MICHU: Musiałem zmienić środowisko i odciąć się od graczy Virtus.pro
CS:GO
POLSKI ESPORT
Wywiady

MICHU: Musiałem zmienić środowisko i odciąć się od graczy Virtus.pro

11.01.2020, 11:30:00

Blisko dwa lata temu w jednej z grudziądzkich restauracji w towarzystwie Romana Dvoryankina finalizował transfer do Virtus.pro. Dziś przy tym samym stoliku również rozmawialiśmy o rosyjskiej organizacji. Michał „MICHU” Müller opowiedział nam o problemach byłej już drużyny, porażkach uderzających w ambicje i tym, co ostatecznie skłoniło go do wypłynięcia na międzynarodowe wody. – Co miałem myśleć po kilku czy kilkunastu tragicznych meczach? Zaczynałem więc kolejny trening i walczyłem z samym sobą, by po prostu przeżyć z wszystkimi myślami. Miałem dylemat. Próbować odejść czy może — skoro i tak przegrywamy przez 3/4 roku — dociągnąć to do końca? W międzyczasie staraliśmy się jednak przezwyciężyć ten problem – słyszymy od Müllera.

Siedzimy w jednej z restauracji w Grudziądzu, czyli miasta znajdującego się w czołówce niechlubnego rankingu stopy bezrobocia. Ty jako młody chłopak osiągnąłeś jednak obiektywnie bardzo duży sukces. Patrzysz na siebie jak na gościa, który wymknął się schematom miasta?

Często mówi się o tym, że jeśli młodzi ludzie z Grudziądza chcą się realizować, muszą opuścić miasto – w pogoni za pracą lub studiami. Powinni mieć przy tym duże ambicje związane z edukacją. Sam w młodości nie przyłożyłem dużej wagi do ocen. Radziłem sobie całkiem nieźle, ale miałem inne priorytety – być może przez to, że dostałem komputer i poświęciłem się mu w stu procentach. Moja mama ukończyła kilka kierunków studiów i jest specjalistką w swoim fachu, a jej syn zaczął nagle ignorować szkołę po to, by grać w CS-a. Początkowo taki stan rzeczy nie był łatwy ani dla mnie, ani dla moich rodziców. Szybko okazało się jednak, że za moją pasją idą też namacalne korzyści. Już w wieku siedemnastu lat zarabiałem podobne pieniądze do moich rodziców. Może faktycznie wymknąłem się więc ograniczeniom małego miasta, ale należy pamiętać, że do swojej pracy potrzebuję tylko Internetu i spokoju.

Byłeś przygotowany na sukces, który przyszedł w tak młodym wieku?

Zupełnie się na tym nie skupiłem. Chciałem po prostu grać i dynamicznie się rozwijać. Szybko zauważyłem jednak, że zaczynają otaczać mnie coraz lepsi gracze. Przygodę z CS-em rozpocząłem przecież od gry z kolegami z bloku, ale już podczas pierwszego turnieju LAN-owego poznałem breaka, czyli gracza, który w czasach CS-a 1.6 był członkiem czołowych drużyn z Polski. Wojtek mnie wypatrzył, następnego dnia dodał do znajomych i nagle mogłem grać mecze z najlepszymi zawodnikami w kraju. Ten moment uważam zresztą za największy przeskok w mojej karierze. Jednego dnia grałem z osiedlowymi kumplami, a drugiego dołączyłem do drużyny z najwyższego miejsca w ESL-owe lidze 5on5.

To ciekawe. Dosłownie kilka dni temu o tym, że break miał na niego ogromny wpływ, mówił mi minise.

Nie wiem, co dokładnie ma w sobie ten człowiek, ale był on naprawdę świetnym gościem. Przede wszystkim bardzo wyrozumiałym. Kiedy zaczęliśmy wspólną grę, miałem piętnaście czy szesnaście lat, 130 cm wzrostu i dopiero dwa dni wcześniej przeszedłem mutację. A jednak break traktował mnie jak poważnego zawodnika. To od niego pierwszy raz usłyszałem: „staraj się młody, to pewnego dnia zagrasz z NEO”. Wypatrzył mnie na malutkim, amatorskim turnieju w Golubiu-Dobrzyniu, a ja mam grać z NEO?

Zagrałeś.

Wcześniej o tym nie mówiłem, ale to zabawna anegdota. Kiedy zaczynałem myśleć o karierze esportowca, grałem jeszcze w piłkę nożną. Podczas jednego z obozów treningowych trafiliśmy akurat na noc spadających gwiazd. Ściemniło się, zebraliśmy się z kolegami na dworze i wszyscy z zaczęliśmy spoglądać w niebo. Pamiętam tę chwilę do dziś. Potrafiłbym ci nawet wskazać miejsce, w którym wtedy stałem. Najważniejsze jest jednak to, że doskonale wiem, czego sobie życzyłem. Byłem młodym chłopakiem zafascynowanym CS-em. Wypatrzyłem więc spadającą gwiazdę i pomyślałem: „W przyszłości chcę zagrać w jednej drużynie z NEO”. Udało się.

Rok 2013, turniej Cracow Game Spot. MICHU w barwach Imperium Gamers, które tworzył z Norbiakiem, diamonem, dobee i kubem. Fot. Archiwum prywatne

To, że zaszedłeś dalej od kolegów z bloku, wynikało z większych ambicji czy po prostu chodzi o ten mistyczny talent?

Od samego początku miałem duże ambicje. Od pierwszych dni gry przykładałem się do tego, żeby być najlepszy: najpierw w bloku, potem na osiedlu, a następnie wśród wszystkich, z którymi grałem. Moi znajomi znali CS-a dłużej i miałem sporo do nadrobienia, ale motywowało mnie to jeszcze bardziej. Kiedy nie graliśmy razem, rozwijałem się sam.

I to zaprowadziło cię w końcu do Virtus.pro, do którego byłeś przymierzany od dawna. Kibice szukali w tobie panaceum na kryzys w drużynie. Miałeś wejść do składu, strzelić kilka headów i uratować całą drużynę. Narzucono na ciebie ogromne oczekiwania. Presja cię nie hamowała?

Nie dołączyłem do Virtus.pro, żeby wprowadzać do zespołu nowe rozwiązania, tworzyć taktyki i prowadzić graczy do zwycięstwa. To ja miałem uczyć się od dużo bardziej doświadczonych zawodników. Nie przekazywałem NEO czy Snaxowi wiedzy, jak wygrywać. To oni pozwolili czerpać mi od siebie garściami i wejść na ich poziom.

Wiele osób mówiło o tym, że ogranicza nas marka Virtus.pro, która wywiera na graczach niepotrzebną presję. Reprezentowaliśmy przecież legendarną organizację. Od dołączenia do Virtusów nie miałem z tym jednak żadnego problemu. Nie zgadzałem się z masą wpisów, które w tym próbowały szukać powodów naszych porażek.

Ale tego, żebyś dołączył do Virtusów, kibice domagali się wiele miesięcy przed finalizacją transferu. Jeszcze z TaZem w składzie drużyna wpadła w dołek, a ludzie zaczęli upatrywać w tobie nadchodzącego mesjasza. Nie wierzę, że nie miałeś tego w głowie.

Może coś w tym jest. Dycha powiedział ci, że propozycja z Virtus.pro namieszała mu w głowie. W moim przypadku nie mówiłbym może o takiej skali, ale odbiło to na mnie pewne piętno. Jeszcze przed 2018 rokiem podczas każdego meczu, który grałem, albo oglądałem, myślałem o tym, że dzień otrzymania oferty od rosyjskiej organizacji musi wreszcie nadejść. Nie ukrywam, że czekałem na ten moment, bo zdawałem sobie sprawę, że będę dobrym wyborem. W międzyczasie bardzo wspierali mnie też rodzice. Oglądali wszystkie pojedynki, zapewniając mnie, że propozycja transferu w końcu nadejdzie. Kiedy otrzymałem więc szansę, wiedziałem, że muszę dać z siebie wszystko. Od pierwszego treningu byłem w stałym kontakcie z kubenem. Zadawałem pytania. Co robię źle? Co zrobiłem dobrze? A co mógłbym zmienić?

W drugiej odsłonie Virtus.pro to ty stałeś się tym „doświadczonym” elementem składu. Brakowało ci wspomnianej determinacji i — krótko mówiąc — ambicji w gronie kolegów z drużyny?

Gdybym powiedział, że nie — byłoby to kłamstwo. W pewnym momencie kuben zaczął zadawać nam najzwyczajniej w świecie zadania domowe, żeby jeszcze bardziej angażować całą drużynę do pracy. Mieliśmy uczyć się nowych granatów, oglądać dema i analizować grę zawodników na danych pozycjach, ale z mojej perspektywy nie każdy potraktował to do końca poważnie. Trzeba pamiętać, że nie tylko odpowiednie predyspozycje zaprowadzą esportowca do sukcesu. Dobrym przykładem jest Vegi. Sam chciałbym strzelać i poruszać się tak jak on. To ogromny talent, gracz po prostu wybitny. Ale brakuje mu osoby-drogowskazu, który popchnąłby go do cięższej pracy.

Wszyscy zastanawialiśmy się nad tym, czemu skład, który na papierze wyglądał zabójczo, nie działa. To brzmi jak jeden z powodów.

Brak ambicji to poważny problem polskiej sceny. Mieliśmy dużo rozmów drużynowych czy dyskusji z psychologiem o tym, że wszyscy musimy dawać z siebie sto procent. Tak, żeby w przypadku ewentualnego wyrzucenia z Virtus.pro, nie obarczać się za to winą. Wszyscy byli zgodni. Za słowami nie poszły jednak czyny.

Nie ukrywam, jestem zszokowany. To bardzo poważna sprawa.

Dlatego sam starałem się pracować na pełnych obrotach, by choć trochę odciążyć kubena, który w nasze przygotowanie wkładał dużo pracy. Czasem ludzie pytali się mnie, czy prowadzę grę, bo na moim biurku leżał zeszyt zapisany analizą przeciwników. Przed większością meczów miałem sporo wniosków i starałem się opowiadać zawodnikom, czego oczekiwać od rywali. Dużo z tych wskazówek następnie procentowało, co motywowało mnie do dalszej pracy i analitycznego oglądania kolejnych dem. Przygotowywałem się zarówno na swoją pozycję, jak i na wszystkie inne, bo zdawałem sobie sprawę, że nie każdy będzie w stanie odpowiednio się poświęcić. 

Gdy tego słucham, bardzo niesprawiedliwa wydaje się krytyka, która regularnie spływała na kubena. Jakub obrywał najbardziej z was wszystkich, a okazuje się, że zaangażowania nie można było mu odmówić. Problemem było zupełnie co innego.

Kuben jest bardzo ambitny i zależy mu na wygrywaniu. Udowadniał nam to codziennie. Wiele razy przed nami przemawiał, próbował nas motywować i skłaniać do refleksji. Zależało mu na tym, żebyśmy pracowali nad sobą nie tylko jako gracze, ale i ludzie. Rozmawialiśmy z nim o wszystkim — włączając w to nawet dietę, higienę snu, aktywność fizyczną czy sprawy prywatne. On też wiele nauczył się od psychologa i starał się modernizować metody trenerskie. Jeśli szkoleniowiec pod sobą nie ma jednak osób, które podzielają jego wizję i pragną pracować tak samo ambitnie, trudno mu cokolwiek zarzucić. Kuben stał w rozkroku między graczami, którzy chcą się rozwijać i tymi, którzy ciągnęli resztę do tyłu.

Niektórzy zastanawiali się, co stałoby się z twoją karierą, gdybyś do Virtus.pro nie dołączył. Wiem, że jeszcze rok temu — nawet mimo gorszych wyników — podobnej myśli do siebie nie dopuszczałeś. Twoje zdanie nie zmieniło się po odmłodzeniu składu?

Na dołączenie do Virtus.pro czekałem całą profesjonalną karierę. Kiedy już się udało, nie mogłem się wycofać. Początkowo moje umiejętności językowe nie pozwalały na angaż w międzynarodowym zespole, a — umówmy się — gdy jesteś już członkiem VP, nie myślisz o innych zespołach z kraju. Nie żałuję tego, że wcześniej się nie wycofałem, bo nauczyłem się bardzo wielu rzeczy. Udało mi się zagrać z NEO, pashą, Snaxem, byalim. Ten okres będę wspominać bardzo długo i bardzo dobrze.

Wątpliwości nie pojawiły się, nawet gdy zaczęliście przegrywać przeciwko Polakom?

Jestem wytrwały w tym, co robię. Wspomniane porażki odkładałem na drugi plan. Miałem ich świadomość i nie były mi obojętne, ale wiedziałem, że jesteśmy drużyną, która ma szanse na dobre wyniki. Przegrana z polską ekipą nie była jeszcze powodem tego, żebym pojawiły się wielkie wątpliwości. Wciąż potrafiliśmy wygrywać z najlepszymi drużynami na świecie i wciąż dostawaliśmy zaproszenia na turnieje. Zamiast myśleć o zmianie, wolałem szukać rozwiązań, by naprawić to, co działo się w naszym składzie.

Gdy zaczęliście zmieniać wielu zawodników, obawiałeś się czasami o swoją pozycję?

Roman i kuben zapewniali mnie, że w przypadku zmian zespół będzie budowany wokół młodych graczy. Przez to byłem spokojny. Pokazałem się z dobrej strony jako zawodnik, któremu zależy, dużo pracuje i po prostu dobrze strzela. To było najważniejsze. 

dycha zdradził, że chcieliście wciągnąć go do drużyny. Miał się nie zgodzić, bo chciał wziąć ze sobą rallena.

Faktycznie był pomysł ściągnięcia dychy, ale oficjalna oferta nie padła. To były raczej wstępne pytania. Zespół myślał też o rallenie, ale ja w tych rozmowach nawet nie uczestniczyłem. Do pewnego momentu nie wiedziałem w ogóle, że pojawił się taki plan, bo pewien gracz to właśnie mnie chciał odsunąć wtedy od składu. To tylko moje domysły, ale podejrzewam, że przeszkadzało mu to, że za dużo wymagam. Często mówiłem o tym, co nie podoba mi się w filozofii i grze zespołu. Ale jak mogłem siedzieć cicho, skoro chodziło o dalsze losy mojej kariery? Walczyłem więc o lepsze jutro drużyny, co przez niektórych było odebrane jak walka z poszczególnymi graczami. Większość zawodników nie zaakceptowała jednak tego pomysłu.

W wywiadzie dla HLTV.org wspomniałeś, że duet dycha-rallen mógłby osiągnąć bardzo wiele w innej drużynie. Sam nie myślałeś o tym, żeby zrobić z nimi coś wspólnego w Virtus.pro?

Mieliśmy tak dużo problemów, że właściwie sam nie miałem pojęcia, z kim w ogóle chciałbym grać. To trudne wybory. Dlatego musiałem zmienić środowisko i odciąć się od wszystkich graczy Virtus.pro w jednym momencie. Zmianami próbowaliśmy ratować skład przez cały rok, a nawet dłużej. Sam widziałeś, jakie były tego efekty.

W trakcie „ratowania” składu mieliście dużo innych pomysłów transferowych?

W pewnym momencie głupio było nam już proponować zarządowi zmianę, bo to wiązało się z inwestowaniem kolejnych pieniędzy w drużynę, która jeszcze nie zaczęła osiągać sukcesów. Uwagę zaczęliśmy zwracać więc na niezakontraktowanych graczy. Stąd w pewnym momencie postawiliśmy na morelza, a później dołączył do nas OKOLICIOUZ czy phr. Wyjątkiem był Vegi, którego musieliśmy wykupić. Raz za razem odbijaliśmy się jednak od ściany. Każda kolejna zmiana była chwytaniem się brzytwy.

Gdybyście mieli nieograniczony budżet, kto mógłby odmienić losy Virtus.pro?

Nikt. Nawet jeśli NiKo dołączyłby do nas w swojej szczytowej formie, to nic by nie zdziałał. Robiłby +50 fragów na mapie, ale jeżeli drużyna nie zmieniłaby się od wewnątrz i nie pozbyła się problemów i tak przegrywalibyśmy mecz za meczem.

W rozmowie z HLTV.org wspomniałeś też o różnych poglądach w zespole. Wygląda na to, że był to tylko eufemizm kulejącej atmosfery.

Zdaję sobie sprawę z tego, że ludzie inaczej odbierają to, co dzieje się w zespole. Ja odniosłem wrażenie, że atmosfera była dobra, ale czasem po prostu sztuczna. Każdy wiedział, że nie możemy dopuścić do toksycznych sytuacji i faktycznie udawało nam się tego uniknąć. Momentami lubiliśmy się jednak na siłę. Na koniec dnia wszyscy wiedzieliśmy, że jedni trzymają w sobie frustrację, a drudzy mają niewypowiedziane pretensje do trzecich.

Temat koleżeństwa w esporcie jest problematyczny. Jedni mówią, że dobra atmosfera jest niezbędna, inni wychodzą z założenia, że wspólny cel i chęć osiągnięcia sukcesu nie musi iść w parze z przyjaźnią.

Kiedyś myślałem, że nie trzeba się przyjaźnić, aby osiągnąć sukces, ale z czasem zmieniłem zdanie.

Marzenia się spełniają. MICHU z NEO podczas EPICENTER w Moskwie. Fot. EPICENTER

Dobrze po całym tym okresie było zatrzymać się w Grudziądzu na dłużej i oczyścić głowę?

Zdecydowanie. Przede wszystkim musiałem odpocząć od tego, co działo się w mojej głowie po wszystkich porażkach. A w ostatnim czasie działo się naprawdę sporo i wiązało się z tym dużo stresu. Z wielu stron atakowały nas w dodatku plotki o tym, że Virtus.pro w końcu zrezygnuje z naszej drużyny. Z jednej strony Roman Dvoryankin podczas bootcampu zapewniał nas, że możemy być spokojni bo wstępne rozmowy z inną drużyną, które prowadziała organizacja, to nic wielkiego. Z drugiej strony wiedzieliśmy, że w doniesieniach tkwi ziarno prawdy, a Virtusi muszą w końcu postawić na zespół odnoszący lepsze wyniki. Esport to w końcu biznes. Gdy postanowiłem odejść z zespołu, w końcu mogłem odetchnąć trochę od CS-a, a to z nim kojarzyłem porażki i najtrudniejsze okresy ostatnich miesięcy. Oczyszczenie głowy było mi bardzo potrzebne i Grudziądz, a także wyjazd na Sylwestra, mi w tym pomogły. 

Wygląda na to, że rok 2019 odcisnął wyraźne piętno na psychice polskich graczy. Wielu zawodników z czołówki mówiło o kryzysie, braku satysfakcji i wypaleniu.

Sam czułem się okropnie, a żeby ci to lepiej zobrazować, skorzystam z analogii sportowej. Piłkarz trenuje przez cały tydzień, by następnie zagrać mecz czy dwa. Nawet w przypadku porażek może te gorsze chwile przezwyciężyć. My z kolei uczestniczymy w wielu ligach i codziennie rozgrywamy oficjalne spotkania. Codziennie też przegrywamy.

Co miałem myśleć po kilku czy kilkunastu tragicznych meczach? Zaczynałem więc kolejny trening i walczyłem z samym sobą, by po prostu przeżyć z wszystkimi myślami. Miałem dylemat. Próbować odejść czy może — skoro i tak przegrywamy przez 3/4 roku — dociągnąć to do końca? W międzyczasie staraliśmy się jednak przezwyciężyć ten problem.

Jesteś jednym z niewielu graczy w Polsce otwarcie mówiącym o pozytywnym wpływie pracy z psychologiem.

Być może dlatego, że nasz psycholog był kimś więcej niż tylko psychologiem. Uznaję go za przyjaciela, z którym mogliśmy porozmawiać dosłownie o wszystkim. Jednego dnia śmialiśmy się z głupot, żeby innego dyskutować na tematy, które miały dla nas największe znaczenie. I nie chodzi tu tylko o rzeczy związane z CS-em, ale również z życiem prywatnym. Co najlepsze, po tym, gdy skończył współpracę z Virtus.pro, nadal chciał nam pomagać i przyjeżdżać na bootcampy. Do dzisiaj zresztą dzwoni do mnie, pytając o to, jak się czuję i czy mam jakieś problemy. To jedna z najważniejszych osób, które w życiu poznałem.

Niezadowalające wyniki osiągaliście właściwie przez cały rok. Podejrzewam, że o ewentualnej stracie wsparcia Virtus.pro myślałeś wcześniej niż przed odsunięciem was od gry.

Takich momentów było naprawdę sporo i trudno ulokować je na osi czasu. Ten strach potęgowały kolejne zmiany w składzie. Często wciągaliśmy do drużyny nowych zawodników, powtarzając, że będzie lepiej, a mimo to gra wciąż nam nie wychodziła. Obawialiśmy się, że w końcu organizacja może stracić do nas cierpliwość. Kiedy wyklarowała się więc drużyna z phr-em, wiedzieliśmy, że to nasza ostatnia szansa. Tym bardziej że zbliżał się nam koniec kontraktów. Umowy podpisaliśmy na rok, a w międzyczasie zmieniliśmy TOAO, byali’ego i OKOLICIOUZ-a. Pojawił się Vegi i phr. Każdy ze wspomnianych graczy reprezentował sobą niezły poziom, ale nie szły za tym wyniki. Zarząd Virtus.pro musiał się w końcu wkurzyć.

Bardzo zdziwiłem, czytając twój wywiad z HLTV.org, kiedy napisałeś, że chciałbyś zagrać na Majorze, bo jeszcze tego nie doświadczyłeś. Wyparłeś z głowy FACEIT Majora w Londynie?

To nie były kwalifikacje?

Od ELEAGUE w Bostonie ten etap był już oficjalnie uznawany za Majora.

Faktycznie, teraz wiem, dlaczego mam swoje naklejki (śmiech). W Londynie przegraliśmy trzy mecze z rzędu i ekspresowo odpadliśmy. Chyba dlatego tak szybko zapomniałem o tym turnieju.

Krótko mówiąc — nie był to przyjemny turniej. Które wydarzenie w historii Virtus.pro było jednak najtrudniejsze?

Najbardziej dotknęło mnie chyba odejście byali’ego już w drugiej odsłonie Virtus.pro. Bardzo się z nim zaprzyjaźniłem. Rozstanie nastąpiło w dodatku w dziwnych okolicznościach. Byliśmy na bootcampie, przyjechał do nas psycholog, a Paweł stwierdził, że nie chce z nim współpracować i po prostu spakował walizki. Dzień później musieliśmy szukać zmiennika.

Nie próbowałeś przekonać go, żeby dał szansę nowym rozwiązaniom?

Wszyscy próbowaliśmy. Był to zresztą długi proces, bo Paweł już wcześniej mówił, że nie zamierza współpracować z psychologiem. Nie sądziłem jednak, że efekty będą aż tak daleko idące. Wytłumaczono nam potem, że jeśli zawodnik nie jest gotowy na takie poświęcenia, nie będzie gotowy również na inne.

Zabolało mnie też odejście Snaxa tuż po moim zakontraktowaniu. Dołączyłem do zespołu, żeby się uczyć i to od niego mogłem czerpać najwięcej. Był po prostu najlepszy. W tamtym momencie wszystko zaczęło zmierzać też w dobrą stronę, a nagle straciliśmy najmocniejsze ogniwo składu. Trochę dziwię się Snaxowi, że postanowił wtedy zasilić mousesports, ale rozumiem, że musiał zmienić środowisko. Zawodnikowi tej klasy brakowało pewnie znaczących sukcesów na największych turniejach.

Najbardziej dotkliwe były więc rozstania z zawodnikami, a nie porażki na turniejach.

O turniejach nawet nie będę wspominać, bo tych porażek było zbyt wiele. Przegrana zawsze boli, ale nie do tego stopnia. Najgorsze jest to, że w pewnym czasie idzie się choć trochę do niej przyzwyczaić. Do tego stopnia, że nie zdziwiło mnie nawet siódme miejsce w ESL Mistrzostwach Polski.

To nie była najbardziej bolesna klęska sportowa?

Była nie tylko bolesna, ale po prostu żałosna. Co najlepsze — do meczów w EMP odpowiednio się przygotowywałem. Pamiętam spotkania, które dokładnie rozpisałem i byłem świadomy każdego ruchu przeciwnika, a i tak przegrywaliśmy. Nie dziwię się przez to, że nie awansowaliśmy na finały LAN-owe. Takie błędy są niewybaczalne.

MICHU i byali na DreamHacku Open w Walencji. Fot. DreamHack / Adela Sznajder

Przez cały ten okres wyróżniałeś się jako najskuteczniejszy gracz Virtusów. Było to małą osłodą w morzu goryczy?

Porównałbym to do witaminy C, która ma zwalczyć przeziębienie. Z jednej strony miałem z tyłu głowy to, że statystycznie szło mi dobrze, ale niewielkie było to pocieszenie. Nie da się być w pełni usatysfakcjonowanym z wyników, jeśli przegrywasz dosłownie wszystko.

Masz sobie za złe, że nie zrobiłeś wszystkiego, by uratować polskie Virtus.pro, czy wychodzisz z założenia, że wycisnąłeś z siebie maksimum?

Na pewno nie dałem z siebie wszystkiego. Żałuję wielu rzeczy. Dziś już nie naciskałbym tak na innych zawodników, wytykając im brak zaangażowania. Walczyłem o swoją karierę, ale nie zawsze robiłem to w odpowiedni sposób, co prowokowało kłótnie. Potrząśnięcie graczami jest ważne, ale takimi rzeczami powinien zajmować się tylko kuben. Kuba zresztą to robił. 

W pewnym momencie — po sytuacji z dychą i kilku niepotrzebnych sprzeczkach — zamknąłem się w sobie. Postanowiłem wtedy nie okazywać frustracji i po prostu skupiłem się na swoim rozwoju. Przygotowywałem się do meczów, starałem na treningach, oglądałem dema, analizowałem przeciwników. Mogłem jednak intensywniej pracować indywidualnie. Zawsze można robić więcej i lepiej.

Kiedy obudziłeś się w Los Angeles po cs_summit 5 i z mediów nagle dowiedziałeś się o tym, że Virtus.pro rezygnuje z polskiego składu, pewnie odczułeś ulgę.

Odczułem. Po raz pierwszy o odejściu pomyślałem zresztą podczas bootcampu w Kleszczowie. Natłok przegranych meczów był już tak irracjonalny, że byłem bliski poddania się.  Nie bez powodu jako jedyny zawodnik składu nie przedłużyłem kontraktu. Poczekałem jednak do końca roku, bo z dnia na dzień otrzymaliśmy zaproszenia na dwa turnieje. Głupio byłoby z nich rezygnować.

Z czego wynikało to, że tylko ty nie przedłużyłeś kontraktu?

Między turniejami i porażkami rozmawialiśmy w gronie drużynowym i większość jednym głosem mówiła, że kontynuowanie wspólnej gry nie ma sensu. W międzyczasie i tak spodziewaliśmy się wyrzucenia z organizacji, bo plotki się nasilały. Byłem przekonany, że nikt nie zdecyduje się na podpisanie umowy. Okazało się jednak, że zrobili to wszyscy oprócz mnie. Nikomu nie mam jednak tego za złe, bo każdy postąpił zgodnie ze swoim sumieniem i ambicjami.

W jakim momencie tego całego procesu zacząłeś myśleć o rozwoju kariery międzynarodowej? To duży krok dla gracza, który wcześniej nie próbował sił w zagranicznych drużynach.

To nie był jeden impuls. Zacząłem o tym myśleć, kiedy kryzys polskiej sceny był już tak zaawansowany, że trudno było przewidywać zmianę na lepsze. Wszyscy, którzy interesują się krajowym esportem, widzą, że na naszym podwórku jest naprawdę kiepsko. Jeśli nawet otwarte kwalifikacje stają się rozgrywkami nie do przejścia – pozostanie w kraju nie jest perspektywiczne.

Angielski zacząłem szlifować dwa lata temu. Wcześniej nie przykładałem do tego jednak tak dużej wagi i intensywniej ćwiczyć zacząłem dopiero rok temu. W końcu stwierdziłem, że zyskałem już na tyle dużą pewność siebie, jeśli chodzi o język, że trzeba opuścić polską scenę. Nadal mam oczywiście obawy, bo to dla mnie coś nowego, ale musiałem wyjść ze strefy komfortu. Chciałbym też zaznaczyć, że nie jest to pogoń za pieniędzmi. To po prostu kolejny sprawdzian i nowy kierunek w karierze.

Oferty zaczęły już spływać?

Mam agencję, która dba o moje interesy i robi to bardzo profesjonalnie — w sposób inspirowany niejako tym, co dzieje się w świecie piłki nożnej. Oferty rozpatrywane są przez menadżerów. Ci nie siedzą zresztą z założonymi rękami i dodatkowo sami starają się znaleźć dla mnie miejsce. W początkowych etapach negocjacji w ogóle nie biorę jednak udziału. Informacje o możliwościach dostaję dopiero wtedy, gdy transfer będzie faktycznie możliwy. Dzięki temu mam spokojną głowę. Nie zaprzątają jej sprawy, które i tak mogłyby nie dojść do skutku.

To, że kilku graczy z Polski podjęło podobną decyzję, było dla ciebie dodatkową motywacją?

NEEX wyróżniał się w Izako Boars i jest naprawdę dobrym graczem, dzięki czemu został dostrzeżony przez SMASH. Nie chciałbym mu teraz ujmować, ale ja grałem na wyższym poziomie. Jeśli więc zawodnicy, którzy na co dzień nie występowali na większych turniejach, otrzymali szansę od europejskich zespołów, wiem, że dzięki swoim umiejętnościom i doświadczeniu jestem dobrym kandydatem do naprawdę dobrego składu. Trochę mnie to więc zmotywowało. Cieszę się zresztą, że NEEX i dycha zaryzykowali, bo na pewno mieli wiele obaw. Obaj zdali sobie sprawę, że gra w Europie ma dziś większy sens.

Ty też na pewno się stresujesz.

To wynika z mojej osobowości. Wszystko zawsze dokładnie analizuję i przed podjęciem decyzji wiele razy myślę o ewentualnych konsekwencjach. Ale bezczynne czekanie wiązałoby się ze zbyt dużym ryzykiem, a w dodatku chcę spróbować czegoś nowego. Dlatego właśnie próbuję otrząsnąć się po przerwie świątecznej i przypomnieć sobie, jak się strzela, by zacząć pokazywać się w FPL-u.

FPL jest konieczny, czy to, co zaprezentowałeś w ciągu ostatnich lat, jest odpowiednim argumentem, byś dostał satysfakcjonującą ofertę?

Po udzielonych wywiadach i napisanych oświadczeniach wszyscy, którzy są mną zainteresowani lub mogą być w przyszłości, uświadomili sobie, że jestem otwarty na negocjacje. Wydaje mi się, że dotychczasowe osiągnięcia są wystarczające, ale nie mogę spoczywać na laurach. FPL znacznie pomoże mi zaadaptować się do gry w języku angielskim. Poznam też więcej ludzi z międzynarodowej sceny, z którymi wcześniej nie budowałem relacji. Czas najwyższy poszerzyć swoją książkę kontaktów.

Marzeniem każdego gościa grającego w CS-a przez ponad dekadę było najpierw dołączenie do Złotej Piątki, a następnie gra w Virtus.pro. Tobie udało się to jako jednemu z pierwszych. Jeśli teraz wyszedłbyś z restauracji i zobaczył na niebie spadającą gwiazdę, o jakim życzeniu byś pomyślał?

Zawsze marzyła mi się gra na dużych zawodach przed wielką publicznością. Oczywiście, na kilku sporych turniejach już wystąpiłem, ale nigdy nie osiągnęliśmy sukcesu w rozgrywkach obstawionych przez najlepsze zespoły świata – ważniejszych niż V4 Future Sports Festival czy Asia Championship. Spełnieniem marzeń byłaby gra w Spodku przed polskimi kibicami. Chciałbym poczuć te emocje, bo do tej pory oglądałem je wyłącznie na ekranie monitora. Na szczęście wiem, że jestem w stanie to osiągnąć. W TOP 30 światowego rankingu bywałem regularnie. Czas wskoczyć na wyższe miejsca notowania. Chciałbym znaleźć więc ambitną drużynę, z którą będziemy w stanie to osiągnąć.

Fot. DreamHack / Alex Maxwell

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze