Retro poniedziałek: Championship Manager 4

Retro poniedziałek: Championship Manager 4

03.06.2019, 13:30:00

Moje pierwsze zetknięcie z serią Championship Manager: końcówka lat dziewięćdziesiątych, dopiero co oduczyłem się mówić na chleb „bep”, ale jeszcze wchodzę na stojąco pod stół; siedzę u kuzyna, do którego swego czasu przyjeżdżałem całymi dniami grać w Sensible Soccer, ma nową piłkarską gierkę, odpala, a ja patrzę, patrzę, tej piłki jakoś nie widać.

– A kiedy zacznie się mecz?

– Już trwa.

– Te napisy?

– Te napisy.

Dla dzieciaka to było niepojęte, że tekst ma odpowiadać wolejom, rabonom i karniakom, ale z każdym kolejnym golem, każdym kolejnym transferem, każdym mistrzostwem zaczynałem rozumieć ten świat i doceniać jego głębię. Zrozumiałem też, że brak graficznego meczu nie jest żadną przeszkodą, a koniecznym kompromisem, który jednak daje w zamian furę możliwości.

Gdy jakiś czas później dorobiłem się swojego komputera, kupionego w dużej mierze za moje komunijne pieniądze (czas pierwszego porównywania finansowego: kto ile dostał?), jako jedną z pierwszych gier zamówiłem CM 01/02. Oczywiście zamówiłem u kolegi pirata, który miał nagrywarkę, nie będę was ściemniał, takie były czasy (policję zapraszam pod ten adres co zawsze). Po jakimś czasie CM przyszedł, ja wyłożyłem dyszkę, a kolega nie zapomniał okrasić transakcji pytaniem:

– Lechu, a gdzie tam się włącza mecz?

– Te napisy to mecz.

– Napisy?

– Tak.

– I ty w to grasz?

– Tak.

On w śmiech. To była bariera nie do przeskoczenia dla wielu – w zasadzie w CM-a w mojej szkole łupałem tylko ja. Raz próbowałem zarazić nim kumpla, ale wolał pozostać przy Lidze Polskiej Manager.

Tekstowego CM-a skatowałem na wszystkie możliwe sposoby – pisałem o tym już kiedyś, być może przyjdzie jeszcze czas na osobne podsumowanie. Dziś chcę wam uzmysłowić, że przejście na graficzne przedstawienie meczu dla całego pokolenia graczy katujących CM-a było rewolucją. To nam się nawet nie śniło. Niby każdy polubił tekst i ten pasek na dole, dawał on więcej emocji, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać, ale w dniu, w którym pojawiły się pierwsze skriny z wirtualnych meczów, nie było chyba wyjadacza, który nie dostałby gęsiej skórki.

Oczywiście było ryzyko, że wirtualne mecze będą do dupy, ale, cóż, nie były. W Championship Managerze 4 (i późniejszym CM-ie 03/04, w praktyce podszlifowanej tej samej gierce, wiecie jak to się odbywało) trzymały się kupy. Nie miałeś poczucia losowości czy schematyczności, były emocjonujące, ba: porywające. Tekst odpalałem na najszybszej prędkości, miałem mgliste poczucie co dokładnie się dzieje, tutaj?

Kto się nie wpieniał, gdy jego napastnik marnował setkę w eliminacjach Ligi Mistrzów?

Kto nie wychwalał pod niebiosa Dudka, który obronił sam na sam podczas meczu z Anglią?

Bramki? O mój Boże, jak wspaniale było zobaczyć składną akcję, bombę z dystansu, sprytne wykończenie, kapitalne uderzenie z rzutu wolnego.

Uwielbiałem też takie detale, jak różne rozmiary boisk, od lotniska Camp Nou, po śmieszne, prawie kwadratowe boisko Górnika Łęczna.

Wciągnąłęm się w wir gry na setki godzin, zakochanie od pierwszego wejrzenia, godne pierwszych chwil z CM-em. Oczywiście najpierw misja Widzew, doprowadzenie go do tytułu w Lidze Mistrzów. Na ataku Moke i Jarosław Piątkowski robili robotę, za darmo był cały szareg niezłych polskich zawodników, z niezawodnym Pawłem Pranagalem na prawej stronie.

Chyba w edycji przed wszelkimi patchami udało mi się ściągnąć do Łodzi Tijaniego Babangidę, którego możecie kojarzyć z Ajaxu. Miał szybkość 20, przyspieszenie 20 i drybling 20 – wystarczyło, by robił w polskiej lidze co tylko chciał, a dryblingów zaliczał po dziesięć na mecz. W jakiejś karierze podobny sukces osiągnąłem Dariuszem Szubertem, który trafił za to do kadry – niezbadane są wyroki CM-a.

Potem odkryłem norweską trójkę – nie pamiętam, czy byli już w 4, czy dopiero w 03/04 – która kosztowała tyle co nic, a z miejsca nadawała się do reprezentacji Polski:

Daniel Lubieniecki na środek pomocy, Remigiusz Chajewski na prawą pomoc, a także niezniszczalny Artur Faranczuk na stoperze. Faranczuk to w ogóle był jeden z najlepszych defensorów gry. Czytałem później, że ktoś niesłychanie przeładował Spartę Sarpsborg, każdy w niej był potencjalną supergwiazdą, a tak się złożyło, że trafiło  tam akurat trzech Polaków. Faranczuk brylował wszędzie:

Real Madryt ery Galacticos? Proszę bardzo, pierwszy skład.

Mocarna Serie A? Gdzie chcesz, to grasz, choćby Nesta miał iść na ławę.

Kadra? Kapitan na lata, aż do czterdziestki.

Kiedyś nawet odezwałem się do pana Artura, co ciekawe nie miał pojęcia, że jest wirtualną legendą.

Championship Manager 4 – przez to rozumiem też 03/04 – to ostatnia wersja przed rozbratem Sports Interactive z Eidos, i też ostatnia, według mnie, z typowo zacięciem arcade. W późniejszych edycjach, gdzie SI zajęło się Football Managerem, pojawił się wyraźny zwrot ku symulacji. W CM4 jeszcze było hulaj dusza, piekła nie ma, polskimi pierwszoligowcami jak się uparłeś mogłeś zrobić Ligę Mistrzów. Albo taki Porarinn Brynjar Kristjansson: kupowałem go za pół darmo gdzie chciałem – polska liga, Third Division, Serie C – i od razu miałem w składzie jednego z najlepszych napastników Europy. Tym samym Kristjanssonem robiłem awans w jakiejś pipidówie, tym samym wygrywałem finał Ligi Mistrzów. Każdy z was ma na pewno szereg takich nazwisk, ja tylko wskazuję, że nie trzeba było wcale sięgać po Freddy’ego Adu czy Giampiero Zecchina: równie dobrą robotę wykonywał Patrice Tano, którego mogłeś za darmochę sciągnąć do pierwszego lepszego Włókniarza Kietrz. Z Tano, który w Widzewie musiał ustąpić Chajewskiemu składu, też robiłem Ligę Mistrzów.

To stało się problemem CM-a – był za łatwy. Liczba supertalentów, które są na poziomie Ronaldo czy Raula, sprawiała, że gra nie należała do najtrudniejszych. Do tego silnik meczowy całkowicie się sypał przy ulubionej taktyce wszystkich graczy. Już od starszych wersji w zasadzie każdy częściej bądź rzadziej korzystał ze strategii opartej na ofensywnie usposobionym pomocniku, który miał „strzałkę” przesuniętą do linii ataku. Tutaj, szczególnie w wersji słynnej taktyki „diablo”, sprawiało to, że środkowy pomocnik co i rusz miał wolną drogę do bramki. Słyszałem opinię, że taktyka diablo to prawie jak granie na kodach: coś w tym jest, mój ofensywny pomocnik potrafił strzelić tak o dwadzieścia bramek więcej, niż miał rozegranych meczów. W starszym CM-ie też było od cholery talentów, ale nie było taktyki tak potrafiącej zabić rywala.

To, co mi jeszcze przeszkadzało, to że gra chodziła diabelnie wolno. Przeładowywanie meczów w tle trwało naprawdę długo. Myślałem, że to może kwestia mojego złoma, ale nie – nawet na nowych laptopach rewolucji nie ma. Zapomnij więc o szczególnie rozbudowanej bazie, chyba, że lubisz podczas sezonu przeczytać sobie jedną lub dwie powieści Lwa Tołstoja.

Pamiętam też, że nikt nie miał pieniędzy. W CM 01/02 handlowało się aż miło, tutaj? Wisła mogła kupić jednego zawodnika do 300 tysięcy, poza tym same transfery za darmochę. Okej, bliższe to prawdzie, ale jest tu kontrast: mówimy o grze wciąż bardzo arcade, a jednak teraz, w tym aspekcie, zachciało się realizmu? I był to realizm na opak, bo w pewnym momencie transfery gotówkowe były absolutną rzadkością. Po jakimś czasie – nie wiem, może to zostało uleczone w jakimś patchu – bankrutowali wszyscy. Inter wygrywał drugi sezon z rzędu Ligę Mistrzów, a chwilę potem czytałem, że jest bankrutem.

Najwięcej spędziłem przy tekstowych CM-ach, do nich też najchętniej wracałem – ostatnio do CM 01/02 w zeszłym roku, porwało jak zawsze. Tu zawsze jest zawieszona półka: chcesz wyzwań? Weź reprezentację Polski, lekko nie będzie. Awansujesz na finały, ale dalej zaczną się schody. Graj polskim klubem, zostaniesz europejską potęgą, ale na pewno nie będziesz wygrywał rok w rok Ligi Mistrzów. W CM4 i CM 03/04 takie dystansie są możliwe, więcej: to standard. Pamiętam, że do dyspozycji były też ligi azjatyckie, jakiś Hong Kong, a siłą rzeczy też jego reprezentacja. Hong Kongiem czy innym Singapurem też zdobyłem mistrzostwo świata, ba, za pierwszym podejściem. To już było przegięcie, po którym kolejne zwycięstwa przestawały sprawiać frajdę.

Do CM4 wracałem, ale najwyżej po kilku sezonach się nudził. Niemniej zawsze w pierwszej chwili jest posmak tego zderzenia, które było za pierwszym razem:

Jaki piękny jest ten mecz.

Jaki piękny był ten gol.

Wiem, że to tylko kropki z numerami, ale jakie to piękne zobaczyć swoją ekipę w autentycznej akcji.

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze