pashaBiceps: Niech szybko się pozbierają, ochłoną i wrócą do ciężkiej pracy
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

pashaBiceps: Niech szybko się pozbierają, ochłoną i wrócą do ciężkiej pracy

16.12.2019, 13:28:00

Stało się. Virtus.pro ogłosiło zatrudnienie nowego składu Counter-Strike’a, dziękując tym samym polskim zawodnikom i ich fanom za sześć lat przygód pełnych wzlotów i upadków. O ważnym dla krajowej branży ogłoszeniu porozmawialiśmy z Jarosławem „pashąBicepsem” Jarząbkowskim, który z Niedźwiedziem na piersi rywalizował na największych turniejach świata od 2014 do 2018 roku. – To wspaniała historia o pogoni za dosłownie wszystkim. Kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy przecież nic. Powtarzam to zawsze — zaczynaliśmy od zera. Sami płaciliśmy za bilety, noclegi czy jedzenie podczas turniejów. Nasza droga nie była usłana różami. Powiem więcej — tej drogi nawet nie było i sami musieliśmy sobie ją najpierw zbudować – wspomina Jarząbkowski.

Zabiło ci mocniej serce, gdy przeczytałeś dzisiejsze ogłoszenie Virtus.pro?

Śmieszne jest to, że Virtus.pro pożegnało się z polskim składem dosłownie minutę po tym, gdy wstałem z łóżeczka i zacząłem przeglądać internetową prasę. Do końca nie jestem jednak pewien, co organizacja ma w planach. Może myśli o stworzeniu dwóch zespołów? Niby polscy zawodnicy, którzy przez lata grali w rosyjskim klubie, doczekali się skromnych podziękowań, ale nie było to przecież pożegnanie drużyny z prawdziwego zdarzenia. Cały czas zastanawiam się, czy to rozstanie „stuprocentowe”.

W grudniu ubiegłego roku was też nie pożegnali przecież wybitnie ciepło, a mimo wszystko z organizacji odeszliście. Patrząc na to, jak wpłynęliście na rozwój marki, na pewno zasługiwaliście na większe podziękowania.

Właściwie masz rację. Nie wiadomo więc, czego od Virtus.pro oczekiwać. Z jednej strony rozstanie może nie być definitywne, ale niewykluczone, że rosyjska organizacja jest po prostu kiepska w „podziękowaniach”. Trudno mi to ocenić. Sam byłem przekonany, że Polacy nie zostaną wyrzuceni. Takie informacje dochodziły do mnie z dobrych źródeł. Może nie najwyższych, ale i tak wiarygodnych. Na pewno nie spodziewałem się, że dojdzie do tego w tym momencie — jeszcze przed końcem roku.

Pożegnanie polskiego składu jest w takim razie błędem?

Patrząc przez pryzmat starego składu, w którym grałem, Virtus.pro wciąż miało ambicje, by osiągać sukcesy na największych turniejach. Nie bez powodu organizacja kupowała polskich zawodników za naprawdę duże pieniądze. Podejrzewałem, że będą chcieli wykorzystać potencjał, w który zainwestowali i budować coś wokół kilku sprowadzonych Polaków. Ściągając graczy za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, nie planujesz tak szybko się z nimi rozstawać. Jednym z pomysłów mogłoby być stworzenie europejskiego miksu, czyli pozostawienie trzech Polaków: np. snatchiego, Snaxa, MICHA i obudowanie ich zagranicznymi graczami. Wyszło jednak inaczej.

Chłopaki bez wsparcia organizacji będą nadal trzymać się razem, czy jednak każdy pójdzie w swoją stronę?

Skład powinien się przebudować. Niech każdy znajdzie sobie nowy dom. Inną opcją jest podział na grupki, w których czuli się dobrze i szukanie drużyny np. w duetach. Trio Snax, MICHU, snatchie za długo ze sobą grało, nie osiągając znaczących sukcesów. Wiem, że chwalili się półfinałami, które przez ostatnie miesiące udało się im osiągnąć, ale nie oszukujmy się — to nie były turnieje najwyższej klasy. W Los Angeles udało im się wśliznąć do czołowej czwórki, ale część zespołów grała tuż po roszadach lub ze zmiennikami. Czas spojrzeć na ich rezultaty obiektywnie. Mimo wszystko w tych chłopakach drzemie ogromny potencjał. Niech każdy na własną rękę znajdzie teraz odpowiednią ścieżkę rozwoju. Może miks z ARCY byłby dobrym pomysłem? Nie mam jednak pojęcia kto, z kim, gdzie i jak.

Gdyby nie Roman Dvoryankin, przez wielu pieszczotliwie nazywany Romanem Cierpliwym, rezygnacja z usług polskich graczy nastąpiłaby wcześniej?

Roman bezsprzecznie cały czas wierzył w Polaków, ale umówmy się — w skład Virtus.pro przez wiele lat wierzył też cały świat. W ludziach żyła nadzieja na to, że polski CS pod rosyjską banderą w końcu się odbuduje, a zespół zacznie wygrywać turnieje. Polaków w organizacji trzymała więc wiara, wiara i jeszcze raz wiara. Poparta była zresztą tym, że gdy stary skład VP był w dołku, w pewnym momencie podnosiliśmy się i wygrywaliśmy ważne zawody, wracając do czołówki. Po jakimś czasie kryzys wracał, a następnie znów zwyciężaliśmy. Zarząd patrzył na chłopaków pewnie przez nasz pryzmat i trudno było się mu z nimi rozstać.

W jakim miejscu znajdowałaby się polska scena esportowa, gdyby nie inwestycja sprzed sześciu lat w wasz skład? Pieniądze płynące z Rosji i zainteresowanie tak dużej marki lokalnym środowiskiem odcisnęło na naszej branży niemałe piętno.

Virtus.pro ogromnie wpłynęło na rozwój polskiego esportu. Jako Polacy grający w zagranicznym klubie byliśmy bardzo niedostępną drużyną. Przez to, że nie rywalizowaliśmy na polskiej scenie, zainteresowanie naszym składem paradoksalnie było tak duże. Kiedy pojawialiśmy się w lokalnych mediach czy na turniejach, zawsze było o tym głośno. Jeśli nadarzały się okazje, staraliśmy się pewną cząstkę VP do kraju wprowadzić. Dzięki temu w Polsce głośno było też o esporcie.

Zwróć uwagę na to, jak wielu kibiców ma Virtus.pro. Od długiego czasu w zespole nie gra już NEO, TaZ, nie ma też mnie, a drużyna wciąż cieszyła się dużą popularnością. Prawda jest taka, że Vegi czy phr nie są bardzo znanymi graczami. Mimo wszystko organizacja wciąż mogła liczyć na wsparcie. To bardzo fajne.

To również dowód tego, że nie tylko Virtus.pro rozwinęło polski esport, ale sama organizacja zawdzięcza bardzo dużo graczom z naszego kraju. Zainteresowanie kibiców grą VP w obliczu nie najlepszych wyników jest wręcz unikalne.

Zgadzam się. Nieważne, czy jechaliśmy na turniej w Polsce, Europie czy na innym kontynencie, wkraczając na zawody, zawsze cieszyliśmy się największą popularnością. Kiedy spotykaliśmy się z kibicami, po nasze autografy ustawiały się największe kolejki. Gdy wchodziliśmy na scenę, krzyki były najgłośniejsze, a dopingujący nas ludzie najbardziej zaangażowani. Cieszy mnie to, że zbudowaliśmy taką markę. Podejrzewam, że teraz, gdy w Virtus.pro nie widzimy polskiego składu, fani z naszego kraju od organizacji się odwrócą. Pozostanie z nimi namiastka kibiców przywiązana do barw i nazwy.

Patrzysz na tę decyzję jak na cios w polską scenę, czy wręcz — traktujesz ją niczym kopa motywacyjnego potrzebnego młodym graczom? W czasach kryzysu naszego CS-a otwarcie mówi się o tym, że zawodnicy zapomnieli o priorytetach.

To na pewno krok w przód. Mam nadzieję, że dzięki temu powstanie kolejna drużyna z bardzo młodych graczy, która zacznie od początku budować swoją historię. Potrzebujemy stabilnej formacji osiągającej dobre wyniki zarówno w Internecie, jak i podczas turniejów LAN-owych. Takiego zespołu dawno w Polsce nie widzieliśmy. Czas najwyższy, by w końcu powstał.

Tego typu ogłoszenia zawsze są dobrą okazją do podsumowań. Jak wspominasz czas w Virtus.pro? To ten okres w życiu, który z zapałem będziesz opowiadać wnukom?

Jasne, że będę opowiadać to wnukom, ale i dzieciom. Chciałbym, żeby wiedziały, jak ciężko było dotrzeć na sam szczyt. To wspaniała historia o pogoni za dosłownie wszystkim. Kiedy zaczynaliśmy, nie mieliśmy przecież nic. Powtarzam to zawsze — zaczynaliśmy od zera. Sami płaciliśmy za bilety, noclegi czy jedzenie podczas turniejów. Nasza droga nie była usłana różami. Powiem więcej — tej drogi nawet nie było i sami musieliśmy sobie ją najpierw zbudować. Było piekielnie trudno, przeskakiwaliśmy wiele przeszkód, ale po kilkunastu latach ciągłego boju w końcu się udało. Dotarliśmy na sam szczyt i zaczęliśmy zarabiać naprawdę duże pieniądze. Wywalczyliśmy sobie lepszą przyszłość. Dziś świat esportu wygląda inaczej. Mailowo dostajesz po prostu kontrakt, podpisujesz go i wypłata zaczyna spływać co miesiąc.

Pożegnanie z tak dużą marką musi być dla graczy ogromną lekcją nie tylko pokory, ale i życia.

Najgorsze jest to, że goście, którzy odchodzą dziś z Virtus.pro, mają przed sobą niełatwy okres. Od zastanawiania się nad przyszłością będą boleć ich głowy. Co się z nimi stanie? Gdzie będą grać? Skąd wezmą pieniądze? Jako zawodnik zawsze nawiązywałem więź z fanami, byłem uczciwy w stosunku do organizatorów, kolegów z drużyny, rywali. Nie paliłem mostów. Budowałem swoją markę naprawdę intensywnie i dziś nie muszę się martwić się o przyszłość rodziny. Mimo to sam musiałem ten okres odpowiednio przepracować. Znałem swoją pozycję na rynku, a i tak bałem się o to, co przyniesie przyszłość.

Niektórym graczom byłego Virtus.pro, którzy nie przykładali się tak do pracy nad wizerunkiem, polecałbym znalezienie psychologa. Niech poproszą o wsparcie rodziny i przyjaciół. Czeka ich czas pełen wyzwań i smutku. Życzę im jednak jak najlepiej. Niech szybko się pozbierają, ochłoną i wrócą do ciężkiej pracy.

Fot. EPICENTER

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze