Retro poniedziałek: Skaut Kwatermaster

Retro poniedziałek: Skaut Kwatermaster

15.04.2019, 10:45:00

Lata dziewięćdziesiąte, złote lata przygodówek, tych wszystkich Monkey Islandsów, Jacków Orlando, Ace’a Ventury, Larry’ego 7, King’s Questów i Teenage Agentów. Nie jestem na bieżąco z aktualnymi trendami przemysłu gier, nie znam na wyrywki bieżącego składu growego panteonu, ale coś mi się zdaje, że stare dobre poin’t clicki nie są tym, o czym dyskutuje się w tramwajach.

Point’n click, przyznajmy szczerze, to nie jest najbardziej wyszukana możliwa mechanika gry komputerowej. Będąc dla tego gatunku brutalnym, należałoby powiedzieć, że polega na klikaniu wszystkiego na wszystkim. Znalazłeś agrafkę w kieszeni? Być może posłuży do spięcia rozlatujących się portek. Ale raczej posłuży do wyłudzenia darmowego piwa w barze, rozbrojenia bomby jonowej, podbicia serca kobiety, upieczenia jabłecznika. Point’n click uwielbiały szerogą strugą traktować logikę, stawiając odważnie na zaskoczenie.

Ale point’n click widział wartość tam, gdzie widział ją wtedy mało kto: w fabule, w postaciach, w humorze. Jaką fabułę miał Quake? Jaką Mortal Kombat? Jaką Mario? Otóż żadną, w najlepszym wypadku szczątkową, chcesz fabuły – włącz sobie Forresta Gumpa, chcesz fabuły odpal serial, chcesz fabuły otwórz książkę. Tutaj masz – no cóż – napieprzać.

Przygodówki nie były tego zdania i to stanowiło ich siłę: przy przygodówce można się było uśmiać, przy przygodówce była znacznie większa szansa, że głowny bohater stanie się na pewien czas twoim dobrym kumplem, przy przygodówce wreszcie pojawiało się książkowo-filmowo-serialowe pytanie:

Jak to wszystko się skończy?

Skaut Kwatermaster był klasycznym point’n clickiem, zyskującym wiele przez swoją kameralność i polskość. Premierę miał eony przed Wiedźminem, kiedy polskie gry w najlepszym wypadku zaznaczały swoją obecność na rodzimym rynku. Weźmy takiego Mortyra: nad Wisłą solidna popularność i niezłe oceny, na zachodzie ochrzczony jednym z najgorszych FPP w historii gatunku.

Skaut zapewne nie stanowił światowego topu w swoim gatunku, ale nas mógł ująć lokacjami miejscowości Ołobok Zdrój: domem sołtysa (przed nim oczywiście sołtys na ławeczce, ubrany w klasyczną szarą żonobijkę), jest zalany robotnik pod koparką, jest PGR, jest bar z daniami domowymi. Jest i czołg. Zbieramy jagody, rozkład jazdy z przystanku, lupę, talię kart i siekierę. Jest jak zwykle w point’n clickach nieoczywiście: śrubokręt trzeba połamać, karty TPSA należy użyć do zamówienia pizzy, a sołtysowi dać grę komputerową. W praktyce gra polega na tym, by zebrać co się dało i klikać na wszystkim na czym się dało. Było w tym sporo humoru i dużych zaskoczek, które dawały tym więcej frajdy.

Widzicie, to nie były jednak czasy solucji. Jeszcze jeden kumpel w klasie miał Skauta, przechodziliśmy go równolegle. Grę może z solucją da się przejść szybko, ale bez niej to błądzenie we mgle. Każdy punkt zaczepienia, wszystko co udało się odkryć, sprawiało dziką satysfakcję i tego grze nic nie może zabrać. Satysfakcję oceniłbym na znacznie więcej niż dziesięć fragów z rzędu w Unreal Tournaument czy wprowadzenie Polski do mistrzostw świata w Road To World Cup 1998.

Na tym polegała magia point’n clicków. Gra służyła nam długo, oczywiście nie miała waloru regrywalności, wymagała niezmierzonych pokładów cierpliwości, ale wynagradzała poświęcony jej czas w sposób, jakie inne gatunki otwarcie lekceważyły.

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze