Retro poniedziałek: Pizza Syndicate

Retro poniedziałek: Pizza Syndicate

08.04.2019, 18:19:00

W ramach jednej gry możecie zadecydować, czy na pizzy mają się znaleźć pomidory krojone w ćwiartki, czy jednak w plastry oraz czy do napadu na magazyn bardziej nadaje się karabin maszynowy, czy jednak bomba. Prawdopodobnie jedyna gra (no dobra, cykl gier), która pozwala łączyć karierę Magdy Gessler oraz Ala Capone. Wszystkie włoskie stereotypy szczelnie upchnięte na jednym dysku CD. Jedna z pozycji, które doceniałem tym mocniej, im więcej wiosen przeżyłem.

Pizza Syndicate.

Gatunek? Trochę klasycznego tycoona, trochę prostej strategii wojennej, dużo komediowego sosu i oczywiście nieodzowny dla pizzy ser żółty. Albo inaczej: to symulator bezwzględnego restauratora. To ostatnie chyba najpełniej opisuje zakres działań, które możemy podjąć w grze. Już od menu głównego i klimatycznych przerywników filmowych mamy bowiem świat podzielony dokładnie na pół. Wąsaty kucharz chowa za pazuchą nóż i tylko od decyzji gracza zależy, czy czerwone nacieki to sos pomidorowy, czy krew. Gangster w charakterystycznym prążkowanym garniturze trzyma w rękach klasyczną margaritę. Nawet stan konta jest prezentowany na biało-czarnym pasku – po jaśniejszej stronie legalnie zarobione dolary, po tej ciemnej – hajs wywalczony na drodze przestępczej.

Startujemy jako anonimowy restaurator z niewielkim poważaniem w półświatku. Cel? Karmić całe miasto (z czasem i świat!) oraz przewodzić największemu gangowi w mieście (a z czasem i na świecie). Droga do sukcesu? Cóż, jak w życiu, w obu gałęziach naszej działalności musimy postawić na ciężką pracę. Część „gesslerowa” to wystrój restauracji, kreowanie nowatorskich przepisów z uwzględnieniem preferencji mieszkańców danego miasta, zatrudnienie odpowiedniego personelu oraz szereg kampanii marketingowych. Część gangsterska to dobranie odpowiedniego sprzętu do każdej akcji, staranne wykonywanie zleceń, handel na czarnym rynku oraz poszerzanie liczebności gangu.

Wiadomo: doba nie jest z gumy. Czasem w ferworze ulepszania przepisu na pizzę z mrówkami (mieliśmy naprawdę szeroki wybór składników…) umykały lukratywne deale na czarnym rynku, innym razem wtopa podczas obrabiania magazynu konkurencji skutkowała wymiernymi stratami w restauracji. Dylematy pojawiały się zresztą już w trakcie tworzenia postaci, ba, wyboru wieku naszego alter ego. Im starszy, tym bardziej doświadczony, wiadomo. Ale im młodszy, tym szybszy, bardziej mobilny, no i oczywiście sprawniejszy fizycznie, gdy przychodzi użyć kija baseballowego. Ważniejsze zdolności marketingowe, które poprawiały zasięg naszych reklamówek telewizyjnych, czy jednak umiejętność motywowania personelu, dzięki czemu kucharze rzadko spóźniali się do lokalu?

To wszystko sprawiało, że gra była dość trudna. Nie było też jednego dobrego sposobu na zwycięstwo. Rozwiązania, które działały w klasycznych włoskich miastach, zupełnie nie trafiały do smakoszy z Las Vegas. To, co sprawdzało się w Chicago, nie gwarantowało sukcesu w Moskwie. Najgorzej zaś robiło się, gdy jednocześnie trzeba było tępić karaluchy podrzucone przez konkurencję do naszego lokalu w Egipice, walczyć z konkurencyjnym gangiem w Wenecji oraz kreować nową kampanię marketingową w Australii. I jak tu znaleźć czas na stworzenie nowego przepisu na pizzę, która uwzględni gust rosyjskich klientów?

Już samo tworzenie tego opisu pokazuje, jak rozbudowana była to gra. Mimo dość prostych mechanizmów, sposobów na sukces było naprawdę mnóstwo – bo przecież bezwzględny restaurator nie cofnie się również przed donosem do prasy czy… napadem na bank. Pewne rzeczy wyłapywało się od razu – gdy tworzysz lokal obok szkoły w Moskwie, gdzie 3/4 dzieciaków da się pokroić za bekon, uwielbia muzykę i nienawidzi drożyzny, tworzysz naprędce kilka tanich pizz z bekonem a potem wstawiasz szafę grającą. Ale po chwili zerkasz na swój lokal w Paryżu, zlokalizowany obok banku, gdzie zmanierowane japiszony (tak nazywa się jeden z „gatunków” klientów) oczekują przede wszystkim ekstrawaganckiego wystroju, zarówno w lokalu jak i na pizzy. Wrzucasz im więc jednocześnie szparagi i brzoskwinie, a dla poprawy efektu na środek dajesz nowoczesną rzeźbę.

Ale przecież to nie koniec. Do dzieciaków nie dotrzesz przecież reklamą w prasie, ulotki nie zadziałają na bankierów. Poza tym jeśli klienci w twoim mieście są tradycjonalistami… Może lepiej zacząć od podrzucenia punków do lokalu rywala? A potem przypadkowo połączyć dostarczenie zgniłych produktów i wizytę specjalisty z sanepidu?

Rety, jakie to było grywalne. Kawalkada problemów do rozwiązania, kawalkada zadań do wykonania, ciągła walka o każdego kolejnego klienta. Możliwe, że wszystko mogłoby się znudzić nieco szybciej, gdyby nie oprawa. Doskonała polonizacja (chuligani zaczepiający bełkotliwie: „masz jakiś proooblem?), mnóstwo humoru, umiejętna gra stereotypami (ciekawe co by dziś bardziej oburzało, wiecznie narzekający emeryci, „grubasy”, wydające z siebie głównie stęknięcia czy jednak oryginalny gust mieszkańców egzotycznych miast?). Do tego bardzo przyjemna grafika i świetna, nawiązująca do miejsc, w których się znajdujemy muzyka.

No nie chciało się tego wyłączać, a czasami, gdy już wszystkie lokale hulały na pełnych obrotach, przyjemne było po prostu wysłuchiwanie komentarzy mieszkańców, zmierzających do naszej sieciówki.

Pamiętam dialog z rodzicami w szczytowym momencie mojego uzależnienia od Pizza Syndicate.

– Kuba, czemu nie wyłączasz komputera podczas odrabiania lekcji?
– Bo mnie się tam teraz pieniądze zarabiają.
– Ale nam się tutaj wydają na prąd.

Normalne problemy restauratora-gangstera.

 

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze