Początek końca. Trzy lata od ostatniego meczu Virtus.pro na ESL One Cologne
CS:GO
POLSKI ESPORT
Reportaże

Początek końca. Trzy lata od ostatniego meczu Virtus.pro na ESL One Cologne

05.07.2020, 16:38:35

Lipcowy skwar, mój malutki pokój w domu rodzinnym, do którego wróciłem po pierwszym roku studiów, a w nim jeszcze bardziej minimalistyczny monitor 22 cale, który pamiętał jeszcze pogrzeb Michaela Jacksona. Ja od godziny 12:00 gotowy na galowo w najlepszych krótkich spodenkach i nie do końca suchej koszulce prosto z pralki. W lodówce chłodzi się napój Bogów. O 13:25 Virtus.pro zaczyna swój udział w ESL One Cologne. 

Każdy zapewne doskonale pamięta, że początek 2017 roku w wykonaniu Virtus.pro był dla kibiców prawdziwym rollercoasterem emocji. Najpierw sensacyjna porażka w półfinale WESG z Kinguin, na którą machnęliśmy ręką, bo w końcu ostatecznie w finale i tak zagrali Polacy. Później wypuszczone z rąk zwycięstwo w finale Majora w Atlancie, po którym część z nas nadal nie wyleczyła kaca. Następny miesiąc to jednak wygrany DreamHack Masters w Las Vegas i euforia większa niż u Quebonafide. 

Kolejne tygodnie to jednak dość mroczne czasy. Brak awansu do play-offów IEM Katowice złamał serca rodzimych kibiców. Na domiar złego miesiąc później Virtusi zebrali wpierdziel od NiP, Fnatic i SK, przez co pożegnali się z StarLadder i-League StarSeries. Potem jeszcze tragiczna postawa w internetowych rozgrywkach spod szyldu ECS i ESL Pro League. Nadzieje budził showmatch ELEAGUE Clash for Cash: The Rematch, ale tam również mimo zwycięstwa na pierwszej mapie VP zebrało baty od Astralis. Ciężko było pozostać optymistą. 

Kiedy myślę o 2017 roku w wykonaniu Virtus.pro, to od razu do głowy przychodzi feralny IEM Katowice. Brak awansu do play-offów, który wtedy miał być jedynie wypadkiem przy pracy, okazał się początkiem grubszych problemów. To, co wydarzyło się podczas ESL One Cologne, utwierdziło chyba wszystkich w przekonaniu, że coś w Virtusach pękło – wspominał w rozmowie z nami Kuba „KubiK” Kubiak.

Mimo wszystko przed ESL One Cologne 2017 nadzieje były spore. Największe turnieje zawsze były wszak domeną Polaków. Nastroje podkręciło dodatkowo zwycięstwo, które Wiktor “TaZ” Wojtas i jego kompani zgarnęli dla siebie podczas Adrenaline Cyber League, gdzie obsada nie była może szczególnie imponująca, ale w finale udało się pokonać Na’Vi, które zawsze było groźnym rywalem. Zresztą nasi rodacy mieli już w gablocie trofeum z Katowic, a to z Kolonii było dla nich, jak i kibiców, prawdziwym mokrym snem. Do tego jeszcze piękne video, które sprawiało, że nastrój był absolutnie niezapomniany. 

Po 12 już podobno można, więc punktualnie o 13:25 chwyciłem za otwieracz i otworzyłem dwie butelki ambrozji dla siebie i dla kumpla, który wpadł, żeby do spółki ze mną poprzeklinać po przegranych clutchach i pokrzyczeć “JEST” po udanych rundach i podenerwować tym samym sąsiadów, którzy jakimś cudem nie byli wtedy w pracy. Na dworze panował okropny skwar, ale kiedy Morgen powiedział na transmisji “Przed nami kolejny mecz w ramach ESL One Cologne, mecz Immortals kontra Virtus.pro”, to przez ciało przeszły mi dreszcze, jakbym wskoczył w grudniowe popołudnie do Bałtyku. 

Zaczęło się w najlepszy możliwy sposób, bo od pewnie wygranych pistoli, a przecież nie jest tajemnicą, że wówczas rundy tego typu były jedną z największych bolączek podopiecznych kubena. Przez pierwszych kilka minut cobbla wszystko wyglądało naprawdę zacnie, ale Brazylijczycy szybko doszli do głosu. Na półmetku ze zwycięstwa mogli cieszyć się Latynosi, ale my też mieliśmy powody do zadowolenia, bo widać było, że Snax jest dziś totalną bestią, a jego forma często gwarantowała wyniki. 

Niestety, końcówka bezapelacyjnie należała do Immortals, które dzięki błyskotliwym zagrywkom od boltza czy HEN1EGO było w stanie zapisać na swoje konto pierwsze zwycięstwo. W tamtych czasach wczesna przegrana nie robiła aż takiego wrażenia. Wiedziałeś, że twoi ulubieńcy mają jeszcze dwie szanse i na spokojnie moga zagwarantować sobie udział w play-offach i wyjść na scenę, żeby pomachać do polskiego cornera.

W moim odczuciu mecz przeciwko Immortals przez długi czas przebiegał po naszej myśli. Niestety zaliczyliśmy słaby występ po stronie antyterrorystów, ja sam nie zagrałem najlepiej, jak mogę, pomimo tego, że Cobblestone to jedna z moich najlepszych map. W ogólnym rozrachunku wszystko sprowadziło się do boltza, który ciągle nas pushował, a my bezmyślnie na to czekaliśmy. Tak było dziesięć rund z rzędu. My okazaliśmy za dużo respektu, on pokazał, że ma jaja – komentował mecz przeciwko Brazylijczykom TaZ w wywiadzie dla hltv.

Pech chciał, że sensacyjną porażkę odniosło w międzyczasie SK Gaming, które pomimo ambitnego comebacku na Cache’u uległo ostatecznie pod naporem Space Soldiers. W rezultacie jeszcze tego samego dnia Virtus.pro ponownie miało się przekonać o tym, co znaczy Joga Bonito. Od czasu porażki z VP w Las Vegas, Brazylijczycy wygrali pierwszą edycję cs_summit, IEM Sydney, DreamHack Open Summer i finały Esports Championship Series. Okupowali przy tym tron w światowym rankingu.

Jak się można było tego spodziewać, rewelacji nie było. Po kilku godzinach oczekiwania jeszcze raz musieliśmy przełknąć gorzką pigułkę. Znów widać było brak pewności siebie. Brak odpowiedniej adaptacji do rywala. Do tego SK rozgrywało wszystko na wielkim luzie i spokoju. Po zmianie stron były powody do tego, żeby wierzyć w powrót Polaków, ale wszelkie nadzieje prędko musieliśmy wyrzucić do kosza razem z pustymi butelkami. Zaliczka graczy z kraju kawy była po prostu zbyt wielka.

Wydaje mi się, że strona atakująca miała najważniejsze znaczenie. Polacy wygrali zbyt małą liczbę rund, grając w terro i przez to nie mieli odpowiedniej zaliczki. Wygrany przez Brazylijczyków force spowodował, że szanse na powrót Virtus.pro spadły do zera. W ostatnich rundach z jedną M4 nie mieliśmy już czego szukać – wyjaśniał po zakończonym meczu KubiK.

Tamtego dnia kładłem się zrezygnowany, a dla podkręcenie dramaturgii słuchałem sobie „4h of July” od Soundgarden. And I thought it was the end. 

Nadzieja umiera ostatnia 

Z tego co pamiętam, to na następny dzień obudziłem się chyba o szóstej rano i do 12:00 siedziałem jak na szpilkach, próbując przy tym zabić czas Hearthstonem. W tamtych czasach ślepo wierzyło się w to, że Virtusi są w stanie odkręcić tragiczny bilans i po trzech zwycięstwach z rzędu awansować do fazy pucharowej. Pierwszą barierą miało być Heroic. 24 drużyna globu. Tego się nie da spartolić – pomyślałem.

W pamięci siedziało gdzieś na pewno to spotkanie pomiędzy Polakami i Heroic podczas IEM Katowice kilka miesięcy wcześniej. Jeszcze przed rozpoczęciem decydującego starcia w trakcie ESL One Cologne czułem, że JUGi może być tym graczem, który sprawi Virtus.pro sporo problemów – wspominał KubiK zapytany o nastroje przed meczem z Heroic.

I jak się okazało w praktyce, JUGi rzeczywiście dał się biało-czerwonym mocno we znaki. Świetna postawa duńskiego snajpera w połączeniu z bezradnym VP poskutkowała szybką porażką wynikiem 9:16. Pamiętam, że miałem łzy w oczach i CS:GO nie tknąłem do momentu rozpoczęcia Majora w Krakowie. Pick’em sam by się nie zrobił.

Najbardziej zabawnym wspomnieniem jest to słynne zdjęcie, które wrzucił po turnieju bodajże byali. Virtus.pro grało na nim sparing z TYLOO o 15. miejsce ESL One Cologne – mówił KubiK.

Trzeci turniej kompletnie nic !!! W ciągu 8-letniej mojej kariery tak słabych wyników jeszcze nie było !! Jeszcze 3 miesiące temu oddaliśmy finał majora! Co zrobić, żeby nie zwariować, co zrobić, żeby wrócić tam, gdzie się było. Jest ciężko, będzie jeszcze ciężej. Jak to przetrwamy razem i się nie rozpadniemy, będzie „cud nad Wisłą” – pisał w swoich social mediach pashaBiceps na gorąco po porażce z Heroic.

Ostatecznie do rozpadu doszło dopiero pół roku później, kiedy w buty TaZa wszedł MICHU. W międzyczasie VP zdołało jeszcze rozegrać świetnego Majora w Krakowie, stoczyć epicki bój z SK w finale EPICENTER i pojechać do Bostonu na ostatni turniej w oryginalnym składzie. Ale to już historia, na inny materiał.

Fot. ESL / Adela Sznajder  

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze