Retro poniedziałek: Colin McRae Rally 2.0

Retro poniedziałek: Colin McRae Rally 2.0

27.05.2019, 16:37:00

Jestem człowiekiem skrajnie niemotoryzacyjnym. Prawo jazdy zdałem za piątym razem, a zdawałem w Sieradzu, mieście, które powstało tylko po to, by podwyższyć statystyki zdawalności na prawo jazdy. Wolę pociąg, czy nawet autobus, w którym mogę się rozwalić, wyciągnąć nogi, kimnąć, przeczytać coś przyzwoitego lub pograć w równie przyzwoitą grę. Nigdy nie interesowały mnie rajdy samochodowe, nie załapałem się na Kubicomanię choćby w promilu, nigdy nie interesowała mnie sama motoryzacja jako taka, ledwo odróżnię Renault Megane od Forda Focusa. Przy aucie nie poradziłbym sobie z niczym wykraczającym poza naprawę zagłówka.

A jednak Colina McRae 2 uwielbiałem.

To jedna z dwóch istotnych samochodówek w moim życiu (no, chyba, że za taką uznać GTA, ale ja uważam, że to nadużycie). Jakoś się nigdy nie składało, byłem po stronie futbolu, tu także jest od cholery i jeszcze trochę gier, a przecież jeszcze strategie, a przecież soczyste RPG, przygodówki, hack’n slashe, słowem: jest w czym wybierać. Coś tam słyszałem o Gran Turismo, to była nazwa jak zaklęcie, intrygowała mnie, ale z braku konsoli GT na zawsze pozostało dla mnie tajemnicą. W zasadzie wcześniej był na poważnie chyba tylko Lotus na Amidze, ale też wymowne: ja wtedy miałem TYLKO Lotusa. Żadnej innej gry. Przez kilka miesięcy jedna dyskietka i koniec. Grać musiałem.

Colin McRae 2 był jednak fenomenalny. Lubiłem w nim wszystko. Nawet jak dzisiaj odpaliłem filmiki z Colina, to przypomniałem sobie o takim detalu, jak o naprawdę fajnej muzyce w menu i przyjemnej muzyczce podczas ich przeglądania. W trakcie jazdy – to akurat pamiętałem doskonale – na głośnikach porady od Krzysztofa Hołowczyca, który i teraz anonimem nie jest, ale wtedy był u szczytu swojej sławy. Ten głos zna każdy Polak, a żaden głos tak dobrze nie komponuje się z rykiem silnika, piskiem opon i – nie ukrywajmy – dźwiękami wgniatającej się na kolejnym drzewie blachy.

Graficznie Colin, na tamte czasy, wydawał mi się grą piękną. Aż by się człowiek chętnie zatrzymał, wysiadł z fury i poszedł na spacer. Popodziwiał widoki podczas francuskiej trasy, cyknął zdjęcie zachodowi słońca w Grecji, porzucał się śnieżkami w Finlandii, względnie ulepił bałwana i poślizgał się na lodzie. Dziś widzę naturalnie, że każde drzewo to sprite’y, tak samo nieruchoma widownia, ale szczerze mówiąc cały czas Colin mi się podoba. Nie odstraszyłaby mnie ta grafika z całą pewnością. Zawsze zastanawiałem się też: ciekawe jak zrobiliby rajd Polski?

A przecież grafika jest kwestią drugorzędną, jak nie trzeciorzędną, bo największym atutem była sama mechanika. W Colinie miałeś autentyczne czucie pędu, jazda ekscytowała, duża prędkość potrafiła zawrócić w głowie, ale i tak była niczym w porównaniu z idealnie wziętym trudnym zakrętem. Kontrowanie auta, zapamiętywanie trasy, wchodzenie na ręcznym w wiraż – nagle nawet taki Janusz kierownicy jak ja potrafił się przez chwilę poczuć jak następca Hołka. Trasy były zróżnicowane – to szutrówka Kenii, to asfalt Francji, to śniegi Finlandii. Osobiście najbardziej lubiłem trasy zawalone śniegiem, choć były strasznie wymagające, to ciekawe, mające zupełnie inne wymagania od wszystkich innych. Dobrze jeździło się też u Francuzów, gdzie można było nabrać największej szybkości. Nawet aby się nią nacieszyć, trzeba było najpierw poświęcić mnóstwo czasu na szlifowanie umiejętności.

Przesiadka na lepsze fury sprawiała, że nikt cię nie mógł odpędzić od kompa, ze szczególnym uwzględnieniem kultowego w pewnych kręgach Subaru Impreza. Zresztą, zawsze można było śrubować wyniki, by przygotować się do zaciekłej rywalizacji z kumplem. W moim przypadku chodziło o walkę z sąsiadem, z którym graliśmy na dzielonym monitorze w pewnym momencie wręcz nałogowo, ale dajcie spokój:

W Colina grali wtedy wszyscy, o rywala nie było ciężko.

Pamiętam, że na bazie Colina kilka razy obejrzałem nawet na TV4 relacje z WRC. Nie jest to jednak najbardziej telewizyjny sport moim zdaniem, choć sam rajd wielce efektowny. Pamiętam też, że jakoś odczułem śmierć samego szkockiego kierowcy, choć nie pasjonował mnie ten sport, a o nim samym nie wiedziałem prawie nic, ale takimi ścieżkami czasem chodzi umysł.

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze