Rafał Pikiewicz: Bez IEM esport w Polsce wyglądałby bardzo podobnie
Battle Royale
Biznes
CS:GO
Wywiady

Rafał Pikiewicz: Bez IEM esport w Polsce wyglądałby bardzo podobnie

12.02.2019, 09:12:00

Intel Extreme Masters w Katowicach to temat palący. W Spodku i Międzynarodowym Centrum Kongresowym rozegra się przecież Major CS:GO. O historii IEM, sprowadzeniu symbolicznego wydarzenia do Polski i ryzyku z tym związanym, największych problemach organizacyjnych czy też wpływie marki na krajowy oddział ESL i nadwiślański esport porozmawialiśmy z Rafałem Pikiewiczem, szefem ESL Polska.

Przypominałem sobie wywiady z 2013 roku udzielone tuż po sprowadzeniu Intel Extreme Masters do Polski. Biła z nich ekscytacja. Po latach i tylu zorganizowanych imprezach IEM wciąż budzi tyle emocji, czy jednak doświadczenie i nabyte umiejętności je nieco studzą?

Z roku na rok powtarzamy pewne elementy, więc możemy skupić się na wielu innych rzeczach niż na początku. To, że siódmy raz organizujemy IEM w tym samym miejscu i fakt przepracowania w przeszłości wielu trudnych tematów, sprawiają, że wiemy już, co i jak robić. Partnerzy, którzy nam pomagają, czy też zatrudniane przez nas firmy, mają zresztą podobnie. Wszystkie wymienione elementy sprawiły, że nasze ruchy są dziś bardziej automatyczne niż przed laty.

Ekscytacja trzyma się nas jednak zawsze. To przecież olbrzymie przedsięwzięcie, które zajmuje nam głowy przez cały rok. Pierwsze spotkanie dotyczące IEM 2019 odbyliśmy podczas IEM 2018. Życie ESL – szczególnie polskiego oddziału – trochę kręci się więc wokół tej imprezy. Oczywiście – w różnym natężeniu, bo praca na pełnych obrotach zaczyna się mniej więcej od października. Katowicka impreza naturalnie wiąże się z dużymi emocjami, z tym że aktualnie potrafimy je kontrolować nieco bardziej niż w 2013 roku.

Zatrzymajmy się więc przy samej kontroli. Organizacja tak wielkiego wydarzenia musi wiązać się z sytuacjami kryzysowymi, które nagle trzeba opanować.

Co roku IEM potrafi nas czymś zaskoczyć i są to różnego rodzaju problemy. Najczęściej kłopoty pojawiają się w sferach logistycznej i technicznej. To właśnie do nich najtrudniej się przygotować, bo związane są z wieloma zmiennymi.

Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, że nasz sprzęt telewizyjny zostanie zatrzymany nagle przez kontrolę celną w Kanadzie. A to właśnie przytrafiło nam się w zeszłym roku. Do Polski dotarła tylko połowa kamer, przez co w bardzo krótkim czasie musieliśmy wynająć drugą połowę. Wbrew pozorom nie jest to wcale takie proste. Pamiętam też problem związany z mikrolagami, które trzeba było dokładnie przeanalizować. Na szczęście możemy pochwalić się wsparciem Intela i ich zaplecza technicznego. Dzięki tej pomocy udało nam się z tym uporać.

Jest mnóstwo różnych elementów, które trudno zaplanować z góry, bo są nieprzewidywalne. Przed największymi wyzwaniami stanęliśmy w 2015 roku, kiedy po raz pierwszy – i jako pierwsi w ogóle – zorganizowaliśmy wydarzenie w MCK. Cały budynek był wielką tajemnicą dla nas, ale nawet dla miasta. Żeby być szczerym – kiedy myśmy wchodzili, miejsce jeszcze wykańczano.

Podejrzewam jednak, że oprócz kłopotów, z którymi trzeba na bieżąco walczyć, posiadasz wiele pozytywnych anegdot związanych z imprezą.

Na przestrzeni lat zdarzyło się wiele śmiesznych sytuacji. Moja ulubiona dotyczy bezpośrednio mnie. W 2015 lub 2016 roku zauważyliśmy, że gdy na katowickim rynku zatrzymuje się tramwaj, bardzo młoda część naszej publiczności nie schodziła przejściem podziemnym, tylko biegła przez drogę właściwie między samochodami. Nie chciałem, by komuś stała się krzywda, więc wykonałem telefon do policji, prosząc, żeby pilnowała porządku. Z racji tego, że zarówno władze miasta, jak i służby porządkowe bardzo nam pomagają, reakcja nastąpiła bardzo szybko. Patrole faktycznie dbały o bezpieczeństwo na wszystkich światłach. Do tego stopnia, że kiedy dziesięć minut po telefonie z ekscytacji to ja przebiegłem na czerwonym, od razu wlepiono mi 200 zł mandatu. Nie pomogły tłumaczenia, że to przecież ja ich wzywałem.

To moja ulubiona historyjka, bo sam sobie zgotowałem ten los. Podobnych anegdot jest jednak wiele. Cała ekipa pracująca przy IEM zdradziłaby ci pewnie własne. Podejrzewam, że większość z nich to wspomnienia bardzo trudnych sytuacji, które na koniec imprezy, a może dopiero po latach wspomina się z uśmiechem na twarzy. Na szczęście nie przytrafiło nam się nic ekstremalnie złego. Raczej mowa o wspomnieniach ciężkiej pracy – wręcz na granicy pewnej wytrzymałości.

IEM to lata historii, a więc wiele wspomnień i anegdot. Nie rozmawialibyśmy o nich jednak, gdyby nie śmiały ruch sprzed lat. Śmiały i ryzykowny. Nie wierzę, że gdy ściągaliście imprezę do Polski, byliście na tyle pewni siebie, by wyzbyć się wszelkich obaw. Co w 2013 roku spędzało wam sen z powiek?

Najbardziej baliśmy się, że nie przyjdą ludzie. Dziś może brzmieć to trochę irracjonalnie, bo IEM stale pobija przecież rekordy frekwencji, a społeczność pokochała imprezę za charakter i atmosferę. W 2013 roku mieliśmy jednak nawet plan awaryjny. Jeśli pojawiłoby się ryzyko niskiego zainteresowania, chcieliśmy wynająć połacie czarnego materiału i przykrywać górne trybuny. Tak, by całość nie prezentowała się źle w kamerach. Obawy były uzasadnione. Mówimy przecież o czasach, w których esport nie gościł często na wielkich obiektach – szczególnie w Europie. Z podobną skalą spotykaliśmy się raczej w Azji czy USA. Katowice rzeczywiście odczarowały więc duże hale widowiskowe i stadiony.

Rok 2013 nauczył nas wiele. Z jednej strony martwiliśmy się o niską frekwencję, z drugiej – ostatecznie przyszło za dużo ludzi. Pojawił się problem ze sterowaniem tłumu. Wtedy nie było jeszcze słynnej kolejki, która stała się znakiem rozpoznawczym. Ludzie przychodzili jak na koncert, a brak wydzielonego miejsca spowodował sporo problemów. Nie mieliśmy przygotowanych odpowiednich procedur. Od tego momentu dbamy o to, by każdy czuł się bezpieczny.

To chyba wciąż aktualne obawy, jeśli chodzi o organizatorów innych wydarzeń esportowych w Polsce. Wydaje mi się, że inne turnieje w Polsce – bez zaplecza jakim może pochwalić się choćby ESL  – nie są gotowe na duże hale czy stadiony. Wyjątkiem stał się PGL Major w Krakowie.

Zgadzam się. IEM stał się wzorem dla imprezy esportowej. Wiele dni, podczas których ludzie przychodzą masami, bardzo się cieszą, wypełniają obiekt podczas finałów, a oprócz tego oferowane są im atrakcje poboczne. Szereg osób próbuje tworzyć swoje wydarzenia na wzór, by powtórzyć ten sukces. To największy problem. Kibice nie przychodzą przecież dla wielkiego obiektu, pięknej sceny czy stu tysięcy dolarów w puli nagród. Przychodzą dlatego, bo IEM jest wydarzeniem unikalnym – jak Majory, kiedyś finały LCS czy dziś The Interntional. Ludzi przyciąga marka.

Popatrzmy zresztą, jak zmieniły się czasy. W tej chwili esport mamy na wyciągnięcie ręki. Możemy zalogować się do Internetu i o każdej godzinie śledzić mniejsze lub większe turnieje. Cały czas coś się dzieje u nas lub za granicą. Bez przerwy. Zbudowanie zainteresowania wokół swojej imprezy nie jest więc takie proste. To tak, jak z Mistrzostwami Świata w piłce nożnej, które wypełniają stadiony. Kiedy jednak przychodzi do meczów ligowych, to nawet w przypadkach interesujących kolejek bywa różnie.

Organizatorom brakuje więc pracy u podstaw, a także budowania tradycji i symboli wydarzeń?

To wszystko przyjdzie z czasem. Z roku na rok publiczność będzie coraz większa, a co za tym idzie coraz więcej osób zacznie odwiedzać wydarzenia lub oglądać transmisje internetowe.

Praca u podstaw jest bardzo istotna, bo buduje podstawy całego rynku, aczkolwiek z zapełnianiem stadionów należy być bardzo ostrożnym. Trzeba móc się pochwalić – mówiąc brzydko i sprzedażowo – odpowiednim produktem. Nie wystarczą otrzymane od sponsorów pieniądze.

Ustaliliśmy więc, że IEM jest pewnym symbolem, a wręcz wzorem do naśladowania. Jesteśmy w stanie abstrakcyjnie porozmawiać o tym, jak polski esport mógłby wyglądać, gdyby nie impreza w 2013 roku i jej kolejne edycje?

Myślę, że esport w Polsce wyglądałby bardzo podobnie, choć IEM rzecz jasna sprawił, że rozwój branży przyspieszył, co widać na tle innych krajów w Europie. Duża impreza tego pokroju bardzo stymuluje rynek lokalny. Pamiętajmy, że w 2013 roku esport traktowano u nas jeszcze jak przysłowiową babę z wąsem. Turniej w Katowicach pozwolił odczarować ten obraz. Mimo wszystko nie ma co popadać w skrajność i rzucać stwierdzeniami, że gdyby nie IEM, to w Polsce nadal gralibyśmy w kafejkach internetowych. Cały esport rozwija się w swoim tempie, a pewne elementy – jak duże wydarzenia – mu w tym pomagają. Mamy szczęście, że w Katowicach wielkie zawody organizowane są już siódmy raz, bo zyskuje na tym cała branża.

W takim razie jak omawiany projekt wpłynął na rozwój ESL. Podejrzewam, że był to wielki impuls.

Zdecydowanie. IEM pomógł nam w dwojaki sposób. Po pierwsze – lokalnie. Tak, jak wspominałem, takie imprezy stymulują rynek. Z racji tego, że my odpowiadaliśmy za IEM, część zainteresowania potencjalnych partnerów kierowała się w stronę ESL. Drugą kwestią jest zdobycie olbrzymiego doświadczenia. Doświadczenia podczas pracy na dużych imprezach i przy skomplikowanej produkcji. Doświadczenia wynikającego z przeprowadzenia turniejów w sposób maksymalnie zoptymalizowany i bezpieczny dla firmy oraz pracowników. Mówimy teraz o największym sukcesie polskiego oddziału. Wspomniane doświadczenie pozwoliło nam bowiem tworzyć wiele ciekawych wydarzeń na całym świecie. W Katowicach też organizowaliśmy szereg projektów o zasięgu globalnym. To zasługa IEM, bez którego nie zyskalibyśmy takiej wiedzy. Zdobycie jej w inny sposób byłoby bardzo trudne do osiągnięcia.

W Polsce widać już narodziny konkurencji biznesowej, która podobne nauki czerpie i może stanąć na równie wysokim poziomie?

Wraz ze wzrostem całej branży rośnie również konkurencja. Coraz więcej firm robi naprawdę fajne rzeczy. Czasem wręcz zaskakująco dobre rzeczy. Uważam jednak, że porównywanie się do ESL, jest pułapką. Jesteśmy przecież globalnym tworem. Polski rynek jest dla nas bardzo istotny, ale znaczna część naszego biznesu znajduje się poza granicami kraju. Trudno jest więc porównywać inne firmy do nas. Zauważam, że same firmy starają się to robić. Kiedy ostatnio podczas spotkania przy kawie z jednym z naszych konkurentów zeszliśmy na podobny temat, powiedziałem to samo.

Mimo wszystko konkurencja rośnie i wspina się na coraz wyższy poziom – dzięki rozwojowi branży i nowym źródłom finansowania. Zeszły rok należał do drużyn. Ten rok może być interesujący w kontekście organizatorów wydarzeń.

Chciałbym nawiązać więc do tego, że ESL to firma globalna, a Polska to tylko część eksploatowanego rynku. Zastanawiam się, czy lokalny rynek dojrzał już na tyle, by poradzić sobie bez legendarnego składu Virtus.pro. Przy okazji rozmów o rozwoju branży od zawsze wspominało się przecież o tercecie napędowym rynku. To IEM, Virtus.pro i komentarz Izaka. Czy z racji na nieobecność NEO i spółki nawet w fazie grupowej możemy spodziewać się mniejszego zainteresowania Katowicami?

To dobre pytanie, bo mowa o niezwykle istotnych elementach. Gdy mówimy o polskich drużynach, do głowy przychodzi mi przykład Adama Małysza. Nie ważne czy mu wychodziło – zawsze miał przy sobie grono oddanych kibiców. Bardzo żałuję, że żadnemu polskiemu zespołowi nie udało dostać się do Katowic, bo obecność biało-czerwonych zawsze była istotnym aspektem imprezy. Przez lata esport jednak dojrzał i stoi już w innym miejscu. Samo IEM jest już na innym etapie. Z roku na rok przyjeżdża do nas coraz więcej gości z zagranicy. Branża w dodatku oferuje tyle interesujących możliwości, że nie sądzę, by brak Virtusów miał znaczący wpływ na zainteresowanie. Mowa przecież o Majorze. Podczas imprezy pojawi się także Fortnite, który może kompensować pewne straty. Moim marzeniem jest kolejny rekord frekwencji.  

A czy obecność polskich reprezentantów z innych dyscyplin będzie jakoś specjalnie wykorzystana?

Jako organizatorzy musimy wystrzegać się pewnej pułapki. Zdaję sobie sprawę z tego, że niezwykle fajnie byłoby zorganizować akcję specjalną pt. „WSPIERAMY NASZYCH”, ale pamiętajmy, że mowa tu o ukłonie wyłącznie w stronę polskich kibiców. Nie może tak być. Musimy sprawić, by reszta zawodników i fanów czuła się jak we własnym domu. Polska publiczność jest na szczęście na tyle fenomenalna – co w Katowicach wielokrotnie udowodniła – że wspiera każdego zawodnika. Pamiętam sytuacje, gdy Polacy przegrywali, a mimo wszystko rywale otrzymywali głośne owacje. Zależy mi na utrzymaniu takiej atmosfery. Oczywiście, cieszą nas sukcesy Polaków i sercami zawsze jesteśmy za nimi, ale finalnie musimy pozostać bezstronni.

Pamiętam, że jednym z twoich marzeń jest to, by IEM stał się fenomenem pokroju Mistrzostw Europy w piłkę nożną. Tak, by drużyny i społeczność już miesiąc przed startem turnieju żyły wyłącznie tym wydarzeniem. Teraz, kiedy zawody uhonorowano mianem Majora, dzieje się coś poniekąd podobnego. Przed Majorem są w końcu Minory, przez co zespoły zjechały do Katowic i w okolice dużo wcześniej.

Wciąż oczywiście daleko nam jest do realizacji mojej wizji, ale rzeczywiście idzie to w podobnym kierunku. Miasto zaczyna żyć IEM znacznie wcześniej niż do tej pory. Zauważam to, przechadzając się ze znajomymi po Katowicach. Z jednej strony powstaje mural poświęcony esportowi, z drugiej wiszą gigantyczne banery, które „witają w mieście esportu”. Zarówno biznes, jak i mieszkańcy zaczynają czuć tę atmosferę. Od stycznia w restauracjach można było spotkać uczestników Minorów, co jest przecież nie lada atrakcją. Sprawę ułatwiłoby na pewno zorganizowanie imprezy w maju, kiedy panuje cudowna pogoda, ale to bardzo trudne do zrealizowania. Terminarze są bardzo ciasno poukładane.

Ostatnio czytałem bardzo ciekawe opracowanie Uniwersytetu Śląskiego na temat turystyki biznesowej miasta. To interesująca i budująca lektura. Mieszkaniec Katowic może być w końcu tak po prostu dumny, że to właśnie jego miasto jest gospodarzem wydarzenia znanego na całym świecie. Fascynujące, że bardzo dużo ludzi usłyszało o Katowicach właśnie dzięki IEM.

Widziałem banery witające w “mieście esportu”. Możemy pójść o krok dalej, nazywając Katowice stolicą europejskiej branży?

Powoli możemy ryzykować takim stwierdzeniem. Miasto robi bardzo dużo w tym temacie. Można powiedzieć, że trochę odcina kupony po ryzykownej decyzji z 2013 roku. Wówczas nie była to przecież wielka sprawa. Po latach okazało się natomiast, że IEM jest świetnym nośnikiem promocyjnym.

Ale powstaje też wiele innych esportowych inicjatyw. To w Katowicach swoją siedzibę ma jedno ze stowarzyszeń – Esports Association. Powstają gaming house’y. Biznes podłapał temat. Zauważyłem nawet, że miesiąc bez mini-LAN-a w galerii handlowej jest miesiącem straconym.

Przez wszystkie z powyższych rzeczy być może niedługo będziemy mogli nazwać Katowice stolicą europejskiego esportu. O tym, że jest polską stolicą, jestem niemal przekonany.

Inne miasto ma w ogóle szansę stanąć z Katowicami w szranki, czy dziś jest już trochę za późno?

Myślę, że to możliwe. Popatrzmy, jak dynamicznie rozwija się rynek i ile pojawia się na nim przestrzeni na różnego rodzaju inicjatywy. Do sprawy trzeba byłoby podejść jednak długoterminowo. Pojedynczym wielkim wydarzeniem tego się nie załatwi. Trzeba postawić na cykl. Katowice z ESL budowały markę rok po roku, stale rozwijając, powiększając i uatrakcyjniając imprezę.

Jak przez te lata zmieniało się podejście lokalnych władz – może nie tylko do samego IEM, ale esportu w ogóle?

Zmieniło się diametralnie. Startowaliśmy jednak z nie najgorszego pułapu. Miło zaskoczyła mnie otwartość umysłu prezydenta Uszoka. Byłem zaskoczony, że człowiek starszej daty może nie do końca rozumiał fenomen esportu, ale na pewno czuł, że to dobry kierunek dla Katowic. Na IEM zdecydował się bardzo szybko. A po pierwszym razie było jeszcze łatwiej. Nagle okazało się bowiem, że ESL nie jest grupą szesnastolatków, którzy chcą zorganizować sobie LAN-a, tylko rzeczowym partnerem. Najlepszym dowodem dobrych relacji jest zeszłoroczna uchwała Rady Miasta będąca deklaracją przedłużenia współpracy o kolejne lata. Stworzenie warunków do tego, żeby pomoc finansowa i organizacyjna stała się atrakcyjna biznesowo jest właśnie rolą radnych i władz miasta.

Podczas każdej kolejnej kampanii wyborczej coraz częściej da się zauważyć, że politycy zaczynają na esport zwracać uwagę. Esportowy target, szczególnie młodszy, to w końcu rzesza potencjalnych wyborców.

Z roku na rok to coraz bardziej atrakcyjna część targetu dla polityków. Młody człowiek, przed którym najczęściej pierwsze lub drugie wybory, docenia wszelkiego rodzaju inicjatywy, a politycy to czują.  To pewne niebezpieczeństwo dla imprez pokroju IEM. W regulaminie mamy nawet zakazy jakiejkolwiek agitacji politycznej, której bardzo się wystrzegamy. Esport jest drogą do dusz młodych ludzi. Okazuje się nawet, że bardzo atrakcyjną drogą.

Abstrahując jednak od polityki, wróćmy do tematu IEM. To już szósty Major organizowany przez ESL, ale dopiero pierwszy pod szyldem Intel Extreme Masters. Dlaczego czekaliśmy na to tak długo?

To decyzja Valve, które opiera swoje działania na analizie społeczności graczy i istocie ich produktu, jakim jest Counter-Strike: Global Offensive. Nie chciałbym za bardzo wymyślać, więc powiem trochę wymijająco. To, że czekaliśmy tyle lat, by IEM został Majorem, chciałbym tłumaczyć sobie ogromną siłą marki. Tym, że nasza impreza nie potrzebuje wsparcia oddolnego, bo przecież w Katowicach odbywały się już świetnie turnieje. Mimo wszystko bardzo pracowaliśmy nad tym, by przekonać Valve. Finalnie spodobały im się struktura oraz to, w jaki sposób ESL pokazuje esport. Mam nadzieję, że ich nie zawiedziemy.

Co ciekawe – znów Major wraca do Polski. Okazuje się, że aktualnie nad Wisłą rozegra się najwięcej imprez tej rangi: trzy w Katowicach i jedna w Krakowie. Z czego wynika tak duże zaufanie Valve do naszego regionu?

Valve na pewno widzi energię polskiego kibica. Zarówno Kraków, jak i Katowice pokazały, że publiczność świetnie wygląda zarówno na hali, jak i podczas transmisji. Oszałamiający doping na pewno pomaga. Poza tym trzeba pamiętać, że w Polsce mamy odpowiednio przygotowane fundamenty na zorganizowanie tak ważnej imprezy. Nie jest tak, że można zorganizować tego typu wydarzenia w dowolnym miejscu. Mamy dużą i bardzo zaangażowaną społeczność, ale również rewelacyjne obiekty.

W nawiązaniu do wcześniejszej dyskusji o Katowicach, Polska staje się niejako stolicą Counter-Strike’a.

Chciałbym tak myśleć, ale wydaje mi się, że esport jest zjawiskiem globalnym. Wielokrotnie zadawałem sobie pytanie, czy rozgrywki lokalne mają szansę rozwijać się tak dynamicznie, jak międzynarodowe zmagania na najwyższym pułapie. Odpowiedź jest prosta. Z racji tego, że esport z definicji jest globalny, każdy z nas ma dostęp do rozgrywek na najwyższym poziomie. W odróżnieniu np. do piłki nożnej, bo żeby pójść na mecz Barcelony, trzeba mocno się natrudzić, a w przypadku esportu po jednym kliknięciu mamy dostęp do najlepszych meczów. Jeżeli pomiędzy rynkiem lokalnym a globalnym widzimy dużą różnicę poziomu, zawsze wybierzemy tych lepszych. Z drugiej strony, siła rozgrywek regionalnych polega na tym, że kochamy kibicować swoim.

Kochamy kibicować swoim, ale nie jest to łatwe. Esportowcy i ich drużyny są nieco inaczej wychowani. Częstotliwość zmian w lokalnych zespołach, regularne rozpady organizacji i powstawanie nowych klubów, sprawiają, że trudno przywiązać się do jednych barw.

To prawda. Esport charakteryzuje się dynamiką nie tylko rynku, ale również tym, co dzieje się w drużynach. Gracze często zmieniają swoje barwy. Zespoły pojawiają się i znikają. To utrudnia przywiązanie się kibica do drużyny, jak – i znów użyję tego nawiązania – w piłce nożnej, w której kibicowskie zapędy przekazuje się z pokolenia na pokolenie. To jedna z cech charakterystycznych nowej branży. Esport rozwija się w czasach, kiedy wszystko szybko się dzieje. Jako odbiorcy, którzy w większości wychowani jesteśmy jednak na tradycyjnym sporcie, ciągle potrzebujemy kogoś, komu będziemy kibicować. Kiedy kogoś wybierzemy, to nawet po zmianach choćby logotypu, nadal jesteśmy wierni. Dowodem takiego przywiązania jest choćby Virtus.pro, za którym kibice wędrowali od nieba do piekła. I z powrotem.

Chciałbym jeszcze wrócić do tematu Fortnite. To duża zmiana, która ogranicza nieco przestrzeń, a więc i możliwości wykorzystania targów. Czy to oznacza, że wystawcy są mniej pożądani przez esportowego kibica?

Zdecydowanie nie. Targi z roku na roku mają coraz większą i stale rosnącą liczbę fanów. Trzeba pamiętać o tym, że zawsze skupialiśmy się na tym, by Expo nie było typową przestrzenią targową. Dużo rozmawiamy z partnerami i stanowczo sugerujemy, że na ich stoiskach musi być element esportowy. Nie chcielibyśmy zrobić z tego wystawy sklepów ze sprzętem. To ma być atrakcja dla odwiedzających i rzeczywiście Expo taką atrakcją się stało.

W tym roku przez Fortnite rzeczywiście będzie nieco inaczej, ale tak naprawdę to też stoisko. Stoisko zresztą ogromne, bo ma ponad 2 tysiące metrów kwadratowych. Nie mogę powiedzieć wam jeszcze, jak ono wygląda, ale… jest super. Jestem przekonany – co graniczy prawie z pewnością – że to największe stoisko jednego partnera wybudowane w Polsce. I nie chodzi o wypełnienie przestrzeni trybunami. Wręcz przeciwnie – całość prezentuje się bardzo ciekawie pod względem wizualnym. Światła, zabudowa i wiele innych elementów zrobi ogromne wrażenie. I o to nam chodzi! Atrakcje dla klientów są dla nas istotne, a przekaz reklamowy powinien być bardzo naturalny i nienachalny. Expo ma współgrać z esportem, a nie być dla niego konkurencją.

W takim razie zadam pytanie, które elektryzuje społeczność. Fortnite możemy nazwać esportem?

Myślę, że tak. Na dzień dzisiejszy gra ma wszystko, by móc ją tak nazwać. Wydawca bardzo mądrze wchodzi jednak w esport. Nie ogłasza nagle niesamowitej ligi. Powoli rozwija po prostu grę i społeczność.

Wielce prawdopodobne, że już niedługo gra stanie się ważną dyscypliną esportową. Nie chcę niczego deklarować, ale mogę wyobrazić sobie Fornite na scenie w Spodku. Problemem są jednak ogromne przygotowania techniczne. Pomieszczenie stu graczy na scenie jest wyzwaniem.

Trzeba też pamiętać, że to stosunkowo młody tytuł. Cały czas się zmienia i udoskonala. Fascynuje mnie to w całej branży, bo rok temu w ogóle byśmy na ten temat nie rozmawiali. Prawdopodobnie mówilibyśmy wtedy o PUBG.

Czy IEM zaskoczy nas w tym roku czymś jeszcze?

W inauguracyjny weekend na Expo postawiona zostanie scena legend. Odbędzie się to po raz pierwszy w historii turniejów CS:GO w randze Majora. W 2019 roku po raz pierwszy tak bardzo zmienimy również samą podłogę. Najpierw stawiamy olbrzymią scenę i zapraszamy dużą publiczność, a następnie szybko musimy przeistoczyć to miejsce w przestrzeń targową.

Do tego odbędzie się turniej kobiecy – w trochę innym miejscu niż do tej pory. Nie zabraknie też StarCrafta, który dla mnie i wielu ludzi z branży jest symbolem esportu. Czeka nas oczywiście mnóstwo turniejów na stoiskach. Czas między weekendami wypełni natomiast Konferencja Global Esports Forum. Wszystkiego nie mogę jednak mówić. Atrakcje ogłaszać będziemy do samego końca.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze