Okiem w przyszłość: Kamil „KEi” Pietkun
CS:GO
POLSKI ESPORT
Reportaże

Okiem w przyszłość: Kamil „KEi” Pietkun

06.03.2020, 19:22:00

W 2017 roku na esportowej scenie nie znał go właściwie nikt, a jeszcze dwa lata temu niewielu spoglądało w jego stronę z należytą powagą. Dziś jako jeden z nielicznych Polaków może pochwalić się występem w Los Angeles, tworzy zespół wymieniany jednym tchem w krajowej czołówce i – co chyba najważniejsze – wyliczany jest w gronie najbardziej perspektywicznych zawodników w kraju. Siódmym bohaterem cyklu „Okiem w przyszłość” został Kamil „KEi” Pietkun – gracz młody i gniewny, a zarazem dojrzały i twardo stąpający po ziemi.

Choć na karku ma dopiero osiemnaście wiosen, Counter-Strike towarzyszy mu przez niemal całe życie. Wystarczy wspomnieć, że pierwsze kroki z tytułem ze stajni Valve stawiał już w wieku sześciu lat – jeszcze za czasów owianej legendą wersji 1.6. Przez pierwsze lata grę traktował jednak w kategoriach wyłącznie rekreacyjnych.

KEi szybko zdał sobie jednak sprawę z istnienia esportowej branży. Trafiając na informacje o „Złotej Piątce”, po raz pierwszy przez głowę przemknęła mu myśl o tym, że też mógłby rywalizować z najlepszymi. Do dzisiaj przed oczami błyskają mu zresztą obrazy z wygranego przez Polaków World Cyber Games 2009. To między innymi one napędziły go do późniejszego rozwoju. Cóż – każdy małolat śledzący wówczas Filipa „NEO” Kubskiego i spółkę chciał być przecież na miejscu krajowych kozaków.

Mijały lata, Pietkun pielęgnował w sobie pierwiastek wojownika, ale Counter-Strike wciąż był dla niego wyłącznie zabawą. Młody chłopak marzył co prawda o zdobywaniu pucharów, aczkolwiek nie w ramach Intel Extreme Masters lub ESL One, tylko przed publiką na Old Trafford czy Camp Nou. – Od małego grałem w piłkę nożną i śniłem o tym, by zostać piłkarzem światowej klasy. Po szkole rzucałem tornister, biegłem na orlik i codziennie spędzałem co najmniej cztery godziny na boisku – wspomina KEi.

Życie napisało dla niego jednak inny scenariusz, a początkowa zajawka związana z CS-em – już w wersji Global Offensive – w 2018 roku zaczęła ewoluować w coś poważnego. Kto by pomyślał, że niepozorny, niezobowiązujący miks o wymownej nazwie „nofuture” położy podwaliny pod karierę zawodnika „przyszłościowego” jak mało który w Polsce.

Esportowe raczkowanie Pietkuna rozpoczęło się na dobre w Invizy Esport. Zbiór młodych, nieznanych szerszej publice zawodników nagle rzucił wyzwanie nadwiślańskiej czołówce, ogrywając Codewise Unicorns, Izako Boars, PRIDE czy nawet AGO Esports. Umówmy się, pod koniec 2018 roku mało kto wierzył, że anonimowi niemal wtedy Paweł „dycha” Dycha, Miłosz „mhL” Knasiak, Olek „hades” Miskiewicz czy właśnie KEi zakończą jeden z sezonów Polskiej Ligi Esportowej na piątym miejscu.

Po czasie okazało się, że w barwach Invizy rośli cisi bohaterowie. Bohaterowie, na których jeszcze wtedy ignorująca ich skrzętnie Polska być może nie była gotowa. – To bez wątpienia przełomowy etap mojej kariery, podczas którego dużo się nauczyłem i rozwinąłem się indywidualnie – cofa się do wspomnień z tamtego okresu zawodnik. Szkoda tylko, że przez nieudaną przygodę w Polbit Pogoni Szczecin społeczność na jakiś czas znów o Pietkunie zapomniała.

Po pewnym czasie nadszedł jednak przełom. A nawet dwa przełomy. Najpierw – po kilku względnie udanych kwalifikacjach w barwach One More Time – KEi uwierzył w to, że kariera profesjonalisty jest już na wyciągnięcie ręki. Skoro bez wielkiego wysiłku z naprędce sklejonym miksem był w stanie rzucać wyzwanie europejskiej czołówce, co mógłby osiągnąć, gdyby tylko w pełni poświęcił się grze? Odpowiedź miał poznać już w 2019 roku, gdy nieoczekiwanie rękę wyciągnął do niego zarząd AVEZ Esport.

Propozycja, kontrakt, profesjonalna drużyna. Euforia.

 – Ogarnęła mnie ekscytacja. Po tylu próbach przebicia się przez najróżniejsze organizacje, w końcu zostałem zauważony przez zespół z krajowej czołówki – mówi Pietkun, który o szansie gry w AVEZ Esport. Szansie, której za żadne skarby nie chce zmarnować. Zaczęło się zresztą świetnie. Niezły występ podczas PLE WarmUP! w Poznaniu, brązowe medale wywalczone w czasie finałów Polskiej Ligi Esportowej w Rzeszowie, szereg przebłysków w kwalifikacjach i w końcu – wylot do Los Angeles.

Ośmiornice ku zaskoczeniu polskiej społeczności udowodniły, że internetowe piekło eliminacji nie jest tak straszne, jak je malują. Jako jedyny zespół z Polski wywalczyły bilety do USA i choć ostatecznie nie zapisały się na liście uczestników FLASHPOINT, szybko zyskały miano jednej z najlepszych formacji znad Wisły. KEi zdrowo zaznacza przy tym, że po wizycie w Kalifornii jego podejście do gry wcale się nie zmieniło. Młody gracz zdaje sobie sprawę, że pozycja najlepszej sekcji na lokalnym podwórku wiele dziś nie znaczy. Wie, że liczy się to, jak widzi go świat. Nie ukrywa jednak, że czerpie ogromną motywację z osiąganych sukcesów. Ma w końcu zaledwie 18 lat, stawia dopiero pierwsze kroki na wysokim szczeblu rozgrywkowym, a już konkuruje na międzynarodowych zawodach za wielką wodą. Trudno przejść obok tego obojętnie.

***

KEi w ostatnich miesiącach dał się poznać jako zawodnik nie tylko wyróżniający się z na tle rówieśników, ale czołowy gracz polskiej sceny w ogóle. Indywidualnymi występami, poświęceniem dla drużyny i filozofią treningu buduje pozycję esportowca, który za kilka lat może stać się jednym z najbardziej docenianych zawodników nad Wisłą. Potwierdzają to zresztą osoby z bliska przyglądające się jego rozwojowi.

Kamil zdecydowanie posiada predyspozycje do tego, żeby zostać jedną z gwiazd polskiej sceny. Ma dopiero 18 lat, a już zdążył sprawdzić się na bardzo dobre zespoły, osiągając super rezultaty. W krótkim czasie przeobraził się ze zwykłego pugera w solidnego gracza drużynowego, który rozumie swoją rolę w grupie – zaznacza Jędrzej „bogdan” Rokita, który od niedawna pełni rolę trenera AVEZ Esport. – Zdał sobie sprawę z tego, że nie musi zawsze świecić na czele tabeli. To dowód szybkiej nauki i umiejętności adaptacji, a zarazem cechy charakteryzujące najlepszych graczy świata – dodaje.

Szkoleniowiec AVEZ Esport wspomina, że w Pietkunie najbardziej imponuje mu pewność siebie i brak strachu. – Nieważne, czy gra na drużynę z ESEA Main, czy zespół z TOP 20 świata, jego podejście pozostaje niezmienne. Spełnia każde powierzone zadanie dokładnie tak, jak zostało mu przekazane. Jego umiejętności indywidualne, a szczególnie aim jest na naprawdę wysokim poziomie – słyszymy.

Podobne kwestie na pierwszy plan wyciąga Adam „destru” Gil. – Aim i wysoka odporność na stres są jego asami w rękawie. Przemawia przez niego pewność siebie. Pomimo niewielkiego doświadczenia dobrze radzi sobie podczas turniejów LAN-owych i nie boi się podjąć walki. Nie czuje presji, a przy okazji może uczyć się od bardziej doświadczonych kolegów, co na starcie daje mu przewagę nad resztą młodych zawodników – opowiada dyrektor ds. rozwoju w AVEZ Esport.

Niemal bliźniacze spojrzenie na kolegę z drużyny ma lider AVEZ Esport. – Kamil jest aktualnie jednym z najlepszych graczy w Polsce, jeśli chodzi o czysty aim. Na tle innych młodzików wypada rewelacyjnie – podkreśla Piotr „nawrot” Nawrocki. – Szczerze mówiąc, nie martwiłem się o niego nawet przez chwilę. Znałem go już jakiś czas i często spotykaliśmy się w PPL-u, przez co byłem przekonany, że da sobie radę. Ten gość ma papiery na to, by za rok czy dwa być uznanym za zawodnika z czołówki świata. Żeby tak się stało, musi sobie tylko uświadomić, że na szczyt zaprowadzi go wyłącznie ciężka i żmudna praca nad samym sobą – dopowiada kapitan formacji.

Oceniam to, co widzę, bo nie uczestniczę w treningach. Dla mnie KEi jest gościem, który jedną zagrywką indywidualną odwraca losy meczu – opisuje swojego podopiecznego destru.

***

Wielu młodych esportowców, którzy poczuli smak sukcesu, mając jeszcze mleko pod nosem, szybko zderzyło się ze ścianą profesjonalizmu. Światło reflektorów często niekorzystnie wpływa na przerost ego. Kluczem do sukcesu w przypadku Pietkuna będzie teraz trzymanie ekscytacji na wodzy i – jak wspomniał zresztą nawrot – konsekwentna praca nad sobą.

Wydaje się jednak, że reprezentant AVEZ Esport jest gotowy na spotkanie z rzeczywistością. – Podchodzę do sprawy profesjonalnie. Spotykam się z drużyną praktycznie siedem dni w tygodniu, żeby trenować po dziewięć godzin dziennie. Obowiązki traktuję niczym pracę, ale i szansę na to, by robić to, co kocham. Gram w CS-a, zarabiam pieniądze, a przy tym zwiedzam inne kraje i miasta w całej Polsce. To dar od losu, którego nie mogę zmarnować – mówi bohater tekstu z właściwie niespotykaną na krajowej scenie dojrzałością.

Sodówka grozi każdemu, kto w szybki sposób osiąga sukces. Jestem mimo to w stanie zaryzykować stwierdzenie, że KEi udźwignie ten ciężar. Stoi teraz przed trudnymi wyborami życiowymi. Przy tak szybkim rozwoju widzę dla niego jednak tylko jedną drogę – to kariera profesjonalnego zawodnika – zapewnia z kolei Gil.

Wierzę, że mogę być jednym z najlepszych graczy w Polsce, a nawet na świecie– przekonuje KEi. – Żeby tak się jednak stało, muszę cały czas ćwiczyć i korzystać z czasu jak najlepiej tylko mogę. Mam nadzieję, że prędzej czy później wysiłek w końcu się opłaci – kończy, łącząc pewność siebie z bezcenną skromnością.

Wszystko w rękach samego zawodnika, który otwarcie przyznaje się do marzeń o grze w zespole z czołowej dziesiątki świata, występie przed katowicką publiką w Spodku czy zwycięstwie Majora. Dziś nazywamy KEia jednym z najbardziej przyszłościowych i utalentowanych esportowców w kraju. Jutro przekonamy się, czy predyspozycje przekuł w realny sukces. Kto wie, być może za kilka lat to właśnie on swoimi zagraniami zainspiruje innego młodzika. Tak, jak ponad dekadę temu do profesjonalnej gry popchnęła go „Złota Piątka”.

Fot. AVEZ Esport / Kamil Zieliński

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze