętrznych konfliktach?

Dokładnie. Pod względem indywidualnym mamy przecież wielu dobrych zawodników – zarówno strzelców, jak i wspierających. Atmosfera w zespołach zazwyczaj nie pozwalała się jednak rozwijać im jako grupie. W międzynarodowych składach również dochodzi oczywiście do konfliktów, ale znacznie łatwiej je rozwiązać. 

Cały czas będę powoływać się na to, że jesteś na polskiej scenie chlubnym wyjątkiem. Zastanawiam się, czy aby dotrzeć tak daleko, musiałeś pogodzić się z jakimiś wyrzeczeniami?

Raczej nie. Droga z polskiej sceny na podwórko brytyjskie, a następnie do Pro Ligi przebiegała bardzo naturalnie. Nie zmieniło się praktycznie nic poza tym, że dziś więcej czasu poświęcamy na treningi i rozwój indywidualny. Nie jest to jednak ogromna różnica. Dość aktywnie ćwiczyłem już w Polsce – w czasach Actiny PACT. Nie doznałem więc żadnego szoku.

W środowisku esportowym często pada hasło: „Saves jest dla polskiej sceny R6S tym, czym Jankos dla krajowego League of Legends”. Masz poczucie tego, że możesz być dla wielu graczy bohaterem i w pewnym sensie drogowskazem?

To oczywiście powód do dumy i dowód na to, że ciężka praca ma sens. Wszystko zależy jednak nie ode mnie, tylko od innych ludzi. Jeśli ktoś będzie chciał się na mnie wzorować i podążać moimi śladami – super. Czuję się zaszczycony. Kluczowym jest jednak to, by gracze zdali sobie sprawę, że chcą to zrobić. Potrzeba im więcej odwagi, bo jak już to zaznaczyliśmy – bez podjęcia ryzyka i opuszczenia polskiej sceny trudno osiągnąć dziś znaczące sukcesy.

Masz jednak wszelkie predyspozycje do tego, by być swego rodzaju ambasadorem polskiej sceny R6S. Wiem, że swoją wartość przede wszystkim chcesz udowadniać na serwerze, ale nie myślałeś o tym, by większą wagę przykładać do działań medialnych?

Zdaję sobie sprawę z wagi budowania wizerunku, ale robię to małymi krokami. Nie stronię od mediów i jeśli tylko pozwala na to czas – udzielam wywiadów. Do działań tego pokroju podchodzę bardzo otwarcie. Wiem jednak, że nie do końca wykorzystuję potencjał mediów społecznościowych, a przykładowo streamowanie nie interesuje mnie w ogóle. Wolę skupiać się na rozwoju umiejętności i trwających rozgrywkach.

Co ucieszyło cię bardziej – dwa zwycięskie tytuły polskiego Masters League, czy trzy triumfy z rzędu w mistrzostwach Wielkiej Brytanii?

Każdy był na swój sposób wyjątkowy. Pierwsze Masters League, które wygrałem w barwach Actiny PACT, było moim debiutanckim turniejem LAN-owym, a w dodatku graliśmy bez Kendrew. Na drugie przyjechałem głównie po to, by spotkać się ze znajomymi, a mimo to wygraliśmy zawody w miksowym składzie. Podczas pierwszego Premiership jeszcze w barwach MnM Gaming w finale pokonaliśmy z kolei zespół z Pro Ligi. 

Jeśli miałbym jednak spiąć to wszystko, powiedziałbym, że lepiej smakują zwycięstwa w Anglii. Poziom tamtejszej ligi jest po prostu znacznie wyższy, a to najzwyczajniej w świecie wpływa na odczuwaną satysfakcję. Sam fakt, że wygrywałem Masters League sklejką znajomych, nie najlepiej świadczył o stanie polskiej sceny w tamtym okresie.

Saves już w barwach Natus Vincere. Tuż po zwycięstwie brytyjskiego ESL Premiership

Saves już w barwach Natus Vincere. Tuż po zwycięstwie brytyjskiego ESL Premiership. Fot. ESL

Zauważyłeś, żeby w Anglii zespoły spoglądały w stronę Polski w poszukiwaniu talentów?

Nie spotkałem się raczej z tym, żeby międzynarodowe drużyny szukały talentów w Polsce. Trudno się im jednak dziwić. Mamy dobrych graczy, którzy od czasu do czasu wyróżniają się na tle zagranicznym, ale nie są to gwiazdy pokroju Shaiiko, który z zaskoczenia wparował do Pro Ligi i zaczął po prostu smurfować.

A jeśli miałby wskazać zawodnika z Polski, który ma predyspozycje do tego, by pójść twoimi śladami?

W tym momencie – ale zaznaczam, że chodzi wyłącznie o czyste umiejętności – pierwszy do głowy przychodzi mi Derius. Ten gość od zawsze gra dobrze. Ostatnimi czasy poziom trzymają też sbt, Kimuin czy igorex. Naturalnie wskazać trzeba też AueRa i Meksesa, którzy poczynili już pierwsze kroki i spróbowali swoich sił na scenie międzynarodowej.

Jak oceniasz w ogóle zmiany na europejskiej scenie, których efektem jest między innymi powstanie Polish Master? 

Dwojako. Boli na pewno to, że zespół z ligi regionalnej, który ma ambicje gry na najwyższym poziomie, musi przejść niezwykle długą drogę. Najpierw dziewięć miesięcy w rozgrywkach krajowych, następnie drugie tyle w Challenger League i jeśli wykorzysta sytuację – dopiero wtedy otworzy się przed nim brama Pro Ligi. Jeśli więc dany gracz nie zostanie zauważony przez drużynę z czołówki i wciągnięty do składu indywidualnie, wejście na szczyt jest bardzo czasochłonne.

Z drugiej jednak strony Polish Masters może realnie wpłynąć na poprawę stabilności zespołów. Jeśli się uda – zniknie największy problem, o którym już wcześniej wspominałem. Miksy nie będą wygrywać już najważniejszych rozgrywek w kraju.

Myślisz, że krajowe drużyny dobre zaprezentują się na tle innych regionów europejskich?

W Europie najwyższy poziom panuje dziś we Francji. Rosja trzyma poziom od zawsze. Wciąż rozwija się też Wielkiej Brytanii, w której widzę wiele utalentowanych zespołów. Konkurencja jest więc duża, ale myślę, że Polska zdoła włączyć się do walki. SLAVGENT, Invicta Gaming czy Izako Boars mogą spokojnie powalczyć o wysokie lokaty w Challengerze. Do potencjalnego awansu do Pro Ligi brakuje im jednak wiele. Każdy z tych składów potrzebowałby pewnych zmian w składzie.

Masz pomysł na to, co musiałoby się stać, żeby popularność Rainbow Six: Siege w Polsce wzrosła proporcjonalnie do tego, co dzieje się w USA, Brazylii czy Francji?

Potrzebujemy w pełni polskiej drużyny na najwyższym poziomie – takiej, która złączy kibiców i zmotywuje ich do regularnego śledzenia rozgrywek. Nawet dziesięciu Polaków rozrzuconych po różnych międzynarodowych zespołach nie da lokalnej scenie tego, co jeden biało-czerwony zespół osiągający sukcesy zagranicą. Oby Polish Masters zdołało taką formację wykreować.

Fot. Natus Vincere

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze