Niedzielny gracz: Rufuz

Niedzielny gracz: Rufuz

01.12.2019, 00:05:00

Prosto Label zostało partnerem muzycznym Ekstraklasa Games, a duet Rufuz/Małach ambasadorami ligi. To doskonała okazja do tego, by porozmawiać o miłości do gier, której raperom nie brakuje. Zapraszamy na kolejny wywiad z cyklu „Niedzielny gracz”, w którym na nasze pytania odpowiedział Rufuz. 

Niedawno strzeliła ci trzydziestka. Trochę się w twoim życiu pozmieniało. Dojrzałeś nie tylko artystycznie i biznesowo, ale też życiowo. Wiąże się to z zupełnie innymi problemami niż w czasach nagrywania pierwszych kawałków.

Zdecydowanie. Nie mamy już po piętnaście czy dwadzieścia lat i zajmujemy się na co dzień zupełnie innymi sprawami. Sam fakt, że z Małachem prowadzimy dwie firmy: odzieżową i wydawniczą, postawił nas przed wyzwaniami, z których wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy. Skończył się etap, w którym tworzymy po prostu muzykę, ale zajmujemy się też całą otoczką. To masa pracy. Przekłada się to oczywiście na większe korzyści finansowe, ale pochłania czas.

Czuję, że mimo wszystko zależy ci na pielęgnowaniu w sobie tego wewnętrznego dzieciaka.

W natłoku obowiązków i interesów czy ogólnie w gonitwie za codziennością trzeba wiedzieć, kiedy odpowiednio się zrelaksować. Gdy potrzebuję odpoczynku, lubię usiąść na kanapie przed konsolą i po prostu nie myśleć o niczym. Wtedy faktycznie przypominam sobie dziecięcą beztroskę. Co prawda nie jestem turbo graczem, ale raz w tygodniu godzinę czy dwie poświęcam na FIFĘ. To potrzebna odskocznia. Momentami nachodzi mnie wtedy też refleksja i cofam się do czasów młodości, kiedy grałem w pierwsze gierki na Pegasusie. Lubię czasem myśleć, że jestem małym dzieciakiem w dużym ciele.

A skoro o latach młodości. Przełom lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, w których dorastałeś, charakteryzuje się nie tylko rozwojem hip-hopu w Polsce, ale również szeroko pojętego gamingu. Nagle w kraju zaczęliśmy mieć większy dostęp do sprzętu, gier czy Internetu. Dzieciaki trochę się tym zachłysnęły.

Od zawsze najbardziej jarał mnie futbol. Mój ojciec jest wielkim fanem ligi angielskiej, przez co w domu zawsze obecna była piłka nożna. Pamiętam jak dziś, że na oglądanie meczów przychodziła do mnie masa kumpli. Tata opowiadał mi wtedy o czasach, gdy ludzie w Polsce nie mogli pozwolić sobie na luksus posiadania telewizorów i razem ze znajomymi łapali w piwnicach fale brytyjskich rozgłośni. Tak śledzili wyniki, ucząc się przy okazji angielskiego.  Sam nie musiałem spierać się z takimi problemami. Dobrze pamiętam, kiedy w domach zaczęły pojawiać się większe telewizory, a co za tym idzie – pierwsze konsole. Za dzieciaka moja codzienność wyglądała tak, że większość czasu trenowałem piłkę nożną, oglądałem mecze i grałem na konsolach w gry piłkarskie.

Pewnie chciałeś zostać zawodowym piłkarzem.

Marzyłem o tym, żeby w wieku osiemnastu lat grać w Liverpoolu jak Michael Owen. Życie przyszykowało dla mnie jednak inny scenariusz. Nabawiłem się kontuzji kolana, w gimnazjum przeszedłem operację i nie wróciłem już do formy. Stwierdziłem wtedy, że trzeba zająć się czymś innym. Piłkę odstawiłem do lamusa, ale zawsze, gdy tylko mam czas, siadam, żeby obejrzeć Ligę Mistrzów czy zagrać mecz w FIFĘ.

Żeby zliczyć muzyków czy nawet esportówców, którzy wiązali przyszłość ze sportem, ale plany pokrzyżowała im kontuzja, nie starczyłoby nam czasu. Nic w przyrodzie jednak nie ginie. Zajawka i zaangażowanie może zrodzić sukces w innym obszarze. W twoim przypadku padło na rap.

Całą energię, którą wcześniej ładowałem w bieganie za piłką, faktycznie przeniosłem na coś innego. Kolana odmówiły mi posłuszeństwa, ale umysł i reszta ciała funkcjonuje w porządku. Musiałem to wykorzystać. Trudno porównać moją muzyczną drogę do kariery piłkarza z reprezentacji Polski, ale nasze płyty się sprzedają, a ubrania, które produkujemy, znajdują swoich odbiorców. Coś tam osiągnąłem.

Łącznikiem z piłkarską rywalizacją mogą być właśnie gry komputerowe. W przypadku kontuzjowanego sportowca – choćby FIFA.

Nie lubiłem nigdy strzelanek pokroju Counter-Strike’a, jeżdżenia czołgami jak w World of Tanks czy zupełnie abstrakcyjnych gier. Oczywiście, zdarzały się sporadyczne próby, ale nigdy nie byłem nimi szczególnie zainteresowany. Wiem też, że CS czy inne gry są bardzo popularne i dobrze trzymają się na rynku. Mnie jednak nie zachwyciły. Bliższy jest mi styl piłkarski, przez co faktycznie głównie gram w symulatory.

Wraz z Małachem wyrośliście z warszawskiej sceny ulicznej. W swojej muzyce rozwijacie staroszkolny sznyt, oddając szacunek klasyce. W świecie esportu czy gamingu takim klasykiem są m.in. kafejki internetowe. Z tego, co słyszę, nie jesteś gościem, któremu zdarzało się spędzać w nich czas.

Nie chodziłem do kafejek grać, to fakt, ale w nich bywałem. Kiedy w domach był problem ze stałym łączem, wpadałem do takich miejsc posiedzieć na… Gadu-Gadu. Widziałem jednak gości, którzy przed kompami godzinami katowali w CS-a czy Quake’a.

Wielu sportowców – w szczególności piłkarzy – z którymi rozmawiamy, wspomina o tym, że gry są dla  nich dobrą formą relaksu np. podczas wyjazdów na zgrupowania. Nasuwa się więc pytanie, czy po koncertach siadacie i gracie sobie na konsoli?

Ostatnio zaczęliśmy brać ze sobą konsolę w trasę. Po próbie czy już po zakończonym koncercie chwytamy za pady i przenosimy się na wirtualną murawę. To świetna opcja spędzania czasu. Nie dorobiliśmy się niestety wielkiego busa załadowanego monitorami, żebyśmy mogli grać już w trakcie jazdy, ale wszystko przed nami. Na razie muszą wystarczyć nam hotele.

Wraz z Małachem twardo stąpacie po ziemi i doskonale słychać to w waszej twórczości. Często bezlitośnie punktujecie to, w jaką stronę zmierza rzeczywistość. Zastanawiam się, jak podchodzicie więc do tematu esportu. Podejrzewam, że gdy dowiedziałeś się, że młodzi ludzie mogą w pełni poświęcić się grze, zarabiając na tym pieniądze, musiałeś nieźle się zdziwić.

Kiedy pierwszy raz spotkałem się z tym tematem, faktycznie odczułem szok, a jestem przecież młodym gościem. Pokolenie naszych rodziców musiało być jeszcze bardziej zdezorientowane. Czasy się jednak zmieniają. Globalizacja, cyfryzacja i masa nowinek mających ułatwiać nam życie redefiniują naszą rzeczywistość. Esport to jeden ze znaków tej zmiany. Jeśli ludzie chcą oglądać gości, którzy zajebiście grają w gry, nie widzę problemu. Jest odbiorca, ktoś sprzedaje bilet, inny musi zrobić show – spoko. Czemu ktoś miałby nie grać w grę na zawodowym poziomie, skoro ma do tego predyspozycje i to lubi? Część z tych gości mogłoby np. pracować na budowie, ale dzięki nowemu rynkowi wygrali na loterii. Czasem boję się tylko, że może to pójść o krok za daleko. Trzeba zachować zdrowy rozsądek.

Warszawa tętni w waszych wersach. Wiąże się to z klubowymi sympatiami?

Jestem warszawiakiem od czterech pokoleń. Moja prababcia miała sześciu braci, którzy ginęli w powstaniu. Urodziłem się i wychowałem na Woli. Za dzieciaka przez trzy lata grałem w hokeja na lodzie na Legii. I jestem za Legią. To klub ukochany w moim mieście. Mamy co prawda też drugą drużynę, ale nie darzę jej sympatią. Nie boję się o tym mówić.

Koncertujesz w całej Polsce. Spotkały cię przez to nieprzyjemności?

Zdarzyły się nieciekawe sytuacje w innych miastach. Potrafiło przyjść do nas kilku dziwnych gości, pytając o to, czy jesteśmy za Legią. I co mam takiemu odpowiedzieć? Jesteśmy z Warszawy, więc jesteśmy za Legią. Gość urodził się w innym mieście, więc to naturalne, że kibicuje komuś innemu. Kluby muzyczne nie są miejscem do rozwiązywania spraw kibiców. Na szczęście coraz rzadziej zdarzają się takie akcje. Świadomość zarówno fanów futbolu, jak i słuchaczy wzrosła.

Wychodzi na to, że muzyka jest w stanie łagodzić kibicowskie podziały.

Wiem, że słuchają nas kibice innych klubów i nie obchodzi ich to, za jaką drużyną jesteśmy. Wielu naszych fanów otwarcie mówi o tym, że nie lubi Legii, ale w muzyce szukają czegoś innego. Chcą utożsamiać się z tekstami o życiu, miłości i sprawach codziennych. Tym łączymy różne grupy odbiorców. 

To najlepszy dowód na to, że warto animozje klubowe zostawiać na stadionie. Kiedy nie mamy szalika czy koszulki klubowej, możemy się dogadać.

Do tego służą właśnie stadiony. Zawsze powtarzam, że przyjechaliśmy na koncert, a nie na mecz, żeby wyjaśniać klubowe porachunki. Najgorzej było na początku naszej przygody z poważnym graniem. Kiedy w 2012 roku zaczęliśmy jeździć po Polsce, trafiliśmy na kilku pajaców. Najczęściej były to po prostu najebane, mamroczące typy. Mamy swoich hejterów, jak każdy działający na własną rękę. Nie chcesz przez to spotykać wrogów w innych miastach. Otwarcie mówię natomiast, że jestem z Warszawy i kibicuję Legii. To wystarczy.

Jak więc zareagowałeś na wiadomość o pierwszej w Polsce sekcji esportowej w strukturach klubu piłkarskiego? Legia Warszawa jest pionierem.

Bardzo dobrze, bo to świadectwo postępu. Na Łazienkowskiej jest mega klimat. Cieszę się, że klub rozwija wiele sekcji, bo w mieście jest bardzo duży potencjał – zarówno w historii i utalentowanych sportowcach. A teraz i esportowcach.

Z Małchem spotkałeś się nawet z zawodnikami esportowej Legii: Miłoszem i Sroką. Jak wrażenia?

Bardzo fajnie. Zagraliśmy mecz, ogolili Małacha 4:2, pogadaliśmy, wymieniliśmy się doświadczeniami. Chłopaki opowiedzieli o tym, jak wygląda praca esportowca, my trochę pogadaliśmy o rapie. Dzielą nas branże, ale na dobrą sprawę robimy podobne rzeczy. Mam nadzieję, że się jeszcze spotkamy i pogramy na spokojnie. Kibicuję im w tym, co robią.

Jak to się w ogóle stało, że zostaliście ambasadorami collabo PROSTO X ESA Games? 

Grzegorz Łagowski szukał osób ze środowiska hip-hopowego, którzy mogliby promować wydarzenie. Zgłosił się z tym do PROSTO. W naszej byłej wytwórni wiedzieli, że lubimy od czasu do czasu sobie pograć, więc odezwali się do nas, przegadaliśmy temat i stwierdziliśmy, że warto. Wyjaśniono nam, że wielu słuchaczy, skate’ów czy nawet raperów interesuje się grami. Cała współpraca przebiegła bardzo naturalnie i myślę, że wyszło spoko. Nie bralibyśmy się za reklamę, z którą się nie identyfikujemy. Podejrzewam, że część naszych słuchaczy zainteresuje się tematem.

Rap i esport mają spory wspólny zbiór odbiorców. Widzicie w tym potencjał na poszerzenie grona słuchaczy?

Nasi słuchacze grają w gry. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że większość zaangażowanych graczy nie słucha ulicznego rapu. Mam jednak nadzieję, że dzięki temu projektowi stwierdzą, że warto sprawdzić, kim w ogóle jesteśmy, posłuchać naszych płyt i – kto wie – być może miło się zaskoczyć.

Fot. Kadr z https://www.youtube.com/watch?v=xZjwMx3WtU4

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze