Radosław Makuch: Wystarczyło jedno słowo, żeby moje życie potoczyło się zupełnie inaczej
Biznes
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

Radosław Makuch: Wystarczyło jedno słowo, żeby moje życie potoczyło się zupełnie inaczej

03.10.2019, 11:38:00

Pracę w esporcie zaczął jako piętnastolatek – i to w największej redakcji poświęconej Counter-Strike’owi na świecie. Od tego czasu zwiedził niemal cały świat, zakumplował się z Virtusami, uzyskał miano oficjalnego fotografa Łukasza Piszczka, a jego materiały stały się jednymi z najczęściej bezprawnie wykorzystywanych zdjęć w CS-owej branży. O tym, z czym wiąże się praca esportowego reportera, opowiedział nam Radosław Makuch, fotograf HLTV.org.

Rozmawiali Łukasz Twardowski i Szymon Groenke

Wszyscy doskonale znamy galerie HLTV.org. Nie każdy jednak wie, kto stoi za ich tworzeniem. Jak właściwie rozpoczęła się twoja kariera w największym portalu o CS-ie na świecie?

Swego czasu grałem w Call of Duty 4. Kiedy niewielka scena zaczęła dogorywać, zacząłem rozglądać się za nową grą. League of Legends dopiero się wówczas rodziło, a o Docie nawet nie słyszałem, więc poza CoD-em kojarzyłem wyłącznie Counter-Strike: Global Offensive. Pomyślałem, że warto się w to środowisko wgłębić. Zacząłem od robienia filmów z moimi najlepszymi akcjami. Po czasie przyjrzałem się też “Złotej piątce”. Co ciekawe, wcześniej nie słyszałem ani o NEO, ani też TaZie, pashy i reszcie legend. Wszystkiego uczyłem się od podstaw. Po kilku tygodniach zabawy zgłosiłem się do HLTV.org.

Twoje podanie o pracę było dość specyficzne…

Do dziś śmieję się z tego, jak wyglądała moja pierwsza wiadomość do pracodawcy. Okazało się jednak, że szefowie nie byli bardzo wymagający. Redakcja w tym czasie nie miała żadnego moviemakera i współpracowała wyłącznie z jednym fotografem, więc dostałem szansę.

Jak trafiłeś na HLTV.org, skoro nie interesowałeś się sceną Counter-Strike’a?

Przez czysty przypadek. Scena Call of Duty mogła pochwalić się odpowiednikiem strony tego pokroju – Tek-9. Wszystko w środowisku CoD-a kręciło się właśnie wokół tego projektu, który spajał społeczność gry. Ucząc się CS-a, zacząłem szukać podobnej platformy i natknąłem się na nią dzięki YouTube’owi. W wyszukiwarkę wpisałem po prostu „CS:GO highlights” i automatycznie trafiłem na filmy HLTV.org. Po kilku miesiącach śledzenia odważyłem się wysłać wspomnianą wiadomość.

Jak wyglądała rozmowa kwalifikacyjna?

To były inne czasy. Żadna rozmowa nie została przeprowadzona. Skontaktowaliśmy się po prostu przez Skype i zrobiłem pierwszy film. Pamiętam zresztą, że była to akcja kennegoS, który grał wtedy w miksie razem z NEO, TaZem, apEXem i OverDrivem. Chłopaki z Nostalgie – bo tak nazywała się ekipa – wygrali zresztą całe Prague Challenge, pokonując w finale Natus Vincere. To właśnie mój pierwszy film, który osiągnął blisko 20 tysięcy wyświetleń. W tamtych czasach była to zawrotna liczba. 

Podejrzewam, że na początku pracowałeś za darmo.

Jasne, że tak. W esporcie nie interesowały mnie wtedy pieniądze. Wszystko robiłem z pasji. Myślałem zresztą, że inne osoby w środowisku podchodzą do tego w podobny sposób. Długo nie byłem świadomy, że wokół CS-a krąży taka kasa.

Wciąż mówimy jednak o Radku – moviemakerze, a nie Radku – fotografie. Jak przebiegało twoje „przebranżowienie”?

Nadszedł czas pierwszego Majora w Katowicach – ESL Major Series One w 2014 roku. Z racji tego, że jestem z Polski, co nie generowało wielkich kosztów, dostałem propozycję wyjazdu na Śląsk. Przyjąłem ją automatycznie, choć mało brakowało, żebym został wtedy w domu. 

Jak to?

Początkowo rodzice nie chcieli mnie puścić. Nic zresztą dziwnego, bo nie zdawali sobie sprawy z tego, czym w ogóle jest esport, a ja miałem dopiero piętnaście lat. Dziś już wiem, że wystarczyło tylko jedno słowo, a moje życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej.

Na szczęście udało ci się ich przekonać.

Choć nie pamiętam, jakich użyłem argumentów, faktycznie mi się udało. W Katowicach pojawiłem się więc jako drugi fotograf, który dostał aparat i miał „coś” nagrywać. Co dokładnie? Nie miałem wytyczonej ścieżki. Działałem instynktownie i jak się okazało – sprawdziłem się, po czym otrzymałem kolejną propozycję wyjazdu. Tym razem poleciałem na ESL One w Kolonii. Szybko awansowałem, bo w Niemczech działałem już jako pierwszy fotograf.

Pierwszy wyjazd był dla mnie wyjątkowy. Mało kto spodziewał się, że pół Spodka wypełnią po brzegi fani Counter-Strike’a. Gdyby w Katowicach stała scena 360 – tak czy siak nie byłoby wolnego miejsca. Niesamowite doświadczenie. Marzyłem wtedy o tym, żeby fotografować mecz na pełnym stadionie Legii Warszawa. Nagle przyjechałem do Katowic bez żadnych oczekiwań i zobaczyłem coś równie ekscytującego. Napędziło mnie to do inwestycji czasu w esport. I poszło szybko. Chwilę później leciałem na kolejny turniej.

Fot. ESL / Patrick Strack

W tym okresie nieustannie pracowałeś jako wolontariusz?

Po czasie zacząłem zarabiać na YouTube, bo równolegle tworzyłem filmiki. Otrzymywałem pieniądze za odsłony z reklam. Dzieliłem się co prawda z kilkoma innymi moviemakerami, ale ci znikali z ekipy tak szybko, jak się w niej pojawili. Nie były to jednak wielkie pieniądze, z których mógłbym się utrzymać. Jako dzieciak chodzący do szkoły traktowałem to po prostu jak dodatkowe kieszonkowe.

Kiedy zaczął się więc profesjonalny etap w twojej karierze? 

Fotografią zacząłem zajmować się profesjonalnie – zarówno pod względem technicznym, jak i zawodowym – po ukończeniu szkoły. Kiedy zdałem maturę i testy zawodowe, uzyskałem tytuły fotografa oraz fototechnika.

Wychodzi więc na to, że nie jesteś samoukiem.

Poniekąd jestem. Nazwałbym się nim, bo ze szkoły wyniosłem pokłady wiedzy teoretycznej, ale nie zyskałem właściwie żadnych umiejętności. Z racji tego, że przez długi okres pracowaliśmy na aparatach analogowych, przykładaliśmy dużą wagę do nauki chemii. Praktyka ograniczała się do pracy w ciemni. Zawodu uczył mnie esport.

Szkoła wpoiła mi kilka zasad, ale bardzo długo nie zwracałem na nie uwagi. Dziś wiem jednak, że był to duży błąd. Dopiero od kilku miesięcy zacząłem skupiać się choćby na tym, jak ważny jest kadr. Wcześniej kierowałem się głównie intuicją.

To intuicja pozwoliła zwiedzić ci niemal cały świat…

Racja. Gdyby nie HLTV.org, które dało mi niepozorną szansę wyjazdu do Katowic, nie mógłbym odwiedzić masy pięknych zakątków świata. Cieszę się, że dostałem taką możliwość i liczę na kolejne wyjazdy. ESL One w Nowym Jorku był moim pięćdziesiątym piątem celem podróży. Dzięki esportowi zwiedziłem wszystkie zamieszkane kontynenty oprócz Ameryki Południowej. To największa wartość pracy w moim zawodzie. Powiem więcej – poznawanie nowych miejsc motywuje mnie do pracy w tej branży. 

Kiedy jednak lecisz na turniej, jesteś w stanie w ogóle zwiedzić dane miejsca? Dobrze wiemy, jak wygląda praca na zawodach esportowych.

Zwiedzanie ogranicza się niestety do dnia przylotu i odlotu z danego miasta. To wtedy dostaję kilka godzin dla siebie. Kiedy bowiem startuje turniej, w ekstremalnych przypadkach siedzimy w arenach od godziny dziesiątej do nawet drugiej czy trzeciej w nocy. Praca trwa nieustannie przez piętnaście czy szesnaście godzin. Na samym początku nie robiło mi to jednak problemu. Wyjazdów nie traktowałem turystycznie. Skupiałem się tylko na pracy.

Zdarzały się jednak chwile, w których przedłużyłem wyjazdy o dzień czy dwa, żeby lepiej poznać dane miasto. Tak zrobiłem choćby w Nowym Jorku czy Los Angeles. Nie po to spędzam tyle czasu w samolotach, żeby na miejscu zobaczyć tylko stadion. 

Które ze zwiedzonych miejsc zapadło ci najbardziej w pamięć?

Pierwszym wyjazdem, który sprawił, że poczułem się jak w naprawdę egzotycznym miejscu, była wyprawa do Las Vegas. Mowa o DreamHacku Masters 2017, podczas którego wygrali moi dobrzy koledzy z Virtus.pro. Przechadzając się uliczkami miasta, czułem się jak bohater filmu czy też gry pokroju Grand Theft Auto. Bardzo surrealistyczne przeżycie. Po jakimś czasie praca sprowadziła mnie do Szanghaju. W Chinach też przeżyłem szok. Tamtejsze wieżowce zapamiętam na długo. Wcześniej nie widziałem tak rozwiniętego biznesowo miasta. Moje oczekiwania przerosło też Los Angeles, do którego wybrałem się na małe, poturniejowe wakacje razem z Filipem „NEO” Kubskim. Po zawodach postanowiliśmy wybrać się na dwudniową wycieczkę samochodem wzdłuż wybrzeża kalifornijskiego i – co tu dużo mówić – było przepięknie.

Mówiąc o Las Vegas, wspomniałeś o bardzo dobrych kolegach z Virtus.pro. Po chwili dowiadujemy się o wspólnych wakacjach z NEO. Wygląda na to, że praca pozwoliła ci nawiązać znajomości z branżowymi legendami.

Kiedy w 2014 roku pojechałem do Katowic, zawodnicy byli dla mnie gwiazdami. Szybko okazało się jednak, że barierę łatwo można przeskoczyć. Na moim drugim turnieju, czyli ESL One w Kolonii, spotkałem Virtusów na lotnisku i bardzo szybko nawiązaliśmy kontakt. Wydaje mi się, że znali mnie po prostu z filmików, które tworzyłem. Czułem się wtedy niesamowicie. Wiedziałem przecież, że siedzę i rozmawiam z osobami poważanymi w świecie esportu. Gracze do dziś nie do końca zdają sobie sprawę z tego, jak wielkimi gwiazdami są dla wielu młodych ludzi.

Znajomość zawodników pomaga robić ci lepsze zdjęcia?

Zdecydowanie tak, ale nie wykorzystuję tego nachalnie. Ówczesne Virtus.pro podchodziło do sprawy zresztą tak profesjonalnie, że zawodnicy podczas meczów skupiali się wyłącznie na grze. Nie było mowy o pozowaniu i innych wygłupach. Po czasie kumpelska relacja ewoluowała jednak do tego stopnia, że zdarzało się wiele ciekawych sytuacji. Podczas PGL Majora w Krakowie – chyba najlepszego turnieju pod względem kibicowskim, na którym byłem – Janusz „Snax” Pogorzelski przejął mój aparat. Uzbrojony był akurat w potężne działo, bo mowa o obiektywie 300 mm. Kiedy wyszedł na scenę i zaczął robić zdjęcia ćwierćfinalistom, cała arena zaczęła klaskać i skandować jego ksywkę. Nagle bohaterem stał się poniekąd mój sprzęt! Do dziś w galerii HLTV.org można znaleźć fotki, które wykonał Janusz.

Dobrze sobie poradził?

Jak na osobę, która wcześniej nieczęsto miała w rękach profesjonalny aparat – bardzo dobrze. Obrobiłem jego zdjęcia i gdyby nie podpis autora, większość nie zdawałaby sobie sprawy z tego, że wykonał je amator. To zresztą nie był jego pierwszy raz. Podczas Intel Extreme Masters 2017 również dorwał się do aparatu i zaczął pstrykać zdjęcia graczom. Zawodnicy, którzy grali właśnie ważny mecz, kiedy tylko go zobaczyli, natychmiast zaczęli mu machać. Nie boję się więc o przyszłość Janusza. Snax, fotografia na ciebie czeka!

Epizod z fotografią miał też pashaBiceps, któremu pożyczyłem kiedyś aparat. Jarek kompletnie nie wiedział, jak obsługiwać sprzęt. Poprosił nawet, żebym pokazał mu przycisk robiący zdjęcia. Ale kiedy zobaczyłem efekty… niejeden pozazdrościłby mu umiejętności!

Z Virtusami naturalnie przyszło złapać ci dobry kontakt, bo mimo wszystko łączy was Polska. Nawiązałeś jednak więź z graczami spoza kraju?

Do głowy przychodzi mi tylko drużyna Vox Eminor. Podczas kwalifikacji do ESL One 2015 w Katowicach bardzo kibicowałem Australijczykom, bo zdawałem sobie sprawę, że pochodzą z regionu bardzo potrzebującego CS-a. Zacząłem więc nagrywać ich reakcje. Szybko okazało się, że ekipa od początku skazywana na porażkę, awansowała na Majora. Na dodatek bardzo emocjonalnie reagowała na grę. Spontanicznie skleiłem więc niezależny od HLTV.org film. Po kilku tygodniach dowiedziałem się, że ten stał się wręcz kultowy na australijskiej scenie.

Zdarzały też się sytuacje, kiedy ówcześnie niezbyt znani zawodnicy zapychali mi skrzynki wiadomościami z prośbą o zmontowanie kilku filmików. Byli to m.in znajder, gla1ve czy s1mple, którzy po jakimś czasie zrobili niemałe kariery. Kto wie, może to jest właśnie klucz do sukcesu? Chcesz zaistnieć na scenie, napisz do mnie o filmik, a reszta to tylko formalność!

Fot. ESL / Marcin Wróbel

Podglądanie jakich fotografów było z kolei twoim kluczem do sukcesu? Jeszcze kilka lat temu na scenie nie było przecież wielu profesjonalnych i inspirujących fotoreporterów. 

Kiedy zaczynałem, dla każdego fotografa autorytetem była Helena Kristiansson. To pierwszy fotograf, który doskonale znał środowisko i od A do Z wiedział, co robi. W branży nie było osoby, która lekceważyłaby jej pracę. Zaimponował mi jej profesjonalizm i fakt, że esportem zajmuje się w pełnym wymiarze. Też chciałem uczynić z pasji sposób na życie. I cóż – udało się!

Fotografem spoza esportu, który mnie zainspirował, jest natomiast Włodzimierz Sierakowski. Przypadkowo poznałem go podczas X SuperFinału PLFA i błyskawicznie zainteresował mnie swoją osobą. Kiedy pokazał mi swoją bazę danych i wyjaśnił, jak podchodzi do fotografii reportażowej – automatycznie stał się moim autorytetem. To on nauczył mnie tego, że reportaż nie powinien ograniczać się do robienia zdjęć zawodnikom. A to bezpośrednio odcisnęło piętno na tym, jak tworzę galerie esportowe.

Jak zmieniła się po tym twoja praca?

Zacząłem z większą uwagą przyglądać się aspektom turnieju, których nie jest w stanie dostrzec szary widz. To przede wszystkim kibice – często bardzo wyjątkowi – których nie pokazują kamery, ale również sędziowie czy trenerzy nierzadko pomijani przez wielu fotografów. 

Wspomniałeś wcześniej, że Kraków zafascynował cię kibicami. Od czego według ciebie zależy jakość dopingu w danym mieście?

Wszystko sprowadza się po prostu od tego, gdzie kibicom jest blisko. Zarówno Katowice, jak i Kraków mają do siebie to, że przyciągają publikę ze wschodu, zachodu i południa. To wystarczająco tani i dobry pod względem lokalizacji region, by zmotywować widzów do przyjazdu na miejsce. Kraków jest w dodatku miastem turystycznym, co dodatkowo zachęciło fanów esportu. A kiedy duża grupa ludzi, których łączy pasja, zbierze się w jednym miejscu – emocje są gwarantowane. Do wyliczanki dodałbym też Kolonię oraz Sydney. To, jak kibice w Niemczech byli w stanie wypełnić 15 tysięczny stadion, do dziś robi na mnie piorunujące wrażenie. 

Jesteś dumny z tego, że reprezentujesz barwy największego portalu o CS-ie na świecie?

Dopóki nie zacząłem regularnie pojawiać się na turniejach, nie byłem świadomy tego, jak duże jest HLTV.org. Dopiero po czasie, kiedy zacząłem zauważać pierwszych fanów mojej pracy, zdałem sobie sprawę, że mój pracodawca ma wielkie zasięgi. Zyskałem szacunek nie tylko kibiców, ale i graczy. 

Wcześniej rozmawialiśmy już z fotografami esportowymi – z Adelą Sznajder, Michałem Konkolem czy Maciejem Kołkiem. Wszyscy podczas esportowych turniejów pracują dla organizatorów. Wy natomiast przyjeżdżacie na zawody jako niezależna redakcja. Traktują was inaczej?

Gdy nie współpracujesz z organizatorem, nie jest się fotografem pierwszego wyboru. W sporcie – choćby podczas Mistrzostw Świata w piłkę nożną – działa to na podobnej zasadzie. Fotoreporterzy np. z agencji Reuters mają na stadionie przewagę, mogąc wybrać najlepsze miejsca. Działam jednak w HLTV.org, a więc – jak już ustaliliśmy – najważniejszej redakcji zajmującej się CS-em na świecie. Mam dzięki temu więcej przywilejów niż reszta fotografów na scenie.

Jakie to przywileje?

Większość organizatorów liczbę wyświetleń transmisji zawdzięcza właśnie HLTV.org. Nasz serwis od lat animuje społeczność, zachęcając ją do śledzenia rozgrywek. Firmy to respektują, dzięki czemu podczas wielu zawodów mamy prawo wejścia na scenę, choć reszta redakcji nie jest na nią wpuszczana. Dla przykładu – w pewnym momencie na turnieju w Charleroi wyrzucono wszystkich fotoreporterów za scenę. Wystarczyło jedno magiczne słowo, bym na niej pozostał – „HLTV”.

Mimo wszystko nie raz musiałeś pewnie walczyć o dobrą pozycję.

Zdarzyło mi się kilka nieprzyjemnych sytuacji. W 2017 roku podczas jednego z dużych turniejów kamerzysta, który szedł tyłem, niefortunnie na mnie wpadł. Nie była to moja wina, a mimo to organizator zagroził odebraniem akredytacji na wszystkie swoje rozgrywki. Psychicznie mnie to zniszczyło, ale na szczęście sprawa ucichła, a dziś współpracujemy ze sobą lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

O pozycję trzeba czasem walczyć też w press roomach. Podczas jednego turnieju międzynarodowego nie zorganizowano żadnej strefy dla dziennikarzy, przez co musieliśmy korzystać z uprzejmości graczy. Rozbiliśmy się wtedy w pokojach treningowych Virtus.pro. Pracowaliśmy nad materiałami, gdy oni trenowali.

Podczas mojego pierwszego turnieju zabrakło np. wolnych miejsc w pokoju dla prasy, więc trzeba było improwizować i zorganizować sobie przestrzeń do pracy. Wpadliśmy na pomysł przeniesienia stolika na trybuny, tuż nad stanowiskami graczy. Po całym dniu zostawiliśmy na stole kartkę z napisem “Prosimy nie siadać, miejsca przewidziane dla organizatora” i w ten sposób mieliśmy najlepsze miejscówki na całym turnieju.

Press room jest dla fotografów niezwykle ważny, bo przecież zdjęcia musicie publikować błyskawicznie.

Kiedy mecz się kończy, zrobione podczas niego zdjęcia muszą być już na stronie. Przetwarzam je na bieżąco, bo każda minuta jest niezwykle cenna. Tak było podczas Majora w Berlinie, kiedy uwieczniłem bardzo zdołowanego, niemal depresyjnego f0resta. Po kilku minutach od zrobienia zdjęcia, to krążyło już na Twitterze, odbijając się w mediach społecznościowych szerokim echem. Gdybym opublikował je dzień później, a nawet kilka godzin później – wielu zapomniałoby o tym, że Ninjas in Pyjamas przegrało spotkanie. To okoliczności tworzą wspaniałe zdjęcie. Ludzie, którzy nie interesują się fotografią, doceniają obrazy na podstawie momentu, a nie techniki. 

Jest jakaś granica w fotografowaniu scen podobnych do tej z f0restem w roli głównej?

Tą granicą jest stadion. Dopóki gracze go nie opuszczą, muszą być świadomi tego, że znajdują się w świetle reflektorów. Do szatni, gdy nikt mnie do niej nie zaprosił, z aparatem nie wchodzę. Trzeba uszanować strefy, w których zawodnicy mogą czuć się komfortowo i po meczach, często bolesnych, dać upust swoim emocjom w samotności.

Prawdopodobnie żaden z zawodników nie miał więc do ciebie pretensji, gdy robiłeś mu zdjęcia?

Nie, choć tworzą się na scenie dziwne historie. Pewien gracz zgłosił organizatorom, że jeden z fotografów zbyt nachalnie robi mu zdjęcia. Konsekwencje ponieśli wtedy wszyscy fotoreporterzy, których znacznie odsunięto od stanowisk. Żeby było śmieszniej, ten sam gracz w mediach społecznościowych wykorzystał zdjęcie, którego zrobienie rzekomo mu przeszkadzało. Esportowcy, bez względu na emocje i okoliczności, powinni być przyzwyczajeni do tego, że ich gra jest dokumentowana. Tak jak w sporcie tradycyjnym.

Do sportu tradycyjnego odwoływałeś się już wcześniej. To przypadek?

Oprócz tego, że fascynuje mnie esport, moją pasją jest też piłka nożna. Pierwszym meczem, podczas którego byłem akredytowanym fotografem, było spotkanie Legia Warszawa – Podbeskidzie Bielsko Biała. Warszawski klub zwyciężył wtedy 5-0, a więc okazji do fotografowania nie brakowało. Z czasem przeniosłem się na boiska reprezentacji narodowej, gdzie miałem przyjemność robienia zdjęć gwiazdom światowego formatu. Kiedy Legia awansowała do Ligi Europy, z wielkim stresem oglądałem losowanie grup. Jednym z rywali było włoskie SSC Napoli. Pamiętam jak dziś moment, kiedy Gonzalo Higuain minął mnie na boisku i byłem tak podekscytowany tym faktem, że zapomniałem o robieniu mu zdjęć. Największym osiągnięciem w piłce nożnej był jednak wyjazd do Dortmundu, gdzie miałem szczęście fotografować mecz Bundesligi Borussii Dortumnd z RB Leipzig. Będąc oficjalnym fotografem Łukasza Piszczka, robiłem zdjęcia w świątyni niemieckiego footballu. I – co tu dużo mówić – to było spełnienie wszelkich marzeń. Przez wiele lat obracałem się wyłącznie w świecie esportu, a nagle udało mi się stanąć z aparatem w piłkarskiej kolebce. 

Oficjalny fotograf Łukasza Piszczka… Jak do tego doszło?

Znowu mi się poszczęściło. Polecam każdemu stawiać sobie mniejsze cele i konsekwentnie je realizować. Z tygodnia na tydzień, miesiąca na miesiąc czy roku na rok poprzeczka będzie wisiała coraz wyżej, a co za tym idzie – wyzwania stojące przed człowiekiem staną się bardziej fascynujące. Tak było w tym przypadku. Zaczynałem współpracę z mniejszymi redakcjami podczas mało znanych meczów, ale po jakimś czasie odezwała się do mnie osoba z propozycją kupna zdjęć. Był to człowiek z ekipy Łukasza Piszczka.

Jednym z moich upragnionych zdjęć do zrobienia było uwiecznienie Roberta Lewandowskiego, kiedy ten wykonywał specyficzną cieszynkę po strzeleniu gola. Kilka razy udało mi się go sfotografować, ale wciąż brakowało mi tego jednego, szczerego gestu. Do momentu meczu Polski z Izraelem, gdy jego gol miał niemałe znaczenie. Do zdjęcia przygotowałem się zresztą w specyficzny sposób. Siedząc w lewym rogu bramki, zauważyłem, że Lewy podchodzi do karnego. Wiedziałem, że po drugiej stronie boiska kibicuje mu żona, więc natychmiast pobiegłem w jej stronę. Uznałem za pewne, że po załadowaniu piłki w siatkę, Robert poleci w jej stronę. 

Wygląda na to, że masz spore doświadczenie nie tylko w dokumentowaniu meczów CS-a. Możesz powiedzieć, że  fotografia esportowa różni się od sportowej?

Fotoreporterzy zajmujący się sportami tradycyjnymi siedzą na stadionach od kilkudziesięciu lat, dzięki czemu zbudowali sobie bazę stałych klientów. Esport – choć jest już wielki – wciąż się rozwija, dzięki czemu redakcje stale szukają pracy, jeżdżąc po całym świecie. Dzięki temu w środowisku sportów elektronicznych dużo łatwiej rozwinąć karierę. 

A co do samego uchwycenia “momentu”?

W sporcie tradycyjnym siedzisz w jednym rogu stadionu i po prostu czekasz. Albo ktoś po strzelonej bramce czy rzuconym koszu zbiegnie do twojego rogu, albo nie. Wyjątkiem są sytuacje pokroju mojej przygody ze zdjęciem Lewandowskiego. Jeśli chodzi o esport, sprawa jest bardziej skomplikowana. Trzeba znać nie tylko strukturę gry i system rozgrywki, ale też psychikę zawodników tak, by wiedzieć kiedy i gdzie się ustawić.  

Kilkakrotnie wspomniałeś, że lubisz stawiać sobie cele. Jakie punkty jeszcze znajdują się nie twojej liście?

Jednym z nich na pewno jest Liga Mistrzów. Do tej pory dane mi było tylko oglądanie jej z trybun, aczkolwiek liczę na to, że w niedalekiej przyszłości przeniosę się na murawę. Kolejnym sportem, którym przez ostatnie lata bardzo się interesuję jest Formuła 1, więc naturalnie ciągnie mnie do niej nie tylko z pozycji fana, ale i fotografa. Niestety, obie dziedziny sportu przyciągają uwagę wielu fotoreporterów, a co za tym idzie – przyznanie akredytacji graniczy z cudem. 

Jeśli chodzi natomiast o esport, bardzo chciałbym w końcu zaliczyć turniej w południowej Ameryce i zamknąć listę odwiedzonych kontynentów. W ostatnim czasie miałem również przyjemność współpracowania z Ultraligą. Była to moja pierwsza styczność ze sceną LoL-a i muszę przyznać że się w niej zakochałem. Świetnie byłoby pracować podczas większej liczby wydarzeń tej gry. Miałem okazję poznać wiele fantastycznych osób, a cała społeczność wydaje się być bardzo zżyta ze sobą, czego moim zdaniem bardzo brakuje w  polskim CS-ie.

Fotografia tytułowa: DreamHack / Adela Sznajder

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze