Niedzielny gracz: Agnieszka Kobus-Zawojska
POLSKI ESPORT
Wywiady

Niedzielny gracz: Agnieszka Kobus-Zawojska

22.03.2020, 17:50:10

W świecie sportów wodnych jest absolutnym czempionem. Złote medale przywoziła przecież z mistrzostw Europy i świata. Podczas Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro na jej szyi zawisł z kolei brązowy krążek. Z przygotowującą się do startu w Tokio Agnieszką Kobus-Zawojską porozmawialiśmy m.in. o esporcie i grach będących narzędziem w walce ze stresem. – Bez względu na dyscyplinę – za każdym sukcesem stoi masa pracy i wyrzeczeń. Czołowi esportowcy też poświęcili ogrom czasu na to, by przekraczać kolejne granice i spełniać marzenia. Ta różnorodność jest niezwykle ciekawa. Każdy z nas jest inny. Wszyscy musimy odszukać więc dziedzinę, w której możemy zostać mistrzami. Czemu nie miałby być nią właśnie esport?- mówi nam polska wioślarka.

Faktycznie znajdujesz czas na to, by raz na jakiś czas pograć w gry?

Nie są to może wyszukane tytuły, ale faktycznie odpalam gry, żeby się trochę odstresować. Na sportowcach spoczywa duża presja i nawet nie chodzi o to, że wywołują ją ludzie. Nakładamy ją na siebie sami. Zapętlamy się w kole ambicji, chcemy nieustannie być coraz lepsi i czasem po prostu potrzebujemy odskoczni. Dla mnie taką odskocznią są m.in. gry mobilne pokroju Candy Crush.

Interesują cię wyłącznie gry mobilne, czy zdarza się, że włączasz komputer lub konsolę?

Rzadko odpalam komputer, który dzisiaj służy mi raczej do nauki. Korzystam głównie z iPada oraz telefonu. Kiedy jednak byłam młodsza, bardzo lubiłam The Sims. Wracałam wtedy ze szkoły, siadałam przed monitorem i wsiąkałam w ten świat. Nie obyło się oczywiście bez kodów na pieniądze, żeby szybciej wybudować dom! Z koleżankami z kadry śmiejemy się zresztą, że właściwie wszystkie poświęcałyśmy Simsom dużo czasu. Byłam od nich poniekąd uzależniona. Teraz wiem, że niezbędny jest balans. 

Dziś gry stały się więc po prostu rytuałem będącym częścią procesu regeneracyjnego?

Właśnie. Podczas zimowego zgrupowania w Livigno przechodziłam gorszy okres. Stresowałam się i odczuwałam duże napięcie, przez co pojawiły się problemy ze snem. Maria Springwald,  koleżanka z kadry, poleciła mi wtedy ściągnięcie gry na telefon – Merge Dragons. I zadziałało. Kiedy pojawia się bezsenność, odpalam ją i nagle mogę nie myśleć o bożym świecie. W podobnych sytuacjach równie dobrze można sięgnąć po książkę czy film, ale w trudnych chwilach mam kłopoty ze skupieniem. Każdy musi odszukać więc technikę, która najlepiej pomoże mu radzić sobie z nerwami.

Nie jest tak, że jako sportowiec czasem przestajesz ścigać się z przeciwniczkami i rozpoczynasz wyścig z samą sobą? Stres może stać się najgroźniejszym rywalem.

Codziennie nakładam na siebie presję, ale sam wyścig powoduje raczej pozytywny, mobilizujący stres. Płynę w osadzie i wiem, że nie wiosłuję wtedy tylko dla siebie, ale dla całego zespołu. Mam do dziewczyn duże zaufanie, co sprawia, że czuję się pewnie. Bardzo dużo wymagam od siebie jednak w sferach pozasportowych. Najbardziej stresuje mnie pogoń codziennego życia. Skończyłam jedne studia, rozpoczęłam drugie, muszę zrobić to, załatwić tamto, nieustannie przybywa obowiązków, które wiszą nad człowiekiem. Idzie się w tym zatracić. 

Dochodzą do tego wyczerpujące treningi. Jak ważny w życiu atletki tak obciążającej swoje ciało, ale i psychikę jest więc proces regeneracyjny?

Trening fizyczny – nawet jeśli przepracowany sprawnie, rzetelnie i ciężko – traci swoją wartość, jeśli zawodnik odpowiednio się nie odbuduje. Bez regeneracji trudno osiągnąć sukces. Nie chodzi oczywiście o to, żeby wyłącznie odpoczywać. Należy zachować jednak zdrowy rozsądek. Komfort psychiczny również ma ogromne znaczenie. Jeśli głowa nie pracuje odpowiednio, ciało nie będzie posłuszne. Dlatego w czasie kryzysu mentalnego tak ważne były dla mnie proste gry, które pomogły mi zapomnieć o nerwach.

Korzystasz czasem z pomocy specjalistów, żeby uporządkować bałagan w głowie i poukładać sobie pewne klocki?

Jako kadra współpracujemy z psycholog Martyną Nowak, która niejednokrotnie pomogła mi poradzić sobie z pewnymi problemami. Nie wstydzę się tego, bo uważam, że z ogromną presją mierzę się dziś nie tylko jako sportowiec, ale po prostu jako człowiek. Jestem osobą raczej pogodną. Potrafię wstać z łóżka, spojrzeć za okno i stwierdzić, że otaczający mnie świat jest piękny. Mimo to miewam gorsze momenty. W takich chwilach rozmowa ze specjalistą, który ma wiedzę i doświadczenie, jest bezcenna. Co ciekawe – Martyna do walki ze stresem też rekomendowała mi gry.

Nie pytam o to bezpodstawnie. W świecie esportu długo debatowano nad tym, czy do drużyny powinno wprowadzać się psychologów. Część graczy z dużym dystansem podchodzi do tego typu rozwiązań. Lekkoatleci też mają z tym problem?

Jak najbardziej, choć sytuacja dynamicznie się zmienia. To sprawa bardzo indywidualna. Część sportowców potrafi poradzić sobie ze stresem i presją w pojedynkę, inni potrzebują do tego specjalisty. Sama po pomoc zgłaszam się wtedy, gdy jej po prostu potrzebuję. Kiedy jednak na bok odłożymy pracę indywidualną, okazuje się, że warto podziałać drużynowo. Moją  osadętworzą cztery dziewczyny o różnych charakterach, temperamentach i pomysłach. W naszej drużynie bardzo się lubimy, ale nie zawsze tak było. Wtedy praca z psychologiem staje się niezastąpiona.

agnieszka kobus-zawojska3

Osady wioślarskie pod pewnymi względami przypominają zespoły esportowe. To małe grupy, w których trzeba wyważyć odpowiednie proporcje treningu drużynowego i ćwiczeń indywidualnych, dbając przy tym o odpowiednie relacje. Jak ważna na drodze do sukcesu jest więc zespołowa atmosfera?

Można zdobywać medale, niekoniecznie darząc się sympatią. Wspólny cel jednoczy i jest w stanie zdziałać cuda. Nie zmienia to faktu, że osiągane sukcesy są bardziej satysfakcjonujące i wywołują większą radość, gdy w zespole panuje zdrowy klimat. Zdecydowanie łatwiej rywalizować, mając obok siebie dziewczyny, z którymi można stworzyć przyjemną atmosferę. Cieszę się, że aktualnie mogę się tym pochwalić. Powiem więcej – jestem z tego dumna, bo w takim towarzystwie łatwiej przejść nie tylko zawody, ale każdy kolejny trening. Kiedy jedna z nas ma gorszy dzień, trzy kolejne robią wszystko, by jej pomóc.

Kiedy w grupie nie panuje przyjazna atmosfera, na pierwszy plan wychodzą tylko umiejętności indywidualne i zespołowe zgranie. 

W tych aspektach też trzeba odpowiednio rozłożyć akcenty. Podczas zimowego zgrupowań bardzo dużo ćwiczymy indywidualnie. Siadamy na ergometry, patrzymy na licznik, analizujemy swoje wady. Idę biegać – biegam dla siebie. Podnoszę ciężary – nikt mi w tym nie pomaga. Kiedy jednak jesteśmy już na wodzie, kompromisy stają się niezbędne. W łódce zawsze najważniejsza jest drużyna. Nie można dopuścić do tego, żeby jedna zawodniczka popisywała się indywidualnie, bo niekoniecznie idzie to w parze z sukcesem osady. Na lądzie chcemy być najlepsze indywidualnie właśnie po to, żeby na wodzie stworzyć jak najlepszy zespół.

W głowie utkwiły mi słowa Marii Springwald, która otwarcie powiedziała, że czasem „tęskni za normalnym życiem”. Bywały momenty, że na zgrupowaniach spędzałyście trzysta dni w roku. Życie w ciągłych rozjazdach to największa wada zawodowego wioślarstwa?

Często nie doceniamy tego, co mamy. Inni ludzie zazdroszczą nam podróży po całym świecie. My z kolei z pewną tęsknotą patrzymy na osoby, które mogą wstać z łóżka, zrobić sobie śniadanie, wypić kawę i spokojnie spędzać czas. Życie na walizkach jest trudne, ale taka jest cena sukcesu. Jeśli chcemy realizować cele, musimy się w pełni poświęcić się treningom i startom w zawodach. Moment na podium, choć jest przecież tak krótki, rekompensuje zresztą wszelkie trudności.

Wielu zawodowych sportowców czy artystów po zakończonych kariery wpada zresztą w depresję. Często nie potrafią poradzić sobie ze spokojem, którego wcześniej tak im brakowało.

Podejrzewam, że – gdy odwiesimy już wiosła na kołek – będzie brakować nam adrenaliny i tempa, w jakim dziś żyjemy. Czasem zastanawiam się nad tym, jak sama zareaguję na koniec kariery. Choć teraz brakuje mi spokoju, wiem, że jego nadmiar doprowadziłby mnie do szału. Nie ulega wątpliwości, że będę musiała znaleźć sobie wiele zajęć, bo nie usiedzę w jednym miejscu. Ważny stanie się cel – nawet jeśli nie będzie już sportowy.

Jesteś mistrzynią Europy, mistrzynią świata, medalistką olimpijską. Jesteś spełniona?

W Rio zdobyłam brązowy medal. Czas poprawić ten wynik. Jeśli w Japonii uda zdobyć się lepszy medal niż w Brazylii – być może tak powiem.

Co smakuje więc lepiej: złoty medal Mistrzostw Świata czy brąz Igrzysk Olimpijskich?

Medal zdobyty na Igrzyskach – mimo że brązowy – jest dla mnie najważniejszy. W świecie sportu ma zresztą większy prestiż. Dla każdego sportowca to przecież wisienka na torcie kariery. Wszystkie trofea zdobyte podczas mistrzostw świata nie znaczą tyle, co jeden medal przywieziony z Igrzysk. Z mistrzostwami świata wiąże się jednak masa świetnych wspomnień. Usłyszałam Mazurka Dąbrowskiego i nigdy tego nie zapomnę. Czekałam na to całe sportowe życie.

agnieszka kobus-zawojska2

Sytuacja na świecie zmusiła wszystkich do zachowania środków bezpieczeństwa, wobec czego do kolejnych startów – w tym do Igrzysk – trenujesz w domu. Jak odnajdujesz się w tej rzeczywistości?

W nieszczęściu próbujemy szukać pozytywów, bo przecież zwolniliśmy i mamy więcej czasu na to, by spędzić czas z najbliższymi, ale sytuacja na świecie bardzo mnie stresuje. Z każdej strony bombardują nas straszne wieści. Z jednej strony siedzę  w domu, ale z drugiej nie mogę się wyluzować. Całkowicie akceptuję więc zawieszenie i przesuwanie większości wydarzeń sportowych. Igrzyska Olimpijskie w Tokio – choć mam wziąć w nich udział – schodzą teraz na drugi plan. Najważniejsze jest to, by opanować pandemię.

Z racji tego, że nie pojawiły się jeszcze informacje o przeniesieniu Igrzysk, nie możesz jednak odpuścić sobie treningów.

To prawda. Treningi wciąż zajmują mi bardzo dużo czasu. Wszystkie siedzimy w domu, ale zgodnie z rozpiską dwa razy dziennie ćwiczymy. Nie dysponujemy co prawda tak dużymi ciężarami, jak na siłowni, ale najważniejsze jest to, że możemy korzystać z ergometru. Część sportowców nie jest w stanie przeprowadzić odpowiedniego treningu w warunkach domowych, więc jesteśmy w naprawdę dobrej sytuacji.

Jeśli Igrzyska Olimpijskie zostaną przeniesione, będziecie w stanie popisać się taką samą formą, jaką do tej pory wypracowałyście?

Nie widzę w tym najmniejszego problemu. W przypadku przeniesienia każdy będzie przecież w takiej samej sytuacji. Trener musiałby po prostu trochę pogłówkować nad przeorganizowaniem planu treningowego. Jeśli Igrzyska zostaną zorganizowane później, staniemy na wysokości zadania. Dziś najważniejsze jest jednak zdrowie.

Sama wspomniałaś, że dziś nie każdy sportowiec może trenować w normalnych warunkach. Nagle jedyną alternatywą dla kibiców szukających sportowych emocji stał się esport. Zauważyłem, że nie jest to temat, który jest obcy.

Największą styczność z esportem miałam na Śląskim Festiwalu Nauk, podczas którego wraz z mężem śledziliśmy rozgrywki akademickie. Rozmawialiśmy z zawodnikami i doszliśmy do wniosku, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Nasz kolega był zresztą trenerem Jarosława „pashyBicepsa” Jarząbkowskiego, gościa, któremu bardzo blisko do sportu tradycyjnego. W moim pierwszy klubie wioślarskim w jednej grupie trenowałam z kolei z Łukaszem „PRAWUsem” Ganczewskim, który dziś komentuje rozgrywki w Counter-Strike’a. Świat jest naprawdę mały.

To nie jedyna osoba łącząca oba światy, o których rozmawiamy. Wielu sportowców wkroczyło już na esportową scenę. Są jednak tacy, którzy wciąż nie akceptują tego środowiska.

Nie rozumiem ich. Sama mam szacunek do ludzi, którzy są najlepsi w swoich dziedzinach. Bez względu na dyscyplinę – za każdym sukcesem stoi masa pracy i wyrzeczeń. Czołowi esportowcy też poświęcili ogrom czasu na to, by przekraczać kolejne granice i spełniać marzenia. Ta różnorodność jest niezwykle ciekawa. Każdy z nas jest inny. Wszyscy musimy odszukać więc dziedzinę, w której możemy zostać mistrzami. Czemu nie miałby być nią właśnie esport?

Od lat aktywnie debatuje się o słuszności wprowadzenia esportowych dyscyplin na Igrzyska Olimpijskie. Jako olimpijka wyobrażasz sobie, że gracze komputerowi mogliby  na takich samych zasadach walczyć o medale?

Trudno mi powiedzieć. Nasuwa się jednak pytanie, czy zakwalifikowalibyśmy esport jako dyscyplinę letnią czy zimową? Na Igrzyska regularnie wprowadza się szereg nowych sportów. Często dzieje się to w atmosferze kontrowersji. Z esportem, który zbiera wokół siebie zarówno wielu zwolenników, jak i przeciwników, na pewno byłoby podobnie. Niełatwo jest mi postawić się po jednej ze stron. Uważam, że nie ma na to dobrej odpowiedzi. Nie zmienia to faktu, że mniej popularne dyscypliny mogłyby pozazdrościć esportowi licznych kibiców i pod względem komercyjnym – choć kłóciłoby się to z pewną tradycją – mogłoby to być dobre rozwiązanie.

Fot. Monika Łasicka