Niedzielny gracz: Bedoes

Niedzielny gracz: Bedoes

05.01.2020, 11:35:00

Jeśli istnieje choć mała szansa na to, że ma się ku czemuś predyspozycje — trzeba ryzykować i gonić za marzeniami. Nic dobrego nie wychodzi przecież z siedzenia w strefie komfortu. Uda się czy nie? To już inna kwestia. Trzeba być świadomym człowiekiem i zdać sobie sprawę, że wszyscy w końcu umrzemy. To, jak przeżyjesz swoje życie, jest indywidualną sprawą — mówi nam Bedoes: raper, członek SBM Label, autor m.in. „Opowieści z Doliny Smoków”, „Kwiatu polskiej młodzieży” czy „Aby śmierć miała znaczenie”. Przed wami ponad 20 tysięcy znaków szczerości. Nie tylko o grach i miłości do LoL-a oraz Wiedźmina, ale też niełatwym dzieciństwie, podejmowaniu ryzyka w pogoni za marzeniami, ingerencji Boga w sukces i byciu głosem ludzi chcących więcej i lepiej.

Obiło mi się o uszy, że nie lubisz udzielać wywiadów.

Wszystko, co chciałbym przekazać słuchaczom, trafia do nich przez moje Instastory. Zależy mi na tym, żeby mieć z nimi dobrą relację i przez to stale jesteśmy w kontakcie. Z dużym dystansem podchodzę więc do wywiadów z dziennikarzami muzycznymi, bo najczęściej odpowiadam w nich na pytania, które padły na moim Instagramie. Trudno wtedy o coś odkrywczego. Na rozmowy z mediami umawiam się, kiedy wydaję materiał lub w moim życiu dzieją się ważne rzeczy i rzeczywiście chciałbym przekazać coś więcej.

Szerokim echem odbiła się jednak twoja rozmowa z Marcinem Prokopem, którą sam zresztą nazwałeś „najlepszym wywiadem, jakiego udzieliłeś”. Brakuje ci w dziennikarzach muzycznych ciekawości, którą cechował się Marcin?

To ciekawe spostrzeżenie i chyba można tak powiedzieć. Lubię spotykać się z dziennikarzami, gdy jest o czym dyskutować i widzę, że mój rozmówca włożył pracę w przygotowanie. Ustawki z mediami zazwyczaj kończą się jednak na kilku trywialnych pytaniach. Jestem kulturalnym gościem, więc z uśmiechem na twarzy na nie odpowiadam, ale w głowie dudni mi to, że daną rzecz powtarzam już tysięczny raz. Redaktorzy nie poświęcają czasu na research i część wywiadów wygląda przez to tak, a nie inaczej. Można powiedzieć, że w tej kwestii stałem się więc wybredny. Po prostu chciałbym dostarczać słuchaczom jak najlepsze materiały. Nie tylko muzykę, ale i rzeczy okołomuzyczne.

Ogólnie bardzo dobrze poruszasz się po sferze mediów — przede wszystkim tych społecznościowych. Masz wyjątkową więź ze słuchaczami. Wymiana myśli z nimi stała się poniekąd cząstką twojej twórczości.

Nie mam problemu, żeby odpisać komuś na pytanie zadane w komentarzu na Facebooku czy Instagramie. To dla mnie naturalne. Kiedy w przeszłości zwracałem się do swoich idoli, zazwyczaj byłem ignorowany. Dzisiaj sytuacja się zmieniła i to ja jestem idolem dla wielu młodych ludzi. Mam w głowie to, co czułem lata temu i staram się być najzwyczajniej w świecie normalny. Nie ukrywam jednak, że część słuchaczy przekracza granicę. Po jednej wiadomości nagle zaczynają wołać o atencję. Ale rozumiem to. Ludzie są różni i każdy z nas ma swoje jazdy. Nikt nie usłyszy ode mnie „spierdalaj”, pytając o coś na Instagramie. Staram się być pomocny dla wszystkich. Nic mnie przecież nie kosztuje to, że komuś odpiszę. Dzięki temu prowadzę ze słuchaczami dialog.

I przychodzi ci to — jak na gościa zdobywającego platynowe płyty, miliony wyświetleń na YouTubie i wpadającego z buta do czołowej setki artystów na świecie — bardzo naturalnie.

Wielu ludzi zarzuca mi, że stoi za mną wielka maszyna PR-owa. Wygląda to zupełnie inaczej. Mam w wytwórni ludzi, którzy mi doradzają. Jeśli zrobię coś źle, pewnie zwrócą mi uwagę. We wszystkim dostaję jednak tyle swobody, że sam sobie jestem sterem i żeglarzem.

Podczas niedawnej rozmowy z Gargamelem mówiłeś o tym, że Solar czasem próbuję cię opanować, ale przeważnie i tak stawiasz na swoim.

Solar jest bardzo cennym doradcą. Naszą wytwórnię tworzy masa mądrych osób. Wiem, że jeśli dostanę od nich wskazówkę, to będzie ona dobra. Nasza relacja nie wygląda jednak tak, że narzuca się mi, co mówić w wywiadach czy kawałkach. Wręcz przeciwnie. Przekazuję to, co siedzi mi akurat w głowie i często muszę ponosić za to konsekwencje. Dostaję baty i wyciągam z nich wnioski. To najlepsze lekcje. Umówmy się, wszystko, co się teraz dzieje, jest częścią procesu kształtowania mnie. Jestem popularny, ale wciąż mam dwadzieścia jeden lat. Nie pozjadałem wszystkich rozumów. Nie zawsze wiem, co mówię i jeszcze kilka razy będę musiał przejechać się na własnych błędach. Wszystko jest po coś.

Często zresztą podkreślasz, że jesteś dużym dzieciakiem. Jak ważne jest pielęgnowanie tego pierwiastka w środku?

Dbanie o wewnętrznego dzieciaka jest dla mnie najważniejsze. To coś, co trzyma mnie przy ziemi i sprawia, że jeszcze mi nie odbiło. Cały czas jestem sobą. Kocham być dzieckiem i robić rzeczy, które nie kojarzą się z dorosłością. Takimi elementami są na przykład gry wideo.

Pomagają zachować ci życiowy balans?

To swego rodzaju odcięcie od rzeczywistości i zatrzymanie czasu. Kiedy siadam przed kompem i spotykam się ze znajomymi, nic się nie zmienia. Wciąż jest tak, jak — dla przykładu — trzy lata temu. Mogę zagrać koncert przed tysiącami fanów, zrobić duży i ekscytujący projekt, nagrać zajebisty kawałek w studio, ale nagle przyjeżdżam do rodzinnej Bydgoszczy, otwieram laptopa i zaczynam grać z przyjaciółmi, których znam od wielu lat. Okazuje się wtedy, że mimo milionów wyświetleń na YouTube wciąż jestem tym samym gościem. Śmiejemy się, robimy te same głupoty, gadamy o pierdołach. To coś, co uczy mnie przede wszystkim pokory. Gry pozwoliły zamknąć mi pewną cząstkę czasu w magicznej kuli.

W takich momentach możesz być w końcu Borysem, a nie Bedoesem.

Właśnie! Czasami jednak muszę się hamować. Coraz częściej łapię się na tym, że grając z ludźmi, których nie znam, pewnych rzeczy mi już nie wypada. Staram się nie włączać do dyskusji z gośćmi szukającymi zaczepek. Jeśli gramy jednak w naszym gronie — jestem sobą. Traktujemy się tak, jak wiele lat temu. Nagle cały stres i presja związana z życiem rapera wyparowuje.

Otwarcie mówisz o tym, że twoje dzieciństwo nie było usłane różami. Musiałeś spierać się z wieloma problemami. Zastanawiam się, czy wówczas to właśnie ta „magiczna kula” pomogła uciec ci trochę od szarej rzeczywistości.

Masz rację, to był dla mnie pewien rodzaj ucieczki. Grałem wtedy w GTA San Andreas Online. Wcielałem się więc w postaci, którymi zawsze chciałem być. Udawałem rapera czy inne osoby wiodące szczęśliwe życie. W ten sposób wynagradzałem sobie to, że na co dzień otaczało mnie wiele smutku. Dziś tego już nie potrzebuję, ale nadal uważam, że gry mają na mnie pozytywny wpływ.

To ciekawe, że udawałeś rapera w GTA. Pamiętasz, jakimi słowami rozpocząłeś EP-kę „2114″?

Nie za bardzo.

„Chce grać w GTA […]”. To pierwsze słowa otwierające cały materiał. Świetnie pokazują, że twoja twórczość jest z grami mocno związana. Jako gracz chciałeś być raperem, jako raper nie zapomniałeś o grach.

Dla mnie gry nie były, nie są i nie będą tematem tabu. Na osiedlu dzieciaki bawiły się przecież w Counter-Strike’a. Koledzy, z którymi przeżywałem pierwsze osiedlowe akcje, pokazali mi League of Legends czy World of Warcraft. Na dworze ciągle gadano o Diablo. Spotykaliśmy się razem między blokami, paliliśmy zioło, a potem szliśmy do domów i wbijaliśmy na Summoner’s Rift. To był normalny proces, w którym nie widziałem nic złego. W społeczeństwie utarł się natomiast stereotyp nerdów. Jasne, jest w nim cząstka prawdy. Wielu ludzi nie potrafi radzić sobie w społeczeństwie ze względu na to, że za bardzo zamykają się w wirtualnym świecie. Gubią w nim pewność siebie. W moim przypadku zadziałało to odwrotnie.

Dobrze, że o tym mówisz, bo demonizacja gier wciąż ma w mediach miejsce. Sam jestem zwolennikiem mówienia o zagrożeniach, które niesie nieodpowiedzialne korzystanie z komputera. Jego największymi przeciwnikami najczęściej są jednak ludzie, którzy o tym, że nastolatki piją alkohol, dowiedzieli się od Maty.

Coś w tym jest. Trzeba być jednak sprawiedliwym dla każdego. Sam nie umiałbym dziś pewnie zagrać w palanta. Pozwólmy być starszym ludziom starszymi ludźmi. Oni nie zrozumieją League of Legends, my nie skumamy wielu rzeczy popularnych w ich czasach. Musimy się wzajemnie zrozumieć.

Kiedy moja mama pracowała w Anglii, opiekowała się mną babcia, która wiedziała, że bardzo dużo przebywam przed komputerem. Narzuciła na mnie wtedy ograniczenia czasowe. Nie byłem jednak uzależniony od gier. Bardzo je lubiłem, ale potrafiłem się opanować, więc nie miałem problemu, żeby dostosować się do wyznaczonych godzin. Poszliśmy na kompromis, bo wzajemnie rozumieliśmy, co jest dla nas ważne.

Długo kiełkował w tobie pomysł, by nagrać „Toy Story„?

W mojej twórczości gry przewijały się właściwie od pierwszych numerów. Nagranie o nich całego utworu wisiało w powietrzu. Impulsem do jego stworzenia stał się poniekąd hejt, który spotkał Young Multiego. Dostawało mu się za to, że był YouTuberem nagrywającym o grach, a nagle stał się raperem. Stwierdziłem, że — cholera — nie ma w tym nic złego. Sam też gram. Uważałem to zresztą za atut. Multi z kolei był wywołany do tablicy i musiał tłumaczyć się z tego, że lubi gierki. To nonsens. Nie wyobrażam sobie więc tego, że po zyskaniu popularności miałbym ukrywać swoje zajawki. Prawda jest taka, że całe moje pokolenie gra w gry.

Idiotyzmem jest ocenianie tego, jak rapuje dany raper, za wyznacznik umiejętności biorąc to, czym zajmował się w przeszłości.

Właśnie. Ale przyznam ci się, że w przeszłości sam uległem demonizowaniu gier. Za dzieciaka bardzo często chodziłem z babcią do kościoła. Pamiętasz, jaka była wtedy narracja w mediach? Ludzie patrzyli na nie przez pryzmat reportaży o Tibii. Po kilku kazaniach księdza sam zacząłem odczuwać winę z powodu grania. Miałem w domu kupioną na bydgoskim rynku płytę z GTA II. Pewnego razu nasłuchałem się tego, że gry są złe, wróciłem z kościoła, poczułem się bardzo źle, po czym wziąłem CD-ka i go po prostu złamałem. Stwierdziłem, że nie zagram już nigdy w GTA. Byłem jednak małym dzieckiem. Po pewnym czasie oczywiście dojrzałem i stwierdziłem, że było to zwykłe pierdolenie.

We wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek.

Niektórzy rodzice dają dzieciom zbyt restrykcyjne zakazy, inni pozwalają im na zbyt wiele. I nie chodzi tu wyłącznie o temat gier komputerowych. Spotykam trzynastolatków, którzy chwalą się, że palą zioło. Trzynastolatków, kumasz? Sam, z czego nie jestem dumny, zacząłem w wieku czternastu lat, ale miałem w sobie na tyle dużo mądrości, żeby w pewnym momencie powiedzieć „stop”. Nie wiemy jednak, czy temu konkretnemu chłopakowi uda się od tego uwolnić. Wspomniany rozsądek jest więc bardzo ważny. Nie można mówić, że gry są złe, albo dobre. Na jednego człowieka mogą zadziałać destrukcyjnie, bo wykluczą go z życia społecznego, drugiemu pomogą poradzić sobie z problemami.

A jak zareagowali ludzie w wytwórni, gdy usłyszeli „Toy Story”? O ile odniesień do gier można szukać w kawałkach wielu raperów, o tyle utwory w całości poświęcone tematowi można policzyć na palcach jednej dłoni.

Jeśli ktoś zna mnie bardzo blisko, jak na przykład ludzie z wytwórni, wie, że jestem ogarnięty. Nie kalkuluję artystycznych rzeczy. Jestem częścią społeczności graczy i żyję w niej na co dzień. „Toy Story” jest tego wyrazem. Zdałem sobie ponadto sprawę z tego, że otwarte mówienie o grach może wielu ludziom pomóc. Reakcji wytwórni nawet nie pamiętam. A skoro tak jest — musiała być całkowicie normalna. W ekipie mam zresztą ziomków, z którymi normalnie mogę o grach pogadać. Solar czy jego brat znają się na rzeczy.

Gry stają się zresztą medium kulturowym, o którym zaczyna rozmawiać się jak o książkach, filmach czy serialach. Polski Wiedźmin jest tego najlepszym dowodem.

Wiedźmin to jest koniec świata. Ta gra jest po prostu idealna — na pewno najlepsza spośród wszystkich polskich produkcji. To w swoim gatunku niekwestionowany król. Nie mogę powiedzieć o nim złego słowa. Chociaż czekaj… Mogę! Twórcom mam za złe to, że nie zrobili multiplayera. Przysięgam ci, jak stworzyliby taki tryb, zniknąłbym na rok. To byłoby spełnienie moich gamerskich marzeń. Trochę mi przykro, że CD Projekt Red skupiło się teraz na Cyperpunku 2077. Oczywiście jaram się nim i cały czas czekam, ale mimo wszystko oddałbym wiele za kolejnego Wiedźmina, a najlepiej wprowadzenie trybu multiplayer do „trójki”.

Gdy ciebie teraz słucham, zastanawiam się, czemu na „Opowieściach z Doliny Smoków” nie znalazł się „wiedźmiński” kawałek. Biorąc pod uwagę koncept, mogłoby to całkiem nieźle zagrać.

Choć oczywiście odwołujemy się do średniowiecza, chcieliśmy zrobić płytę współczesną. Wolałem po prostu przemycać pewne smaczki, zamiast budować na nich cały materiał. Stąd wersy pokroju „Moi rycerze gotowi na wojnę/Całe królestwo może spać spokojnie”. To bardziej w moim stylu niż wplecenie z dupy np. „Idę po swoje jak Wiedźmin”.

W przyszłości coś w podobnym klimacie może jednak powstać. Próbowaliśmy to zresztą zrobić. Samplowaliśmy z Lankiem głos Ciri i inne dźwięki z Wiedźmina, ale w końcu stwierdziliśmy, że projekt, nad którym akurat pracowaliśmy, nie jest odpowiedni na tego typu wariactwa.

Mamy więc kolejny dowód na to, że gry potrafią inspirować artystów na tyle, by szukać w nich np. sampli.

Bez dwóch zdań. „Toy Story” nagrałem zresztą w trudnym dla mnie momencie. Tworząc „Kwiat polskiej młodzieży”, dotarłem do granicy kreatywności. Miałem zastój. Każdy artysta wie, o czym mówię. Pewnego dnia usłyszałem bit od Merghaniego i stwierdziłem, że muszę nagrać kawałek o grach, które mnie otaczają. To zadziałało niczym katharsis. Nagle się odblokowałem.

Podejrzewam, że twoja skrzynka na Instagramie zapełniła się wtedy wiadomościami w stylu: „Bedi, zagrajmy w LoL-a”.

Kurde, bardzo dużo osób pisze do mnie z prośbą o partyjkę. Jeśli tylko mam czas, jest to do zrobienia. Kiedyś zorganizowałem nawet streama, podczas którego zaprosiłem słuchaczy do wspólnej gry w LoL-a. Było sporo takich akcji. Ostatnio na Instagramie złapałem kilku fanów, zebraliśmy się na Summoner’s Rift, pogadaliśmy i wspominam to bardzo fajnie. Nie czułem się jak podczas wywiadu. Wszyscy byli skupieni na tym, żeby wygrać. Podczas gry jesteśmy równi.

Na fali tego, że młodzi ludzie rzucali szkołę na rzecz kariery esportowej, napisałem kiedyś tekst pt. „Nie każdy może zostać esportowym Bedoesem„. Widzę wiele elementów łączących rap i esport. Jednym z nich jest to, że oba środowiska tworzą bardzo młodzi ludzie. Ludzie, którzy łatwo mogą pogubić się w tym, co robią. Mam wrażenie, że wielu chłopaków zbyt pochopnie podejmuje decyzję o swojej przyszłości. Sukces osiągnie przecież tylko promil z nich.

Sam nie rzuciłem szkoły po nagraniu pierwszego numeru. Byłem w tym środowisku od dawna i w końcu zdałem sobie sprawę z tego, że rap jest tym, co chcę robić w życiu. Nic innego nie wchodziło w grę. Nic. To jest moja pasja. To moje życie. Postanowiłem sobie, że za żadne skarby z tego nie zrezygnuję. Moja mama zawsze była wyrozumiała. Stwierdziła więc, że damy sobie radę i zaczęła mnie wspierać. Udało się, co jest zasługą moją, mojej rodziny, wszystkich bliskich i przyjaciół, na których mogłem polegać oraz Pana Boga. Cholera, w tym, że jestem tu gdzie jestem, widzę pierwiastek cudu.

Jeśli istnieje choć mała szansa na to, że ma się ku czemuś predyspozycje — trzeba ryzykować i gonić za marzeniami. Nic dobrego nie wychodzi przecież z siedzenia w strefie komfortu. Uda się czy nie? To już inna kwestia. Trzeba być świadomym człowiekiem i zdać sobie sprawę, że wszyscy w końcu umrzemy. To, jak przeżyjesz swoje życie, jest indywidualną sprawą. Nie namawiam wszystkich na to, by zostali esportowcami czy raperami, bo nie o to chodzi. Życie pisze jednak różne scenariusze. Jeśli ma się udać, to się uda.

Brzmisz trochę, jakbyś oddawał życie w ręce losu.

Oddaję je w ręce Boga. To właśnie jemu ufam w większości spraw. Co będzie, to ma być. Wytłumaczę ci to na przykładzie.

Kiedyś bardzo zajarałem się możliwością zrealizowania pewnej reklamy. Miałem zarobić na niej pieniądze, które w tamtym momencie były dla mnie olbrzymie. Na ostatniej prostej reklamodawcy zrezygnowali jednak ze współpracy ze mną ze względu na pewną aferę. Było mi bardzo przykro. Za tę kasę miałem przecież wyremontować mamie mieszkanie. Dzisiaj patrzę na to jednak z innej perspektywy. Cieszę się, że wspomnianego projektu w końcu nie zrealizowałem. Dziś moja popularność wystrzeliła, a nie byłem twarzą żadnej marki. Niczego nie reklamowałem. Wartość rynkowa mojego wizerunku jest bardzo duża.

Dążę do tego, że rzeczy, które z pozoru wydają się straszne, mogą w przyszłości zaowocować czymś dobrym. Jeśli ktoś rzuciłby szkołę, żeby zostać esportowcem, ale ostatecznie zmarnowałby karierę, to nie zamyka jego ścieżki. W przyszłości może przecież dostać inną propozycję, która go uszczęśliwi.

A skoro już o esport zahaczyliśmy. Miałeś świadomość, że obok Counter-Strike’a czy League of Legends, o którym często wspominałeś, rozwijała się branża sportów elektronicznych?

Kojarzyłem ją tylko z ESL i Meet Your Makers. Widziałem zdjęcia chłopaków w koszulkach, słyszałem o pierwszych mistrzostwach o gruby hajs, oglądałem akcje najlepszych zawodników. Każdy chciał grać jak NEO i TaZ. Sam chciałem. Z jednej strony zdawałem sobie więc sprawę z tego, że esport istnieje, ale z drugiej — bardzo się w niego nie wczuwałem. Nie myślałem o tym jak o sposobie na życie.

NEO czy TaZ początkowo też nie myśleli. Branża rozwijała się stopniowo i dopiero po wielu latach najlepsi na świecie zaczęli zarabiać ogromne pieniądze.

Uważam, że do rozwoju esportu w Polsce i wrzucenia go do mainstreamu bardzo przyczynił się pashaBiceps. Gość jest zabawny, a do tego dobrze zbudowany. W świetny sposób łamie stereotypy, a w dodatku emanuje szczerością, życzliwością i po prostu dobrocią. Pomógł dzięki temu zmienić opinię o graczach. Stał się — z mojej perspektywy — twarzą branży bez podziału na kategorie. Nie ważne czy grałeś w CS-a, LoL-a, czy nie grałeś w dosłownie nic, istniała duża szansa, że jak zobaczyłbyś twarz pashy, wiedziałbyś kim jest ten gość. To legendarna postać.

Dodałbym do tego resztę chłopaków z Virtus.pro, Izaka i oczywiście Intel Extreme Masters w Katowicach jako wydarzenie-zjawisko.

Jasne, wszystkie te elementy wpłynęły na popularyzację esportu. Swoje cegiełki do rozwoju dołożyło wielu innych ludzi, którzy na co dzień nie pojawiają się w mediach. Ale ja jestem prostym człowiekiem. Słyszę esport, widzę pashę.

Teraz z esportem zaczynasz mieć większą styczność. Prowadziłeś już rozmowy z Illuminar Gaming. O co chodzi?

Na Facebooku dodałem post, w którym napisałem, że chcę zagrać w profesjonalnej drużynie League of Legends. Chłopaki z Illuminar Gaming wtedy się do mnie odezwali. Spotkaliśmy się, rozmawialiśmy przez wiele godzin i jestem pewny, że chciałbym w przyszłości z nimi współpracować. W jakiej dokładnie formie? Tego jeszcze nie wiem. Aktualnie nie mam jednak czasu, by zająć się konkretami. Po wydaniu płyty grafik jest napięty i wspólne działania trzeba odłożyć na później.

Widzisz przestrzeń, by esport i rap przecinały się częściej? Ostatnio dzieje się to regularnie.

Nic dziwnego, to przecież podobny fanbase. Nie patrzę na to jednak przez pryzmat dotarcia do nowych słuchaczy. Robię po prostu to, co mi się podoba. Realizuję swoje zajwki. Trudno mi więc powiedzieć, czy romans rapu z esportem się opłaca. Podejrzewam, że mam wielu słuchaczy, którzy również grają i po tego typu akcjach jeszcze bardziej się ze mną zwiążą, ale część esportowców ma mnie pewnie za zwykłą szmatę. Nie chcę więc na siłę wchodzić w ich życie i próbować zmienić ich zdania. Jestem po prostu raperem, który lubi spędzać czas przy grach.

Na przykładzie tego wywiadu — nie rozmawiamy, bo kalkuluję, że może mi się to opłacać. Cieszę się, że część fanów, którzy też jarają się gamingiem, będzie mogła się dowiedzieć o mnie czegoś nowego. W serii „TO CZY TO” zapytano się mnie kiedyś: „Dla siebie, czy dla innych?”. Odpowiedziałem, że dla innych. Tak właśnie działam.

Nie podejrzewałbym cię o kalkulację. Na tego typu współpracę patrzę raczej jak na fajne przybicie sobie piątki dwóch ciekawych środowisk.

To prawda. Najważniejsze jest jednak to, by podobne działania były naturalne. Jeśli podczas jakiegoś wydarzenia gamingowego zobaczyłbym rapera, który nie ma zielonego pojęcia o grach, a wystąpiłby obok drużyny — spojrzałbym na to krzywo. Sam dostawałem zaproszenia od wielu producentów gier i po prostu odmawiałem. Mówiłem szczerze — nie gram w ten tytuł, nie lubię go, więc nie chcę się w to angażować. Wielu dla hajsu nie miałoby problemu, żeby skłamać, że to ich ulubiona gierka. Jeśli musisz okłamywać sam siebie i osiągniesz przy tym sukces — masz hajs. Kiedy jednak jesteś sobą, a ludzie i tak cię kochają, możesz czuć się spełniony.

Grasz w League of Legends i ludziom z Riot Games nie odmówiłeś.

Nawet nie wiesz, jak bardzo cieszyłem się, kiedy odezwał się do mnie Wiktor Cegła. Pracownicy Riot Games byli dla mnie kiedyś niczym GM-owie w Tibii. A dziś siadam sobie wieczorem przed kompa i gramy wspólnie w LoL-a. Totalna abstrakcja. Wydaje mi się, że przed nawiązaniem współpracy Wiktor nieoficjalnie mnie zresztą sprawdzał. Umawialiśmy się na mecz, gadaliśmy i mimochodem tak badał moją wiedzę o grze. Podejrzewam, że chciał się upewnić, czy faktycznie jestem zajaranym graczem, czy zwykłym przebierańcem. To zrozumiałe.

Zaszczytem było poznać ludzi z Riot Games, ale jeszcze bardziej symbolicznym gestem musiało być umieszczenie twojej ksywki na ścianie zasłużonych w siedzibie firmy.

Człowieku… Jak Wiktor wysłał mi zdjęcie, nie wiedziałem, co powiedzieć. To piękne wyróżnienie. W tym momencie zdałem sobie też sprawę, że muszę większą uwagę zwracać na to, co wypisuję na czacie. Już nie wypada cisnąć typom!

Jak dubbingowało ci się Ekko?

To super przygoda. Najlepsze było to, że kiedy nie podobały mi się niektóre kwestie, zgłaszałem swoje propozycje. Czasem czułem po prostu, że coś brzmi nienaturalnie, przygotowywałem długie listy alternatyw i w większości przypadków faktycznie zmienialiśmy plan działania. Wielki szacunek za to, że pracownicy Riot Games byli tak otwarci. To dla mnie duży zaszczyt.

Grasz teraz częściej tą postacią?

Wcześniej byłem bardzo miernym graczem Ekko. Zdawałem sobie sprawę z tego, że to skomplikowany bohater i nie chciało mi się go uczyć. Po tym, jak go zdubbingowałem, stwierdziłem jednak, że muszę się podszkolić i faktycznie mogę powiedzieć, że ze słabego awansowałem na… poprawnego.

Wiele osób pyta się mnie, czy wybrałem tę postać. Odpowiedź brzmi: nie. Riot przedstawił mi pomysł Ekko-rapera, zapytał o zdanie i chętnie w to wszedłem. Bez bicia mówię jednak, że nie byłem mega fanem tej postaci. Nie zmienia to faktu, że gdy nim gram i słyszę swój głos, czuję mega dumę.

Czemu to właśnie w League of Legends wsiąknąłeś tak bardzo, a nie — dla przykładu — w CS-a, o którym też często wspominasz?

Nie wiem, czy można tak powiedzieć, ale wydaje mi się, że przedawkowałem CS-a. Grałem w niego tyle, że dziś mi się po prostu przestał podobać. Zmęczył mnie. League of Legends też potrafi zirytować, ale jest bardziej przyjazne.

Kiedy rozmawiałem z Beniaminem Gawlińskim, opowiadał mi, że emocje towarzyszące koncertom scenicznym i grze na turniejach esportowych są do siebie zbliżone. Mógłbyś się z nim zgodzić?

Kiedy wchodzę na scenę, zmieniam się w bestię. Staram przekazać się ludziom coś wartościowego, a przy okazji energia rozpiera mnie z każdej strony. Gdy gram — choć nie piję alkoholu i nie biorę narkotyków — czuję się po prostu jak na piwie z kumplami. Nie doświadczyłem co prawda gry na LAN-ach, ale wydaje mi się, że jestem w stanie sobie to wyobrazić. Podczas streamowania jest przyjemnie, ale koncert… koncert jest dla mnie po prostu wniebowstąpieniem. To dwa światy, które bardzo szanuję i próbuję znaleźć w nich dla siebie schronienie, ale nie porównywałbym ich do tego stopnia.

Odnoszę wrażenie, że młodzi ludzie — nie tylko w świecie rapu czy esportu — mają coraz większy problem, by znaleźć pewne drogowskazy. Wiem, że zabrzmi to górnolotnie, ale – cholera – zakończmy tę rozmowę z przytupem. Czujesz się głosem pokolenia?

Kilka razy dostałem takie pytanie i za każdym razem odpowiadałem inaczej. Raz wydaje mi się, że jestem. Innym razem uważam, że powinienem zostawić to do oceny słuchaczom czy krytykom, bo przecież nie ja o tym decyduję. W końcu doszedłem jednak do momentu, w którym stwierdziłem, że nie odpowiadam za wszystkich ludzi w moim wieku. Mogę jednak reprezentować pokolenie, które chce spełniać marzenia. Dążę do tego, by być po prostu głosem ludzi pragnących przeżyć wartościowe życie.

Partnerem cyklu „Niedzielny gracz” jest marka LOTTO, z którą współtworzymy również dział „Polski Esport.

Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze