Retro poniedziałek: Golden Axe

Retro poniedziałek: Golden Axe

06.05.2019, 11:41:00

Bijatyka w co-opie, w której za lokację służy grzbiet gigantycznego jastrzębia czy tam orła?

Czego chcieć więcej od życia?

Twórcy Golden Axe właściwie zdiagnozowali priorytety życiowe młodzieży na całym skomputeryzowanym w latach dziewięćdziesiątych świecie, dzięki czemu ich tytuł podbił nasze dżojstki, portfele, umysły i serca.

Fabuła skomplikowana jak stylisko łopaty: oto wybierasz jednego z Trzech Wielkich i Heroicznych Bohaterów, z których jeden był podróbą Gimliego, drugi był podróbą Conana Barbarzyńcy, a trzecim była amazonka w stroju kąpielowym, który jakimś cudem uchodził za pancerz. Świat fantasy zapraszał do przygody, a podczas niej musiałeś pokonać – a jakże – Bardzo Złego, który Zrobił Złe Rzeczy. Jak nie kibicować takiej wyprawie?

No dobrze, nie śmieszkujmy dłużej z fabuł gier tamtych lat, skoro najpopularniejszą była ta o hydrauliku próbującym uratować księżniczkę. Co ważne w Golden Axe to mechanika gry. A ta, bez cienia przesady, była na tamte czasy porywająca.

Weźmy takie Franko, naszą swojską bijatykę, w której szedłeś po Szczecinie prać ZOMO, bandytów, punków i kto tam się tylko nawinął. We Franko miałeś może trzy ciosy do dyspozycji i szlus. W Golden Axe? Panie, daj pan spokój: poza standardowymi ciosami każdy z bohaterów do wyboru miał jeszcze swoje specjalne kombinacje. Może nie odpowiadały poziomem złożoności i efektowności fatality z Mortal Kombat, ale jednak nie nużyły i były wystarczająco odmienne. Krasnolud, jak to najniższy, miał jakiś zdradziecki cios mocno czerpiący z fikołka i czołgania się po ziemi, można było staranować kogoś barkiem, zrobić wyskok z kopniakiem w stylu Liu Kanga – do wyboru, do koloru.

I przeciętna gra na tym by zakończyła, przybijając sobie piątkę. Golden Axe szło dalej. Dzisiaj w byle strzelance możesz porwać wóz i zacząć się nim wozić. Ale wtedy, w 1989 o tym nie słyszano. Tymczasem w Golden Axe mogłeś pokonać jadącego na minismoku przeciwnika, a potem zabrać mu wózek. Mało tego, następnie z takiego smoka korzystać, atakując przeciwnika smoczym ogonem lub ziejąc nim ogniem.

Wciąż mało? Każdy z wojowników miał do dyspozycji magię, uzupełnianą flaszkami many. Wtedy, w godzinie wielkiej próby, mogłeś przywołać Moce. Nagle cały ekran zajmował ognisty armadżedon, walące w niemilców pioruny i inne nadprzyrodzone interwencje, wezwane przez ciebie, graczu.

Tak, to arsenał zagrań, z którym mało kto się mógł wtedy równać. A jeszcze dało się złapać przeciwnika i wyrzucić go z planszy, zabijając na miejscu, a jeszcze miałeś – jak już wspomnieliśmy – całkiem przyjemne lokacje, bo nie samym jastrzębiem człowiek żyje. Na skorupie gigantycznego żółwia walczyło się również (ten żółw, naturalnie, miał na skorupie jakieś małe miasteczko). Był Zamek Złego, był mroczny las, ale przyznacie, że standardowe miejscówki przyjemnie zróżnicowano. Grafika jak na tamte czasy była piękna, Golden Axe stanowiło jedną z ładniejszych, klimatyczniejszych gier, gdzie osnowę fantasy podkreślała też fajna oprawa dźwiękowa.

I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że gra była piekielnie krótka. Naprawdę. Można było ją przejść całą w mniej niż godzinę. Tego jednego wybaczyć nie możemy, bo aż się prosiło, by to był dopiero pierwszy etap, a wyprawa trwała godzinami. Tymczasem ledwie zacząłeś, już kończyłeś. Zestaw danych ci ruchów, wsparty magią, był zdecydowanie przerastający wymagania gry, dzięki czemu wkrótce gra stawała się igraszką, w której demolowałeś przeciwnika bez większego „ale”. Niemniej pozostawała tak miodna, że i tak co jakiś czas chętnie się do niej wracało. Szczególnie w towarzystwie.

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze