Niedzielny gracz: Paweł Fajdek
POLSKI ESPORT
Wywiady

Niedzielny gracz: Paweł Fajdek

03.05.2020, 18:28:46

Chciałem pokazać, że sportowcy mogą rywalizować z esportowcami, świetnie się przy tym bawiąc. To szansa, żeby ocieplić stosunki obu środowisk. Pokazujemy, że gry mogą być wartościowe, przekonując do nich sceptyków. Z drugiej strony gracze komputerowi zauważają, że sport też może być rewelacyjnym sposobem na spędzenie wolnego czasu – mówi nam Paweł Fajdek, czterokrotny mistrz świata w rzucie młotem, który zbliżył się do esportu. Utytułowany lekkoatleta we współpracy z DKMS zorganizował charytatywną transmisję z udziałem polskich sportowców i znanych graczy.

Sport obecny był w twoim życiu od dzieciństwa, a lekkoatletykę zacząłeś trenować w wieku dwunastu lat. Miałeś przestrzeń i czas na gry komputerowe?

Zacząłem od Commodore, co wspominam jako super przygodę. Świetnie było dorastać razem z pierwszymi konsolami. Dziś najnowsze technologie i najlepsze produkcje są na wyciągnięcie ręki, a ja wciąż pamiętam nakręcanie kaset oraz czyszczenie taśm. Po czasie przyszły Pegasusy, PlaySation 1, komputery bez połączenia z Internetem. Żeby pograć z  kumplami, trzeba było zebrać się przed jednym monitorem, albo – gdy byliśmy już starsi – zorganizować LAN-y. Piękny to był okres. Z biegiem lat i większym zaangażowaniem się w treningi granie musiałem jednak odstawić na bok. Czas nie jest z gumy.

Czuć w tych wspomnieniach  pierwszych przygód z grami ogromną nostalgię. Łezka kręci ci się w oku?

Trudno, żeby było inaczej, skoro cofamy się do lat beztroski bez większych zmartwień i zobowiązań Kończyło się szkołę, rzucało plecak w kąt, odrabiało lekcje i nagle człowiek stawał się wolny. Dzieciństwo jest piękne i wiąże się ze wspaniałymi wspomnieniami. A konsole, komputery, gry są ich częścią. 

Wraz z rozwojem technologii specjaliści głośno zaczęli zastanawiać się jednak, czy gry dobrze wpływają na rozwój młodych ludzi – choćby pod kątem odciągania ich od sportu. Jesteś żywym przykładem, że można realizować się na dwóch płaszczyznach.

Powiem więcej – gdybym za życiową drogę obrał inną dyscyplinę, albo mieszkał w miejscu, w którym mogłem trenować lokalnie, prawdopodobnie grałbym więcej. W pewnym momencie ze świata komputerów musiałem się po prostu trochę wypisać, bo zaczęły się regularne  i bardzo czasochłonne wyjazdy na zgrupowania. Nie wyobrażam sobie targania ze sobą skrzyni, monitora i reszty sprzętu na drugi koniec Polski.

Dużo łatwiej wziąć pod pachę konsolę.

To prawda. Na większych zgrupowaniach mamy do dyspozycji nawet kilka konsol. Sam pakuję jedną do torby od momentu premiery PlayStation 3. Po treningach spotykamy się w dziesięcioosobowym gronie, gadamy, śmiejemy się, a przy okazji rywalizujemy w FIFA, Tekkena czy UFC. Pamiętam jednak początki, podczas których trenowałem ze sportowcami starszymi ode mnie. Dla nich telefony, konsole i gry nie istniały. Dużo bardziej cenili wspólne spacery czy spotkania przy kartach. Kiedy starsza gwardia zakończyła kariery, nagle na obozach nastał martwy okres. Większość osób po treningach zamykała się w pokojach. Na szczęście zatęskniliśmy za tymi czasami i znów stawiamy przede wszystkim na zabawę we wspólnym gronie.

Zmiana pokoleniowa na zgrupowaniach odcisnęła na tobie niemałe piętno. Często powtarzasz, że jesteś ze szczęściarzem, bo pamiętasz treningi ze starszymi sportowcami.

Różnica pokoleń jest widoczna i niejednokrotnie wywołuje małe spięcia. Z jednej strony na obozie spotykają się młodzi zawodnicy osiągający sukcesy w swoich kategoriach wiekowych, z drugiej – seniorzy z medalami mistrzostw świata. Początki naszych relacji są czasem zbyt luźne. Kiedy ja stawiałem obok dużo bardziej doświadczonych i utytułowanych, byłem skrępowany. Cieszyłem się, podpatrywałem, nieśmiało pytałem o rady. Aktualnie zniknęły wszelkie bariery, a co za tym idzie – szacunek do starszych jest mniejszy. Zdaję sobie jednak sprawę, że świat się zmienił i trzeba po prostu wyluzować.

Ta zależność doskonale widoczna jest również w świecie esportu zdominowanego przez młodzież. Dekady doświadczenia i gablota pełna pucharów często nie są dla młodych wystarczającymi argumentami, żeby ugryźć się w język.

W Polsce mamy świetny przykład Virtus.pro – gości, którzy przez wiele lat osiągali ogromne sukcesy. To gracze z wielką klasą. Wystarczyło, że zaczęli przegrywać, obniżyli trochę loty i nagle młodzi przestali odnosić się do nich z szacunkiem. Na legendy wylano ogromną falę nienawiści. Powinniśmy mieć to jednak w tyłku i najzwyczajniej w świecie robić swoje. Trzeba też zaakceptować po prostu, że pewne rozdziały się kończą. Nie chcę nikogo wysyłać na emeryturę, ale w życiu każdego sportowca czy esportowca nadchodzi trudny moment. Moment, w którym swoje dziedziny trzeba zacząć traktować jak zabawę, bardziej skupiając się na życiu.

Przykład Virtus.pro jest bardzo trafny, bo trudno o wskazanie w Polsce, a nawet na świecie esportowców tak doświadczonych i utytułowanych, jak NEO, TaZ, kuben czy pashaBiceps. Wystarczyło jednak kilka gorszych sezonów, by mieszać ich z błotem. W świecie lekkoatletyki internetowa nienawiść też jest tak powszechna?

Pod pewnymi względami problem ten jest nawet poważniejszy. W lekkoatletyce mamy jedną ważną imprezę w roku. Przypadki mogą wpłynąć na samopoczucie, obniżenie formy i kiepski start. Dasz ciała i nie zdobędziesz medalu, ale na to, żeby udowodnić swoją wartość, musisz czekać kolejny rok. Kibice też na to czekają, nierzadko wątpiąc w twoje umiejętności. W przypadku esportu czy piłki nożnej można przegrać dziesięć meczów z rzędu, ale ten jedenasty potrafi na nowo rozkochać w nich kibiców. Każdy z nas jest przecież tak dobry, jak jego ostatni mecz czy start. Problem w tym, że lekkoatleci tych startów nie mają zbyt często. Szans na ewentualne odbudowanie wiary kibica w umiejętności mamy mało. 

Lekkoatleci często narzekają też na to, że ich dziedziny nie są tak medialne jak – dla przykładu – piłka nożna. Ty z tego schematu świetnie jednak wybrnąłeś. Pawła Fajdka znają wszyscy, bo w mediach czujesz się jak ryba w wodzie. 

Przychodzi mi to naturalnie, co jest bardzo ważną sprawą. Trudno zmusić kogoś do tego, żeby dobrze prezentował się w mediach, jeśli jest to sprzeczne z jego naturą. Sam dodatkowo lubię wyzwania, niecodzienne sytuacje, nowe rzeczy. 

To świadome kreowanie wizerunku traktujesz jako budowanie podwalin pod życie po sporcie? 

Trudno mi powiedzieć. Wiem, że czas nie gra na moją korzyść, ale mam zamiar jeszcze trochę potrenować. W tym roku kończę 31 lat. Powszechnie mówi się, że na najwyższych obrotach trenować można do 35 roku życia, niektórzy twierdzą nawet, że do 33. Sam odczuwam pewne problemy już po trzydziestce. Wyznaczyłem sobie jednak pewną granicę. Chcę startować do 2028 roku, a więc Igrzysk w Los Angeles. Być może do 2029 roku i mistrzostw świata. Wszystko zależy od tego, co stanie się po drodze. Jeśli moje ciało zacznie odmawiać mi posłuszeństwo, trzeba będzie rozważać wcześniejsze zakończenie. 

Aktualnie staram się nie myśleć o tym, co będzie po sporcie, bo to w pewnym sensie byłaby deklaracja. A ja na takie deklaracje jeszcze nie jestem gotowy. Media to jedno, ale wciąż chcę dać z siebie jak najwięcej w sporcie. Nie zmienia to faktu, że mam świadomość tego, jak przewrotne może być życie i przez to buduję sobie pewne zaplecze. Wywiady, programy telewizyjne czy – dla przykładu – komentowanie skoków narciarskich, bo też mi się zdarzało, nie biorą się z przypadku. Wiem, że trzeba w życiu umieć coś ponad bycie sportowcem.

Otwarcie zresztą mówisz, że nie wyobrażasz sobie emerytury, po tym, gdy odwiesisz na kołku młot.

Nie mógłbym pozwolić sobie na to, żeby jako trzydziestokilkulatek pójść na emeryturę. Lekkoatleci nie zarabiają kokosów. Co tu dużo mówić – nie mam stu baniek na koncie, które pozwoliłyby wieść spokojne życie po zakończeniu kariery. Nie chodzi jednak tylko o pieniądze. Praca napędza nas do życia. Babcia zawsze powtarza mi, że „trzeba robić”, a ma już 96 lat. Kiedy więc ona jest w stanie codziennie wstawać i robić, ja nie mógłbym siedzieć bezczynnie.

W głowie mam historię z plebiscytu Przeglądu Sportowego, gdy siedziałeś przy jednym stoliku z Agnieszką Radwańską, Robertem Lewadnowskim i Marcinem Gortatem. Żartowaliście sobie, że – w przeciwieństwie do nich – mógłbyś podarować każdemu z was złoty medal mistrzostw świata. Nie czuć w tobie żalu, że dzięki popularności ich dyscyplin, mogą pozwolić sobie na więcej.

Nikt nie zabronił mi grać w piłkę nożną czy tenisa. Rzut młotem był moim wyborem. Nie mam z tym problemu. Zarabiać można na wiele sposobów. Sport, wygrana na loterii, trudna praca – jeśli ktoś potrzebuje więcej kasy, ma sporo możliwości, żeby ją zdobyć. Ja pieniędzmi nie żyję. Staram się po prostu żyć tak, żeby niczego nie zabrakło mnie i moim najbliższym. 

W mediach często wybrzmiewa to, że jesteś najmłodszym mistrzem świata w swojej dziedzinie. Tak wczesny sukces sportowy zmienia człowieka? 

W dość wczesnym momencie życia zdałem sobie sprawę z tego, że będę dobry w tym, co robię. Założyłem sobie, że chcę być najlepszy i w końcu do tego doprowadzę. Już przed pierwszymi mistrzostwami świata w Daegu byłem gotowy, żeby zdobyć medal. Wcześniej zostałem przecież pierwszym w historii Polski młodzieżowym mistrzem Europy, wygrywałem też Uniwersjady. Ostatecznie skończyłem na jedenastym miejscu, co i tak było sporym sukcesem. Może jeśli wtedy krążek trafiłby na moją szyję, powstałoby ryzyko pewnej sodówki. Późniejsze sukcesy nie odbiły się jednak na mnie negatywnie. Wręcz przeciwnie – nabrałem pewności siebie, rywalizując z wielkimi nazwiskami nie miałem kompleksów.

Wcześniej je miałeś?

W 2009 roku na zawodach w Bydgoszczy pierwszy raz wystartowałem z seniorami. Pamiętam ich śmiech i żarty na mój temat. Pamiętam też gniew, który mnie wówczas ogarnął. – Gdzie jest klasa sportowca? Gdzie szacunek do młodszych zawodników, którzy ich podziwiają? – pomyślałem. Zapowiedziałem im wtedy, że każdemu z osobna spiorę dupę i to szybciej niż im się wydaje. Minęło kilka lat, a ja wygrałem mistrzostwa świata. Na wszystko zasłużyłem jednak ciężką pracą. Nie ma w tym przypadku, więc byłem na konsekwencje sukcesu przygotowany.

Mimo wszystko – choć podczas mistrzostw świata rozstawiasz rywali po kątach – Igrzyska Olimpijskie nigdy nie szły po twojej myśli. W kolekcji brakuje ci najważniejszego medalu.

To prawda. Wyobraź sobie jednak, że zdobyłbym medal w Londynie, gdzie miałem na to realne szanse. Bardzo trudnym zadaniem po takim sukcesie byłoby utrzymanie rygoru treningów na najwyższych obrotach. Głód zwycięstwa jest niezwykle ważny. Dziś jestem czterokrotnym mistrzem świata, a brak medalu olimpijskiego dodaje mi sił i motywacji do dalszej walki. Nie ukrywam, że jest to dla mnie ogromne paliwo. Oczywiście, mógłbym mieć dziś dwa krążki i walczyć o trzeci. W głowie pojawiałyby się jednak głupie myśli. Dlaczego dalej się męczyć? Po cholerę narażać organizm na kontuzje? W jakim celu odmawiać sobie wszystkiego i tak często opuszczać rodzinę? Dziś znajduję na te pytania odpowiedzi. A odpowiedzi napędzają mnie do utrzymania wysokiej formy. 

Krótko mówiąc – gonisz króliczka.

I jestem przekonany, że w końcu go złapię, zdobędę wszystko, czego pragnę i nazwę się spełnionym sportowcem. 

Paweł Fajdek młot

Piszesz dziś fascynującą historię sportowca. Masz poczucie, że za kilkadziesiąt lat ludzie wciąż będą wracali do nazwiska Fajdek, mówiąc: – „To był świetny sportowiec. Chcę być taki, jak on!’.

Nie mnie to oceniać. Nie zrobiłem zresztą jeszcze wszystkiego. Wciąż uważam, że stać mnie na więcej. Chcę rzucić jeszcze dalej, śrubując rekord Polski. Liczę na kolejne medale. Dopóki będę mógł startować na stadionie, walcząc na wysokim poziomie – nie przestanę. Na podsumowania przyjdzie czas po zakończeniu kariery. Jeśli okaże się, że będę miał na koncie sześć czy siedem złotych medali mistrzostw świata, krążki Igrzysk Olimpijskich, to prawdopodobnie zapiszę się w historii sportu na długo. Bez tego nic się jednak nie stanie. Jestem osobą kreatywną i potrafię odnaleźć się w różnych środowiskach. W przyszłości nie będziemy mówić o mnie wyłącznie przez pryzmat sportu.

Zabolało cię przeniesienie Igrzysk w Tokio?

Nieszczególnie. Jeśli chodzi o lata nieparzyste – mam z nimi same dobre wspomnienia! Do trzech razy sztuka. Jeśli ktoś twierdzi natomiast, że przełożenie Igrzysk jest problemem, odpowiadam mu – nie, nie jest. Trenować trzeba co roku, nieustannie dążac do najlepszej formy. Nie można zrobić sobie półrocznej przerwy, bo istnieje ryzyko zasiedzenia.

Jak w takim razie radzisz sobie podczas pandemii? 

Po dwudziestu latach treningu bardzo często mi się – krótko mówiąc – nie chce. Pandemia paradoksalnie pozwoliła mi wziąć głęboki oddech, albo nawet kilka oddechów. Nie pamiętam, kiedy wcześniej mogłem posiedzieć dwa miesiące w domu. Wstaję rano, codziennie jestem z rodziną, uczestniczę w życiu dziecka, układam dzień tak, żeby zrobić coś konstruktywnego. 

W tym czasie bardzo zbliżyłeś się do świata esportu. Założyłeś kanał na Twitchu, zacząłeś transmitować grę w Counter-Strike’a, zostałeś twarzą akcji charytatywnej wykorzystującej siłę gier komputerowych. Podejrzewam, że w innych warunkach nie byłoby to możliwe.

Przez pierwsze tygodnie odpuściłem sobie trenowanie. Odwołali nam Igrzyska Olimpijskie, Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy. Jeśli uda nam się gdzieś wystartować w tym roku, będzie to ewentualnie przełom sierpnia i września na zawodach pokroju Mistrzostw Polski. Nie mam przez to żadnego ciśnienia. Nie muszę sobie nic udowadniać, bo jesienią znów wrócę do orki. Nie oszukujmy się, przygotowywaliśmy się do Igrzysk, a kiedy je przełożyli – zapał spadł. Postanowiłem więc zrobić rzeczy, do których mnie zawsze ciągnęło, ale z braku czasu wcześniej nie mogłem sobie na nie pozwolić. Nawiązałem kontakt ze światem esportu. Kanał na Twitchu i organizacja charytatywnego streama bardzo mnie nakręciła.  Zaszczytem było dla mnie zagrać w meczu z pashąBicepsem , którego niesamowicie lubię i szanuję. To piekielnie dobry zawodnik i urodzony żartowniś. Pojedynek z jego udziałem był najfajniejszy meczem w moim życiu.

Odczuwałeś lekką tremę przed startem streama?

Nie ukrywam – byłem podniecony. Ciśnienie nieco podniósł też fakt, że przez cały czas obserwowała mnie kamera. Choć w mediach czuję się swobodnie i mam przepracowane wejścia na żywo, kiedy czerwona lampka pali się przez trzynaście godzin, istnieje ryzyko niespodzianek. Gry to emocje, więc późnym wieczorem wymsknęło mi się kilka niecenzuralnych słów.

Drużyną lekkoatletów rzuciliście wyzwanie piłkarzom, a to musiało zrodzić nerwy….

Byliśmy mocno niedysponowani i na pewno odegramy się w rewanżu!

Czyli jednak – za kolejnymi spotkaniami nie stała tylko zabawa, ale faktyczne emocje związane z rywalizacją. Można je jakkolwiek porównać do napięcia towarzyszącemu startom na stadionie?

Bez wątpienia granie sprawia, że bardziej się denerwuję. Na zawodach bardzo rzadko zdarza mi się mieć do siebie duże pretensje. Mam za sobą trzy trudne sezony. Doświadczenie sprawiło, że przestałem ewentualne porażki brać do siebie. Podczas gry w CS-a niezadowolenie towarzyszy mi jednak nieustannie. Nietrafione strzały irytują, ale pasha zaprosił mnie już do swojej szkółki!

W takim razie chyba musisz odwdzięczyć się zaproszeniem i pokazać Jarkowi świat lekkoatletyki. Widzisz w nim potencjał? Tylko szczerze!

Biceps ma napompowany, a sylwetkę bardzo atletyczną, więc coś byśmy dla niego znaleźli! Dysk, może kula? (śmiech) Tylko niech nogi wzmocni, bo jeszcze ma braki! Plan jest taki – do 15:00 trenujemy na stadionie, a wieczorami wchodzimy na serwer.

Romans świata sportu i esportu od dawna nie był tak naturalny. Nagle okazuje się, że obie dziedziny nie tylko mogą żyć ze sobą w zgodzie, ale świetnie się przy tym uzupełniają.

Chciałem pokazać, że sportowcy mogą rywalizować z esportowcami, świetnie się przy tym bawiąc i przy okazji zbierając pieniądze na cele charytatywne. To szansa, żeby ocieplić stosunki obu środowisk. Pokazujemy, że gry mogą być wartościowe, przekonując do nich sceptyków. Z drugiej strony gracze komputerowi zauważają, że sport też może być rewelacyjnym sposobem na spędzenie wolnego czasu. Każdy w tym zestawieniu wygrywa.

FOT. MICHAL CHWIEDUK / 400mm.pl