Niedzielny gracz: Maciej Dowbor

Niedzielny gracz: Maciej Dowbor

18.08.2019, 15:35:00

Postać telewizyjna w świecie esportu to dla wielu wciąż nowość. Dla Macieja Dowbora, który został prowadzącym Ultraligi, to kolejny etap w poznawaniu wirtualnego świata. Świata, który nie jest mu jednak obcy, bo przecież pojawił się na World Cyber Games w 2011 roku, a na co dzień jest zapalonym graczem. Króluje u niego Fifa, ale zdarzało się spędzać godziny przy Battlefieldzie czy Docie 2. Zapraszamy na „Niedzielnego gracza”!

Po ogłoszeniu, że będzie pan prowadzącym Ultraligi, pojawiły się jakieś zarzuty typu: dlaczego angażuje się osobę, która nie ma związku z grami. A w rzeczywistości jest jednak trochę inaczej.

Myślę, że tych krytyków nie było jeszcze na świecie, gdy ja już grałem. Jedna z pierwszych gier to Prince of Persia. Jestem z tego pokolenia, że przechodziłem przez wszystkie możliwe etapy grania. Zawsze najchętniej sięgałem po gry stricte sportowe, ale zdarzały się też strategiczne czy FPS-y. Natomiast wiele lat temu najbardziej zakochałem się w Fifie ze względu na swoje zainteresowanie sportowe, jestem jej wierny, co roku mam nową edycję i gram przez sieć.

W FUT-a też się pan wkręcił?

FUT jest zbyt angażujący czasowo. Mnie bardziej interesuje samo granie, dlatego gram zwykłymi zespołami. Czasami trochę mniej czasu na to poświęcam, ale najczęściej rywalizuję w sieci – byłem nawet w pierwszej lidze i udało się w niej utrzymać przez dwa sezony.

Czyli z poziomem nie jest tak źle.

Myślę, że gram całkiem nieźle jak na dziadka w moim wieku. W ogóle w środowisku showbiznesowym jest kilka osób, które dają radę. Zawsze Łozo był dobry, ale nieźle radzi sobie też Grzesiek Hyży. Czasami nawet robiliśmy sobie turnieje.

Sam esport też nie jest panu obcy, bo między innymi prowadził pan finały WCG w 2011 roku.

Co więcej – z racji na umowę Samsunga z Polsatem, miałem nawet jechać na światowe finały WCG, ale urodziło mi się dziecko i pojechał tam Maciek Rock. Podobno samo wydarzenie robiło ogromne wrażenie. Z kolei dzięki polskiemu przystankowi poznaliśmy też kilka osób z branży – dobry kontakt miałem później z Bartasem, z którym zdarzyło mi się kilka razy zagrać. Raz nawet przegrałem tylko 0:1, ale później mi strzelił znacznie więcej. Co ciekawe, brałem też udział w kwalifikacjach do FIWC, które odbyły się w Arenie Ursynów. Przegrałem z jakimś dzieciakiem, którego przez cały mecz dominowałem, a on strzelił mi z kontry. Przyszedł później i powiedział, że powinienem wygrać. Pamiętam tylko, że się wkurzyłem i poszedłem stamtąd. Fifa to jednak nie jest jedyna gra, która u mnie gości – był też Battlefield, a z tych bardziej esportowych Dota 2, która jest bliska ideą do League of Legends.

Jakim cudem trafił pan na Dotę, czyli grę, która w Polsce nie jest zbyt popularna?

Z kumplami szukaliśmy gierki, w którą moglibyśmy pograć razem. Dota była łatwa, przyjemna i szybko można było ją pobrać. Kompletny przypadek.

Jest szansa, że po powrocie z Ultraligi zainstaluje pan LoL-a?

Zastanawiam się nad tym. Do tego potrzebny jest jednak PC, więc musiałbym sobie kupić, bo na co dzień korzystam z Maców.

Praca przy Ultralidze wymagała od pana przygotowania merytorycznego pod kątem samej gry?

Mam tutaj pomoc z różnych źródeł – zarówno ze strony komentatorów, ekspertów czy ludzi pracujących jako dziennikarze. Jednak powiedzmy sobie szczerze, LoL jest skomplikowany jeśli chcemy w niego dobrze grać. Jednak jeśli chcemy go obserwować i czerpać radość z rywalizacji, to osoba, która ma doświadczenie z Doty, po 3-4 grach zrozumie o co mniej więcej chodzi. Co prawda nie znam jeszcze umiejętności danych postaci, ale myślę, że jeszcze kilka dni i będzie w porządku.

Duże różnice dostrzega pan pomiędzy Ultraligą a WCG z 2011 roku?

WCG było trochę innym eventem, ale pamiętam jak zobaczyliśmy z Rockiem kilka tysięcy osób, które podczas meczu Counter-Strike’a śpiewały hymn. Byliśmy w szoku, ale nie wiedzieliśmy jak wygląda esport, ile osób jest w to zaangażowanych i jak bardzo poważnie podchodzi się do reprezentowania barw narodowych. Tam jednak sama produkcja była robiona bardziej chałupniczo, bo skupiano się na tym, by ludzie na miejscu mieli jak najwięcej atrakcji. W Ultralidze mamy bardzo poważną produkcję na poziomie światowym. Tak można przygotowywać np. transmisję z piłkarskiej Ligi Mistrzów. Dodatkowo byłem w ciężkim szoku, że komentatorzy to ludzie, którzy – już patrząc na to z technicznego punktu widzenia – mają dobrze ustawione głosy, dobrą dykcję i potrafią budować emocje. Oczywiście używają swojego języka, ale tak samo jest w piłce nożnej.

Pan czuje się trochę takim edukatorem dla tego zewnętrznego świata czy nawet rodziców, którzy nie do końca wiedzą czym zajmują się ich dzieci?

Jeśli ktoś kto nie interesuje się esportem, zobaczy transmisję, na której jest gość z telewizyjnego świata, na pewno zainteresuje się co robi ten facet od programów rozrywkowych. Sam początkowo byłem przerażony, że będę w tym środowisku funkcjonował, bo większość osób jest tutaj 15, a czasem i 20 lat młodszych ode mnie. Dodatkowo to dość hermetyczny świat. Nie zmienia to faktu, że wykonując swój zawód, funkcjonując w branży medialnej, idiotyzmem byłoby zamykanie się na esport. To znak naszych czasów. 300 lat temu ludzie naśmiewali się z tych, którzy czytają książki. Dziś ci co czytają książki, naśmiewają się z tych co grają w gry. Wbrew pozorom gaming nie ogranicza umysłowo, a wręcz przeciwnie – poszerza horyzonty, rozwija wyobraźnie. Nie należy traktować go jako rozrywki dla mało wymagających.

Niektóre gry to też lekcja historii, a dodatkowo World of Tanks łączy pokolenia, bo zdarza się, że grają i dziadki, i wnukowie.

Zdecydowanie, sam mam World of Tanks w telefonie. To prosta gra, która może docierać do różnych pokoleń, a dodatkowo ma fajny aspekt historyczny. Człowiek zaczyna się interesować czołgami, później łatwiej czyta się książki historyczne. Ja z kolei dzięki Battlefieldowi wkręciłem się w temat I wojny światowej i zacząłem o tym sporo czytać. Nie można też zapominać, że granie przez sieć np. w League of Legends to nauka pracy w zespole. Dzięki temu esport może stać się ciekawym narzędziem korporacyjnym do budowania relacji. To też dobre środowisko do łączenia pokoleń, zrobienia czegoś, o czym myślałem od dawna – projektu typu „Starzy, zobaczcie co robią wasze dzieci”. Dziadek mógłby zagrać w LoL-a, a wnuk przewijałby kasetę ołówkiem.

Dobrze słyszeć tyle pozytywów o esporcie od kogoś, kto w tej branży nie siedzi na co dzień.

Pierwszy kontakt z esportem na żywo miałem na wspomnianym WCG, ale później prowadziłem ciekawą konferencję na stadionie Legii Warszawa, która została zorganizowana przez środowisko domów mediowych. Właśnie wtedy na otwartych danych zrozumiałem, że to nie tylko zjawisko w kontekście dzieciaków czy dorosłych, którzy grają w nocy w tajemnicy przed żonami. To olbrzymie zjawisko, w które zaangażowani są ludzie z różnych sektorów. Uświadomiłem sobie, że świat esportu jest równoległy z moim. Jeśli chce być człowiekiem na bieżąco z tym co dzieje się w świecie multimediów, to także trzeba obserwować esport. Zresztą uważam, że nasze światy muszą się przenikać. Chociażby z perspektywy tego, że rodzice powinni wiedzieć co robią ich dzieci i czym interesuje się młodzież. Traktowanie esportu jako zajęcia niepoważnego, którym nie powinno się zajmować, jest pewnym ograniczeniem umysłowym. Esport trzeba traktować jak postęp – świat jest dynamiczny, rozwija się. Ja mam tę przewagę, że dzięki Ultralidze mogę bliżej poznać ten świat, wejść do środka, poznać ludzi i to otwiera oczy na wiele spraw.

Fot. Ultraliga / Radosław Makuch

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze