Retro poniedziałek: Liero

Retro poniedziałek: Liero

29.04.2019, 13:08:00

Są takie gry, których fabuła śni ci się po nocach, wyciska łzy z oczu, zostaje z tobą do końca życia. Są takie gry, w których przywiązujesz się do bohaterów, masz ich za bratnie dusze, przedłużenie swojej osobowości, aktualnych kumpli, w skrajnych przypadkach nawet przyjaciół.

Ale są też takie gry, które nie posiadają żadnej fabuły, gry której bohaterowie są przezroczyści jak kieliszek wódki, co nie przeszkadza ani na sekundę bo są skąpane w hektolitrach czystej, niczym nie zmąconej grywalności.

Taką grą bez wątpienia była – i wciąż jest! – Liero.

Co, nie znacie Liero? To nic, bo na pewno znacie Wormsy. Uzbrojone robaki kojarzy każdy, nawet najbardziej niedzielny gracz, wszyscy wiemy jaką radochę sprawiało posłanie superowcy, a także jaki dym potrafił zrobił dobrze rzucony banan. Liero jest wariacją na temat Wormsów, odpowiadając na jedno zasadnicze pytanie:

A co gdyby Wormsy nie były grą turową?

Tak jest, w Liero w gruncie rzeczy chodzi o to samo. Dostajesz planszę, której większość nadaje się do zniszczenia. Wybierasz sobie pięć broni z pokaźnego arsenału, dostajesz do tego wszędobylską linę, a potem wychodzisz na solo, zawsze jeden na jeden. Możesz się oczywiście zmierzyć z komputerem, tylko po jaką cholerę? Liero to absolutny klasyk jeśli chodzi o grę z drugim człowiekiem, typowa imprezówka, dająca tą wspaniałą satysfakcję całkowitego wirtualnego zdemolowania kolegi, siostry, wujasa z Bytomia.

Liero jest grą brzydką jak listopadowa noc. Liero ma najbardziej standardowy wybór dźwięków, z których zresztą spokojnie można zrezygnować na rzecz zaimprowizowanego podkładu, powiedzmy System of the Down lub audiobooka Nad Niemnem. Dlatego choć zaraz pokażę wam video, tak nie możecie się w nim skupiać ani przez sekundę na oprawie wizualnej,  bo to samobój. Zauważcie taktyczność rozgrywki o mistrzostwo świata.

Wierzcie na słowo: emocje podczas gry są niesamowite. Nerwy godne pojedynku w samo południe przed saloonem. Oliwy do ognia dodaje wybór gnatów. Oczywiście możesz wybrać coś w stylu uzi, którym będziesz siał nabojami po planszy, ale uzi zabiera niewiele. Co innego snajperka, z której w praktyce jeden strzał zabija, ale snajperka z kolei przeładowuje się tak długo, że przez pewien czas jesteś całkowicie bezbronny. Jest szereg wspaniałych granatów – mój ulubiony Big Nuke, potrafiący rozwalić pół planszy na raz – których umiejętne podrzucenie jest solą rozgrywki. Jest bazooka, jest bazooka ze sterowanymi rakietami, są przeróżne pułapki w stylu min. Każda z tych armat ma różny czas ładowania, przez co nawet najpotężniejszy gnat ostatecznie ma szereg minusów, czyniąc rozgrywkę równą i nieprzewidywalną.

Autorzy Liero trafili też w dziesiątkę oddając graczowi szereg narzędzi do ubarwienia rozgrywki. Można przykładowo dać graczom tysiąc procent życia, zmieniając rozgrywkę na o wiele dłuższą, można stworzyć swoje plansze, co jest równie proste co rysowanie w paincie. Przede wszystkim jednak można ingerować w czas ładowania, w wersji ekstremalnej sprawiając, że nawet bazooka i Big Nuke działają z prędkością karabinu maszynowego. W takim wydaniu pojedynek w Liero zmienia się w zupełnie inną grę. To festiwal zniszczenia. Wyobraźcie sobie deszcz wormsowych bananów, wyobraźcie sobie sterowanie kilkunastoma rakietami naprowadzanymi, wyobraźcie sobie róg obfitości, z którego w nieskończoność sypią się miny.

Niestety, nie mogłem znaleźć idealnego video pokazującego ten spektakl, to jest dziwnie poklatkowane, ale można złapać o co chodzi.

Liero dzięki swej prostocie i miodności nic się nie zestarzało. To Deluxe Ski Jump wśród strzelanek. Ja w Liero zagram zawsze i wszędzie.

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze