lunAtic: Nie chcemy być ciągle uważani za zespół, który tylko goni konkurencję

lunAtic: Nie chcemy być ciągle uważani za zespół, który tylko goni konkurencję

09.12.2020, 20:05:25

Za nami bardzo dołujący czas, z którego wyciągnęliśmy jednak odpowiednie wnioski. To dzięki bolesnym porażkom zaczęliśmy pracować nad stroną mentalną, szukając rozwiązań w różnych miejscach. Nawet w chwilach załamania każdy z nas wierzył w rozwój i przerwanie złej passy. Jak widać – nadal jesteśmy razem, więc wszystko skończyło się dobrze – mówi nam Dawid „lunAtic” Cieślak po zwycięstwie Actiny PACT w Polskiej Lidze Esportowej.

Ludzie mówią, że walka o mistrzostwo Polskiej Ligi Esportowej była najlepszym finałem w historii krajowej sceny. Co ty na to?

Opinie na temat meczu, w którym brałeś udział, bardzo podbudowują. To niezwykle miłe. Sam uważam zresztą, że spotkanie było naprawdę ekscytujące. Czerpaliśmy z niego wiele przyjemności. Często zdarza się, że w trudnych momentach pojedynku zespoły wpadają w dołki psychiczne. Następuje mentalne podłamanie. Tym razem było zupełnie inaczej. Do każdej rundy podchodziliśmy tak samo. Ogromna chęć zwycięstwa sprawiła, że dostarczyliśmy kibicom masę emocji.

Pamiętasz tak zaciekły, wyrównany i – chyba możemy powiedzieć to otwarcie – męczący mecz w twojej karierze?

Kiedy wertuję pamięć, na myśl przychodzą mi mecze przeciwko Teamowi Kinguin. Szczególnie zapamiętałem spotkanie podczas Games Clash Masters w 2018 roku. Scenariusz był podobny – powroty, dogrywki, takie same mapy. Wówczas nie udało się jednak dopełnić comebacku. Tym razem walczyliśmy ponadto w finale turnieju, więc ranga pojedynku wzrosła. Musieliśmy udowodnić, że jesteśmy mocni.

Mam wrażenie, że w pewnym momencie finał PLE zmienił się w typową grę błędów. W walkę na wykończenie, jazdę bez trzymanki.

O dziwo w dogrywkach na trzeciej mapie prowadziło mi się zdecydowanie lepiej niż w regulaminowym czasie gry. Wcześniej skupiałem się głównie na analizie przeciwnika, która momentami zawodziła. Pod koniec otworzyłem się na bardziej kreatywne rozwiązania. Zmiana podejścia była przełomem.

Faktycznie, mimo wszystko nawet pod koniec Traina wyciągaliście z rękawa pewne asy. W trakcie spotkania zastanawiałem się, czy widzimy przygotowane wcześniej zagrania, czy jednak improwizację na całego.

Sporo było w tym spontaniczności. Mecz przedłużał się do tego stopnia, że zdążyliśmy zauważyć pewne zależności. Dzięki temu byliśmy w stanie przewidzieć reakcję rywali na część z naszych zagrywek. Starałem się więc odpowiednio podrasować to, co przygotowaliśmy przed turniejem. Najlepiej czuję się zresztą wtedy, gdy to w środku rundy mogę pomieszać, w niestandardowy sposób poruszając pionki na CS-owej szachownicy. 

Co z perspektywy prowadzącego sprawiło wam największe problemy podczas rywalizacji z Illuminar Gaming?

Najbardziej zaskakuje nas zawsze agresja i kreatywne podejście Snaxa, który potrafi zepsuć nawet dobrze przemyślaną strategię. Zdarza się, że jego niestandardowe zagrania burzą nam skrzętnie przygotowany plan na rundę – szczególnie, gdy jesteśmy w ataku. Najbardziej w pamięci zapadł mi Nuke. Akcje Janusza na dworze i jego ofensywne dojazdy na kwadrat nie raz i nie dwa zniweczyły nasze plany. 

Nim doszło do dogrywek na Nuke’u i Trainie, dwukrotnie musieliście nadrabiać straty od wyniku 4:11. Kiedy przechodziliście do obrony, mieliście świadomość, że mały margines błędu was nie ogranicza?

Ten mecz był wyjątkowy, bo pokazaliśmy wielką siłę ducha. Miałem wrażenie, że po zmianie stron tablica wyników wskazuje 0:0. Krok po kroku realizowaliśmy po prostu swoje założenia, nie zwracając uwagi na to, że jesteśmy zespołem powracającym. W pistoletówkach powtarzaliśmy sobie po prostu: „Wiemy, jak grają. Wykorzystajmy to. Mamy plan”. Okazało się, że ten był wystarczająco skuteczny.

Jak czuliście się po stracie Nuke’a, mając świadomość, że przeszliście tak długą drogę, by doprowadzić do wyrównania?

Dość długie przerwy między mapami działały na naszą korzyść. Dysponujemy narzędziami, dzięki którym potrafimy się odpowiednio uspokoić, a wręcz zresetować. Traina rozpoczęliśmy więc na pełnym skupieniu. Bez żalu, pretensji do kogokolwiek, niepokoju. 

Przez dużą część meczu obie drużyny balansowały na granicy zwycięstwa i porażki. Sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie. Chyba największy niepokój zauważyłem na waszych twarzach po clutchu mouza na Trainie.

Sposób, w który przegraliśmy wspomnianą rundę, był dość… niespotykany. Pamiętam, że obserwowałem wtedy Goofy’ego, który skakał na Gnieździe, nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. Mouzowi udało się wyeliminować Krzyśka przez ścianę, a po chwili wygrał pojedynek z Sobolem, mając w rękach tylko USP. Biorąc pod uwagę, że zdobycie punktu gwarantowało nam wygraną – był to dla nas spory cios.

Jeśli mam być szczery – nie sądziłem, że po tak znaczącym błędzie, jeszcze powrócicie. Byłem niemal przekonany, że kolejna dogrywka wpadnie na konto iHG.

W głowie pojawiły się flashbacki z przeszłości. Zdarzało się przecież, że po takich właśnie stratach załamywaliśmy ręce i faktycznie godziliśmy się z porażką. Finał PLE jest więc dla nas ważnym przełomem. Do końca wierzyliśmy w zwycięstwo. Nie poddawaliśmy się nawet w tragicznych wdawać by się mogło momentach. Pokazaliśmy ducha walki, ogarnęliśmy się na czas i zwyciężyliśmy.

Co poczuliście w chwili ostatecznego triumfu? Z jednej strony mogła być to ogromna euforia, z drugiej – ulga, że tak wyczerpujący mecz wreszcie się skończył.

Zdarzają się spotkania, po których zakończeniu faktycznie spada nam kamień z serca i cieszymy się, że mimo błędów udało się wygrać. W tym przypadku było jednak inaczej. Każdy z nas czuł czystą, niezmąconą niczym radość. Przed dwie czy trzy godziny po finale wspominaliśmy zresztą śmieszne sytuacje i charakterystyczne rundy. Od dawna nie byliśmy z siebie tak zadowoleni.

Jako Actina PACT długo czekaliście na podobny impuls. Przełamanie.

W 2020 roku nie wykorzystaliśmy wielu szans. Teraz udało się to zrobić w jednej z dwóch najważniejszych lig w Polsce. Dostaliśmy dowód tego, że ciężka praca przynosi efekty. Moim zdaniem największym problemem drużyny nie było nigdy przygotowanie do gry. Za piętę achillesową PACT-u zawsze uważałem stronę mentalną, więc wygrana z iHG po tak niejednoznacznym meczu przynosi jeszcze większą satysfakcję.

To, że pokonaliście przy tym ESL Mistrzów Polski i zespół, który jest ostatnio kreowany na krajowy towar eksportowy, podnosi rangę sukcesu?

W pewnym sensie tak, bo w ESL Mistrzostwach Polski daliśmy ciała. Zdawaliśmy sobie jednak sprawę z tego, co wówczas zawiodło. Zaczęliśmy pracować więc nad tym, żeby wyciągnąć odpowiednie wnioski, poprawić błędy i maksymalnie przygotować się do kolejnego sprawdzianu. Pomogło.

O Actinie PACT od lat mówimy jak o zespole, który ma papiery na zwojowanie sceny, ale ostatecznie znikacie w tłumie innych zespołów. Nie irytuje cię to?

W Polsce faktycznie jesteśmy pomijani w rozmowach o czołówce. Przeważnie dyskutuje się o Illuminar Gaming i Wiśle All in! Games Kraków, wspomina się AVEZ Esport, a za czasów mhL-a wskazywało też x-kom AGO. PACT często ląduje poza najlepszą czwórką. Nie ukrywam, że chcielibyśmy utrzymać się w lepszej części zestawienia. Nie chcemy być ciągle klasyfikowani jako zespół, który tylko goni konkurencję. Wygrana PLE może być dobrym początkiem zmiany.

Dużym symbolem jest dla was fakt, że jako pierwsza organizacja w historii obroniliście mistrzowski tytuł PLE? 

Polska Liga Esportowa to dla nas istotne rozgrywki i trudno się z tego nie cieszyć. Tajemnicą nie jest jednak, że ESL Mistrzostwa Polski są bardziej symbolicznymi zmaganiami niż PLE. EMP przez lata zdążyło zebrać dużo większy kredyt zaufania wśród graczy, ale też opinii publicznej. Historycznie to właśnie trofeum przywiezione z mistrzostw Polski ma największe znaczenie. To z nim w gablocie zespół może nazwać się najlepszym w kraju.

Trudno się nie zgodzić. Mimo wszystko tym razem PLE było zdecydowanie lepiej obsadzone niż w zeszłym roku. Cieszyliście się zapewne bardziej niż po triumfie w Rzeszowie.

Lista uczestników miała duże znaczenie. Pod uwagę trzeba wziąć też poziom przygotowania organizacyjnego, całą otoczkę i wszystkie aspekty – zarówno wprowadzone, jak i poprawione w tym sezonie. Poziom jest zdecydowanie wyższy niż podczas poprzednich edycji. Podejrzewam, że dzięki temu rywalizacja najważniejszych rozgrywek w kraju może się teraz zaostrzyć. W przyszłości PLE ma szansę zgarnąć od EMP miano najważniejszego turnieju w Polsce. Poprzeczka została zawieszona naprawdę wysoko.

Duża ulgą jest to, że wreszcie stanęliście na szczycie rozgrywek? Podejrzewam, że triumfy w Esport Tour PRO i Esports RDY Cup były tylko namiastką waszych celów.

Po transferze minise’a wskoczyliśmy na wysokie obroty, zaostrzyliśmy sobie apetyty, a następnie uderzyliśmy w ścianę. Ostatni rok był bolesną sinusoidą. Po osiąganiu ciekawych wyników i zbliżaniu się do przełomów spadaliśmy naprawdę nisko. A w dołkach graliśmy średnio, a wręcz słabo. To nie były przyjemne czasy. Do dziś żałuję niewykorzystanych szans w kwalifikacjach do cs_summit i Intel Extreme Masters New York. Gdyby wtedy się udało, rozmawialibyśmy dziś na zupełnie inne tematy.

W felietonie próbowałem wyobrazić sobie, co musieliście czuć przez ostatni rok. Doszedłem do wniosku, że nawet wam musiało znudzić się ciągłe ocieranie o szczyt.

Za nami bardzo dołujący czas, z którego wyciągnęliśmy jednak odpowiednie wnioski. Po dwóch nieudanych próbach awansu na międzynarodowe rozgrywki zdaliśmy sobie sprawę z tego, że problemem nie jest tylko CS. To dzięki bolesnym porażkom zaczęliśmy pracować nad stroną mentalną, szukając rozwiązań w różnych miejscach. Nawet w chwilach załamania każdy z nas wierzył w rozwój i przerwanie złej passy. Jak widać – nadal jesteśmy razem, więc wszystko skończyło się dobrze.

Nie martwi was to, że po zakończeniu Nine to Five przyjdzie przerwa świąteczna i na kolejne wyzwania możecie czekać nawet kilka tygodni?

W przerwie między sezonami będę tęsknić za oficjalnymi meczami. Kiedy wygrywasz, masz ochotę na więcej. Zbyt długi urlop może uderzyć w dobre samopoczucie drużyny. Najpierw powinniśmy jednak zrealizować cele zaplanowane do końca roku, czyli Nine to Five. Chcemy wygrać. O tym, jak będzie wyglądała przyszłość, dowiemy się w przyszłym roku. 

Cieszę się, że nie szalejesz z zapewnieniami o podboju Europy. To byłby niepoprawny hurraoptymizm.

Oj tak, zdecydowanie. Powinniśmy najpierw zadbać o stabilność składu i przede wszystkim nie kończyć sezonu ESEA Mountain Dew League z bilansem 7-10. Wygranie PLE jest po prostu smaczkiem i dowodem na obecność w polskiej czołówce. Zdajemy sobie jednak sprawę z naszych słabości na scenie europejskiej. Musimy iść do przodu krok po kroku, mierząc siły na zamiary.

Fot. Actina PACT
Tagi:
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze