“Podjąłem mnóstwo złych decyzji” – o graczu, który ocierał się o Europę wiele razy
POLSKI ESPORT
Rainbow Six: Siege
Reportaże

“Podjąłem mnóstwo złych decyzji” – o graczu, który ocierał się o Europę wiele razy

31.07.2020, 21:15:08

To piękna kariera pełna wzlotów, przeplatana równie wielką liczbą upadków. Upadków, które przy nieco innym układzie gwiazd mogłyby przerodzić się w historyczne sukcesy, a wtedy? Norbert “Deep” Świątek mógł osiągnąć wiele i jak sam mówi – wielu decyzji żałuje.

Niedzielny gracz… do czasu

Kim jest niedzielny gracz? Każdy z nas nim był lub jest. Zajawkowe granie dopóki nie odejdzie wena, a później odstawianie gry w kosz na kilka miesięcy i wielki powrót. I tak w kółko, dopóki nie pojawi się kolejny tytuł wołający o naszą uwagę. Niedzielnym graczem jednak się bywa, a nie jest. Takim był też Deep, gdy wraz ze znajomymi podbijał serwery Call of Duty czy CS:GO. Pasja nie narodziła się z niczego, jednak na początku w jego życiu rywalizacja w grach przybierała formę zwykłej zabawy, a nie poważnego biznesu.

– Rainbow nie był moją pierwszą esportową miłością. Zaczynałem od Call of Duty, ale grałem raczej tylko z ekipą. Potem pojawił się CS:GO i tutaj udało się nawet wejść na przyzwoity poziom. Globala wbiłem, ale niczym poważnie się nie zajmowałem. Scena była ustabilizowana i na tyle wąska, że trzeba było grać naprawdę dużo, aby wejść na ten wyższy poziom. Ja należałem raczej do grona niedzielnych graczy, którzy zgadują się z ekipą i łupią po nocach w weekendy – wspomina Deep.

Światopogląd Norberta wywrócił jednak tytuł ze stajni Ubisoftu. Choć nie od razu. W końcu Rainbow Six: Siege do najprostszych w zrozumieniu gier nie należy i dopóki ktoś sam nie spróbuje i nie da się ponieść rywalizacji, nie pokocha tego tworu. A nawet jeśli spróbuje, to niekoniecznie go doceni, bo liczne komplikacje oddzielają tę strzelankę od lwiej części growych miłośników.

– No i wreszcie wyszedł Rainbow. Ten tytuł na początku w ogóle mnie nie przekonywał. Gra wyglądała po prostu bardzo dziwnie. Moi koledzy mieli inne zdanie, często mnie namawiali, ale nie chciałem spróbować i podchodziłem do wszystkiego dość sceptycznie. Przełamałem się kilka miesięcy po premierze. Kolega pożyczył mi konto, zagrałem kilka meczów i tak się zaczęła moja kariera. Tutaj scena dopiero kiełkowała, więc zwęszyłem okazję – kontynuuje zawodnik XPG Invicty.

I tak rozpoczęła się piękna kariera przeplatana wieloma porażkami, które przy pomyślnym wietrze zamieniłyby się w zwycięstwa, a wtedy? Bóg jeden wie. Być może Deepa zamiast w Polish Masters oglądalibyśmy dziś w prolidze?

Praca + gra, bo Rainbow marnuje swój potencjał

Polskich wojowników Rainbow Six: Siege, którzy utrzymują się wyłącznie z gry, można wymienić w kilka chwil bez dłuższego zastanowienia. Ubisoft dokłada wszelkich starań, aby zagwarantować poszczególnym środowiskom pole do popisu, stąd właśnie Polish Masters na pełnej pompie, jednak poza tym na scenie nie dzieje się za wiele. Większość graczy polskiej scenie ma pracę, poukładane życie i chyba tylko rewolucja nakłoniłaby ich do porzucenia tego, na co sobie zapracowali.

– Rainbow nie wyciąga pełnego potencjału, jaki drzemie w organizacji turniejów. Dla przykładu w Fortnite turnieje internetowe robią gigantyczną furorę. Ktoś dobry tylko z tego da radę zarobić więcej pieniędzy, niż w R6S udałoby mu się zdobyć przez całą karierę – zauważa Deep.

– Są jakieś co mniejsze turnieje, ale nie oszukujmy się – kredytu za dom one nie pokryją. Jeżeli jednak Ubisoft pójdzie za ciosem i zobaczy, że dalszy rozwój naszej sceny im się opłaca, wszystko jest możliwe. Potrzebujemy mniejszych turniejów, które pozwolą przetrwać zastój pomiędzy Polish Masters a Polish Masters. Pół roku bez żadnego wydarzenia zawsze sprawi, że dojdzie do mnóstwa zmian w składach, a nie tak buduje się prawdziwe drużyny. Przydałoby się wydarzenie z mniejszą pulą niż PM, które jednak skupiałoby wszystkie kolektywy przy sobie – kontynuuje.

– Również organizacje muszą widzieć w tym zysk. To banalny mechanizm – jeżeli tak się stanie, to płace mniejsze lub większe w końcu się pojawią. Do tego potrzeba jednak zainteresowania sponsorów, bo bez nich biznes nie będzie się kręcić. Fajnie byłoby osiągnąć coś takiego, co widzimy w CS:GO. Gra ma już swoje lata, jednak bez przerwy coś się dzieje. Jeśli będziemy mieć kolejny przestój, znowu znikną organizacje. Drużyny się posypią, bo będą chciały spróbować sił w zagranicznych ligach. Nie tędy droga – stwierdza strzelec Invicty.

– Czy zrezygnowałbym z dotychczasowej pracy dla Rainbowa, jeśli ktoś zaoferowałby mi dwuletni kontrakt i 4 tysiące na rękę? Musiałbym się grubo zastanowić. Stabilność finansowa przede wszystkim – kończy swój wywód.

Norbert "deep" Świątek podczas pierwszego sezonu Masters League. Zawody wygrał u boku Deriusa, usoga, Magica oraz Savesa.

Natan „usog” Rafał podczas pierwszego sezonu Masters League. Zawody wygrał u boku Deriusa, Deepa, Magica oraz Savesa.

Faworyt, który zawiódł

Drużynowe podboje internetu trwały, jednak to na LAN-ach zdobywa się tytuły, sławę i pieniądze. Przełomem w karierze Świątka były Mistrzostwa Polski w 2017 roku. Mistrzostwa, które miały paść łupem The Unknowns. Mistrzostwa, które skład ten miał już w garści. Mistrzostwa, które ostatecznie stały się jedną z większych porażek w karierze Deepa. Najbardziej dotkliwych. Nie do wybaczenia.

– Mistrzostwa Polski z 2017 roku są moją osobistą porażką. Nie przegraliśmy wtedy żadnego meczu online od bardzo dawna. Wchodziliśmy w finały, mając przekonanie, że czekają nas same szybkie zwycięstwa i tytuł. Jak to jednak często bywa – LAN zweryfikował. Nerwy były nie tam, gdzie być powinny – mówi Deep.

– Dla mnie to gigantyczna porażka i czuję niedosyt do tej pory. Jeżeli mógłbym coś zmienić, to pewnie całą swoją karierę pokierowałbym inaczej na długo przed tym turniejem – kontynuuje.

Jak musiała wyglądać porażka, którą wspomina się aż tak źle? Ostatnie miejsce i brak wygranej mapy? A może jakiś blamaż w postaci zerowego dorobku rund? Nie. To było drugie miejsce, a po mistrzostwo wystarczyło wyciągnąć rękę. I chyba właśnie ta przegapiona okazja boli najbardziej. Gdyby głowa nie zawiodła, dziś moglibyśmy pisać o dwukrotnym mistrzu Polski.

– Sam turniej będę wspominać jednak całe życie. Format gry ze studia Polsatu, gdzie odbywa się chociażby Ultraliga jest czymś ciekawym, ale brakuje trochę osób pod sceną, które coś tam sobie krzyczą. W 2017 roku było ich tyle, że ostatecznie zabrakło miejsc – wraca pamięcią do tamtych czasów.

O włos po raz kolejny i kolejny

Chyba wszyscy pamiętamy słynne kwalifikacje do Six Invitational na początku 2018 i popisowy występ Patokalipsy zakończony wykolejeniem na ostatniej prostej, prawda? To była pierwsza (albo i nie pierwsza) szansa Deepa, aby zaistnieć na szerszej scenie i stanąć przed życiową szansą. Gdy w ostatniej chwili udało się awansować do zamkniętych kwalifikacji, a potem pokonać światowych dominatorów, wydawało się, że piękny sen jest bliżej niż kiedykolwiek. Wszyscy tak bardzo się myliliśmy. 

– Wtedy emocje sięgnęły zenitu. Weszliśmy do szesnastki walczącej w zamkniętych kwalifikacji rzutem na taśmę i na dzień dobry dostaliśmy chyba najsilniejszego przeciwnika z najlepszym graczem, jakiego ta gra widziała. Jeśli wygrywasz z taką formacją, liczysz na to, że każdy kolejny mecz pójdzie jak z płatka. Nadzieje momentalnie urosły, jednak po ostatnim spotkaniu pozostał tylko żal. Może mogliśmy lepiej przygotować niektóre mapy, może po prostu mieliśmy ogromnego pecha – ciężko powiedzieć – rozmyśla Świątek.

Teraz biało-czerwoną formację na Six Invitational mamy tylko w marzeniach, a pomyśleć, że raptem dwa lata temu byliśmy tak blisko tak odległego celu.

2018 rok to także walka do ostatniej kropli krwi o udział w relegacjach do proligi i znów wywrotka na ostatniej prostej. Znów zabrakło milimetrów. Znów zdecydowały detale. Jednak cała kariera Deepa mogłaby nabrać zupełnie innego tempa jeszcze przed pierwszym LAN-em w jego karierze.

– Jeszcze przed Mistrzostwami Polski w 2017 roku dwóch czy trzech graczy Invicty pytało mnie, czy nie chciałbym do nich dołączyć. Oni jako pierwsza polska formacja walczyli o awans do proligi, jednak ja pozostawałem wierny swojej drużynie i znajomym. Wielu decyzji w swojej karierze żałuję, ale tej zdecydowanie najbardziej. Nie zaryzykowałem, a powinienem. Nie dałem sobie szansy, a kto wie – może osiągnąłbym sukces. Może udałoby się awansować do najważniejszej ligi i powstałoby z tego coś wielkiego. Wtedy miałem więcej czasu, więc mógłbym się poświęcić grze w stu procentach. Kto wie – może dziś to byłaby moja praca? – zastanawia się Deep.

Wyobrażacie to sobie? Deep dołącza do Invicty, ta dzięki jego heroizmom dostaje się do proligi i cała brygada robi światowe kariery. Brzmi pięknie, prawda? Szans na cud było już jednak tak wiele, że trudno łudzić się, iż z nieba zleci kolejna. Gdyby jednak tak się stało, nie można byłoby wypuścić jej z rąk.

Norbert "Deep" Świątek podczas trzeciego sezonu Masters League.

Norbert „Deep” Świątek podczas trzeciego sezonu Masters League.

Zagrożony pewniak

– Chciałbym chociaż nawiązać do dawnych wyników, ale na ten moment nie wiem, czy w ogóle dostaniemy się na finały Polish Masters, więc trudno wybiegać w przyszłość. Nie zachwycamy, a wszystko leży tylko i wyłącznie w naszych rękach. Przed nami mecze z TEETRES SLAVGENT i devils.one, czyli składami z TOP3 Polski, więc stoimy przed naprawdę wysokim murem. Czy uda się go przeskoczyć? Nie wiem – dywaguje.

I faktycznie. Sytuacja XPG Invicty w Polish Masters do najlepszych nie należy, jednak esport nie takie scenariusze pisał. Nawet w karierze Deepa znajdziemy kilka lepszych materiałów na holywoodzki film. Awans do fazy pucharowej wciąż powinien kwalifikować się w kategoriach obowiązków, a nie cudów.

– Jeżeli jednak dostalibyśmy się na finały i potem je wygrali, ten triumf smakowałby lepiej niż mistrzostwo z pierwszego sezonu Masters League. Nie chodzi nawet o Challenger Series i całą otoczkę. To chyba zasługa tego, że pierwszy raz nie jestem pewny, czy uda mi się tam awansować. Zupełnie inaczej zwycięża się, będąc faworytem, a inaczej jest, gdy startuje się z pozycji underdoga – twierdzi Norbert.

– To jednak odległa rzeczywistość. SLAVGENT są teraz poza zasięgiem wszystkich. Są drużyną kompletną. LAN potrafi zweryfikować na różne sposoby i tutaj upatrywałbym naszej szansy – zauważa Deep.

A LAN zbliża się wielkimi krokami. Oby tylko ambitnych planów całej ekipy nie pokrzyżował pewien wirus, który całej branży i tak napsuł już wystarczająco krwi.

Zapraszamy do zapoznania się z opowieścią o karierze Natana „usoga” Rafała.

Fot. Ubisoft

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze