Koperska: Połowę życia zawodowego poświęcam dziś psychologii esportowej
KOBIETY W ESPORCIE
POLSKI ESPORT
Wywiady

Koperska: Połowę życia zawodowego poświęcam dziś psychologii esportowej

04.09.2019, 19:52:00

Przygodę z esportem rozpoczęła w 2017 roku w Teamie Kinguin. Dziś, m.in. w barwach devils.one, czuwa nad profesjonalnymi graczami jako jeden z najbardziej aktywnych specjalistów w polskiej branży. – Najbardziej podekscytował mnie fakt, że gdy zaczynałam przygodę esporcie, był on właściwie niezbadany. Pojawiła się więc myśl, że mogę być jedną z pierwszych osób, która dołoży cegiełkę do rozwoju esportowej psychologii – mówiła nam Natalia Koperska, psycholog sportowy i trener rozwoju osobistego.

Podejrzewam, że jeszcze kilka lat temu, gdy pracowałaś głównie ze sportowcami czy ludźmi biznesu, pewnie nawet przez myśl nie przeszło ci to, że nagle zaczniesz obracać się w środowisku graczy komputerowych.

To fakt, moja esportowa przygoda rozpoczęła się znienacka. Wcześniej wiedziałam oczywiście, że gdzieś na świecie odbywają się turnieje, w których uczestniczą gracze, ale nie sądziłam, że środowisko jest na tyle profesjonalne, by ktoś w ogóle psychologów potrzebował. Wyobrażałam sobie esport jako dziedzinę tworzoną głównie przez amatorów.

Kiedy na dobrą sprawę dowiedziałaś się więc, że branża jest na tyle rozwinięta, by móc się w niej realizować?

Na wstępie muszę zaznaczyć, że to nie ja wpadłam na branżę, tylko branża trafiła na mnie. Pewnego dnia w 2017 roku zadzwonił do mnie menadżer Teamu Kinguin, zapraszając na spotkanie. Z racji tego, że pracuję z przeróżnymi ludźmi: od sportowców, przez tancerzy baletowych i aktorów, na biznesmenach nie kończąc, nie miałam problemu, by poznać kolejną dziedzinę. Jestem otwarta na pracę z ludźmi, którzy muszą wspinać się na szczyt swoich umiejętności w sytuacji presji – bez względu na ich obszar działania.

Z ciekawości pojechałam więc do siedziby zespołu na niezobowiązujące spotkanie i przedstawiłam swoje pomysły. Bardzo spodobało mi się wtedy podejście Adriana „hatchy’ego” Widery, który pozwolił mi w autorski sposób podejść do pracy z jego podopiecznymi. Miałam wykorzystać doświadczenie zdobyte na zajęciach ze sportowcami tradycyjnymi, by następnie weryfikować to, co się sprawdza, a co niekoniecznie działa w esporcie. Wkręciłam się bardzo szybko i już po powrocie do domu zrobiłam przegląd esportowy. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele dobrze rozwiniętych drużyn i organizacji funkcjonuje, a esport nie jest przysłowiowym „graniem w piwnicy”.

Team Kinguin był wówczas największą, najprężniej rozwijającą się organizacją w Polsce. Struktura drużyny zrobiła wówczas na tobie wrażenie?

Być może dzięki temu, że byłam spoza branży, na spotkanie pojechałam bez oczekiwań. Wcześniej pracowałam już z Komitetem Olimpijskim czy klubami piłkarskimi. Umówmy się, nazwa „Team Kinguin” nie robiła na mnie wrażenia, bo nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego, czym jest cały twór. Choć w środowisku esportowym był uważany za coś dużego, ja po prost miałam okazję pracować z większymi.

Mimo wszystko popisałaś się bardzo dużą otwartością. Wydaje mi się – być może błędnie – że wielu psychologów mogłoby propozycję pracy w środowisku esportowym najzwyczajniej w świecie zlekceważyć.

W swojej karierze pracowałam z najróżniejszymi ludźmi i nie byli to tylko sportowcy. Ostatnio miałam okazję pomagać m.in. menadżerowi dużego banku, który ze względu na pokaźną liczbę wystąpień publicznych chciał pracować jak atleci. Nie zamykam się więc na żadne obszary, a w dodatku bardzo lubię uczyć się nowych rzeczy. Kiedy zresztą stawiam pierwsze kroki w nowym środowisku, muszę je dobrze poznać. Sprawia mi to dużo radości. Nie inaczej było w przypadku esportu.

Początki w Teamie Kinguin musiały być jednak niełatwe. W 2017 roku zawodnicy – szczególnie ci w Polsce – podchodzili nieufnie do pracy z psychologiem.

Miałam olbrzymie szczęście, że trafiłam akurat do hatchy’ego. Adrian w pełni rozumiał to, że jestem spoza branży, ucząc mnie League of Legends. Nawiązaliśmy bardzo partnerską relację. Ja przekazywałam im wiedzę z zakresu psychologii osiągnięć, a zawodnicy i cały sztab bardzo aktywnie tłumaczyli mi, co dzieje się na Summoner’s Rift. Dzięki temu nie czułam się rzucona na głęboką wodę.

Nie spotkałam się z żadną nieufnością. Być może jednym z powodów jest to, że pracuję głównie z trenerem. To on jest najbliżej graczy. To mu przekazuję większość podpowiedzi mających zmotywować danego zawodnika, a innego uspokoić. A hatchy jest bardzo otwartym człowiekiem, z którym potrafię na temat pracy rozmawiać godzinami. To często problem w sportach tradycyjnych, gdy szkoleniowiec dzwoni do mnie z problemem. Nagle pojawiam się na miejscu i okazuje się, że spotkanie mam wyłącznie z zawodnikami, bo trener nie jest zupełnie zainteresowany tym, co się dzieje.

To interesujące. Wielu uważa, że współpraca psychologa z drużynami esportowymi opiera się głównie na kontakcie z graczami.

Z zawodnikami również mam oczywiście zajęcia, podczas których pracuję nad aspektami indywidualnymi. Dużą częścią mojej pracy faktycznie jest jednak przekazywanie wskazówek trenerowi. To on jest pierwszą osobą w drużynie. To on ma wyjść na scenę, by zmotywować graczy tuż przed najważniejszą mapą meczu. To on ma największe zaufanie w zespole i jest na wszystkich treningach. To on w końcu ma największą wiedzę na temat samej gry. Nie wyobrażam sobie pracy z samymi zawodnikami.

Na czym jednak polegają ćwiczenia z graczami? Zdążyłem już zauważyć, że wybiegają one poza stereotypowo postrzegane spotkania na kozetce.

Zaczynamy od spotkań grupowych, podczas których wprowadzam szereg ćwiczeń – na pierwszy rzut oka nieco śmiesznych. No bo przecież zawodnicy budują wieże z klocków czy rzucają piłkami. Robię to po to, by wyciągnąć ich z sytuacji treningowej, by nic nie odciągnęło ich uwagi od aspektów psychologicznych. Dużą wagę przykładamy wtedy do komunikacji – tak, by ją maksymalnie usprawnić, a następnie przenieść już do gry. Nie brakuje również spotkań indywidualnych, podczas których pracujemy nad wzmacnianiem mocnych stron graczy i na budowaniu rutyny przedmeczowej. Wyszukujemy też problemy, które moglibyśmy wyeliminować. Na koniec dnia spotykam się natomiast z trenerem i – zachowując oczywiście tajemnicę zawodową – zbieram wszystkie wnioski do kupy i określam kierunek, w który moim zdaniem należałoby pójść.

Ucząc się League of Legends, przebywając z zawodnikami, rozmawiając na temat gry i oglądając mecze, masz czasem ochotę spróbować swoich sił na Summone’s Rift?

Założyłam konto i raz na jakiś czas odpalam grę. Mąż śmieje się ze mnie, że po tylu godzinach analizy wystarczy popracować trochę nad umiejętnościami mechanicznymi i będę osiągać pierwsze sukcesy! Dobrze czuję się na dolnej linii jako support. Lubię grać też Miss Fortune.

Pytam o to, bo obserwując cię w mediach społecznościowych, odniosłem wrażenie, że bardzo wsiąkłaś w to środowisko i czerpiesz z niego ogromną radość. 

Bez wątpienia ułatwiło mi to podejście trenera i zawodników. W sporcie tradycyjnym często współpraca z psychologiem jest ukrywana. Sama nie mogę się z nią obnosić, bo obowiązuje mnie tajemnica. Już w Teamie Kinguin hatchy i gracze byli jednak zadowoleni z mojej pracy, zabrali mnie na pierwsze ESL Mistrzostwa Polski, ubrali w koszulkę klubową i powiedzieli, żebym wręcz chwaliła się, co robię. Chcieli, żeby było o tym głośno. 

Siłą rzeczy z dnia na dzień czułam się w esporcie coraz bardziej komfortowo. Satysfakcję czerpię również z samego oglądania gier. Najchętniej oglądam właśnie League of Legends, bo mecze odpalam nawet wtedy, gdy devils.one nie akurat nie odbywa oficjalnych meczów. Worldsy, MSI czy LEC  – śledzę to z dużą przyjemnością, bo rozumiem coraz więcej aspektów związanych z grą. 

Dzięki temu, że mogłaś pochwalić się esportową współpracą, zgłosiło się do ciebie więcej esportowców?

Dzięki wspomnianej otwartości trafiło do mnie wielu innych graczy, którzy indywidualnie chcieli popracować nad sferą mentalną. Pracuję też z młodymi i aspirującymi trenerami, którzy chcą się rozwijać. Bardzo mnie to cieszy, bo mam wrażenie, że kształtuję kolejne pokolenia graczy. Z innymi drużynami LOL-a czy Fortnite’a natomiast nie działam, bo to zrodziłoby konflikt interesów. Mam jednak możliwość współpracy z dywizjami, których w szeregach devils.one nie widzimy.

Przychodząc do siedziby devils.one, wkraczasz do drugiego domu, czy jednak starasz się uważać na granicę między pracą a życiem prywatnym?

W Esports Performance Center czuję się bardzo dobrze. Zdarza się zresztą, że wpadam do siedziby w wolny dzień, bo akurat nasi grają mecz i chciałabym im pokibicować spoza domu. W devils.one rozumiemy się dobrze, a w dodatku bardzo się lubimy, czego najlepszym dowodem jest to, że trzon trenerski trzyma się razem nieustannie od czasów Teamu Kinguin. Wspólne świętowanie urodzin graczy czy trenerów nie jest u nas niczym nadzwyczajnym. To wyjątkowa cecha esportu. Branża nie jest jeszcze na tyle rozwinięta i skupiona wokół pieniędzy, dzięki czemu wciąż tworzą ją pasjonaci. W związku z tym łatwiej znaleźć z obecnymi w niej ludźmi wspólny język.

Czujesz się jednym z architektów sukcesu devils.one?

To trudne pytanie. Nie nazwałabym się architektem. Być może budowniczym, który dokłada swoją cegiełkę w trudnych momentach. Stoję w drugim rzędzie, pracuję nieco w cieniu. Nie zmienia to faktu, że sama mogę poklepać się po plecach, jeżeli słyszę, że zawodnicy po skończonej mapie nie załamują się i podchodzą do kolejnych wyzwań z czystą głową. Podsłuchuję ich też w trakcie spotkań i gdy jeden z graczy sam uspokaja swoich kolegów, zwracając np. uwagę na oddech – wiem, że dobrze wykonałam swoją robotę. To momenty, dzięki którym nie muszę wchodzić na scenę i odbierać pucharów. Tak samo jak w sporcie tradycyjnym – na sukcesy składa się wiele elementów, ale główne zasługi powinny spływać na graczy. Koniec końców to ich wysiłek.

Mistrzostwo Ultraligi musi być jednak najprzyjemniejszym esportowym doświadczeniem w dotychczasowej karierze.

Czerpię duża przyjemność z obserwowania rozwoju graczy, z którymi pracuję – bez znaczenia na okoliczności. Finał Ultraligi był jednak bardzo szczególny, masz rację. Chłopaki pokazali, że wszystko, co robimy, najzwyczajniej w świecie działa. I to niezależnie od tego, czy ktoś się z filozofii devils.one śmieje. Gracze ponadto w trudnym momencie, bo tak trzeba nazwać chorobę Matisława, popisali się ogromną dojrzałością. 

Brak Matisława musiał być wyzwaniem również dla ciebie. Nagle pojawiła się sytuacja kryzysowa i trzeba było jej jakoś zaradzić.

Pojawiła się odrobina stresu, ale też wiara w to, że chłopaki dadzą sobie radę. Pracujemy ze sobą od stycznia i wiem, ile każdy z nich włożył wysiłku w rozwój mentalny – w komunikację, budowanie pewności siebie, radzenie sobie ze stresem. A o umiejętności mechaniczne byłam spokojna – one nie uciekają od tak. Zdałam sobie zresztą sprawę, że brak Matisława i wejście do gry zawodników rezerwowych może pomóc drużynie, bo ta będzie musiała zrezygnować z wypracowanych już skrótów myślowych i raz jeszcze maksymalnie skupić się na tym, nad czym pracowała od początku roku.

Dla samego gracza, który przez cały sezon pracuje na sukces, opuszczenie wielkiego finału musi być ogromnym dramatem.

Kontuzje i choroby są dla zawodników bardzo trudnym tematem – szczególnie w momencie wieńczenia sezonu. Dużą dojrzałością jest ustalenie priorytetów, bo pamiętajmy, że to zdrowie zawsze powinno być najważniejsze. Łatwo jest zignorować kontuzję, wyjść ze złamaną stopą na boisko i przedawkowując leki przeciwbólowe, dotrwać do końca. Skutki mogą być jednak opłakane i ciągnąć się latami. Nawet jeśli przez chwilę w mediach tworzy się z podobnych graczy superbohaterów, to po latach może okazać się, że stopa nadal będzie ich boleć. Zawodnik jest przede wszystkim człowiekiem, a psycholog momentami jest potrzebny właśnie po to, żeby mu o tym przypomnieć

Co najbardziej zaskoczyło cię po tych trzech latach spędzonych w branży esportowej?

Najbardziej podekscytował mnie fakt, że gdy zaczynałam przygodę w tym segmencie, był on właściwie niezbadany. Kiedy przygotowywałam się do pracy, zauważyłam na świecie zaledwie kilka nazwisk psychologów esportowych. Publikacji naukowych było jak na lekarstwo, a te, które wychodziły na światło dzienne, dotyczyły głównie uzależnienia od gier. Pojawiła się więc myśl, że mogę być jedną z pierwszych osób, która dołoży cegiełkę do rozwoju esportowej psychologii. To bardzo motywujące. Bycie jedną z pionierek jest fascynujące.

Brak publikacji naukowych nie utrudnił ci jednak zadania?

Psychika ludzka działa podobnie bez względu na to, czym dany człowiek się zajmuje. Sama wywodzę się z psychologii osiągnięć, więc postanowiłam, że w esporcie będę kontynuować to, co robiłam dotychczas. Chciałam przekonać się, czy metody opracowane do tej pory, sprawdzą się również w pracy z profesjonalnymi graczami komputerowymi. Niewielu zdaje sobie z tego sprawę, ale z muzykiem z filharmonii pracowałabym bardzo podobnie. Mówimy o zupełnie różnych dziedzinach, ale pojawiające się różnice nie wykraczają poza pewne detale. Mentalność w sytuacjach stresowych działa podobnie, gdy człowiek jest kierowcą rajdowym, skrzypaczką, mówcą motywacyjnym czy zawodnikiem League of Legends. Fizjologii stresu się nie oszuka.

Możemy spodziewać się tego, że wypełnisz więc wspomnianą lukę, przelewając swoje doświadczenia na karty naukowych publikacji?

Trochę żałuję, że pisanie doktoratu zaczęłam przed tym, gdy trafiłam do Teamu Kinguin, bo chętnie głębiej badałabym obszar esportu. Mam jednak nadzieję, że jestem już bliżej niż dalej otrzymania tytułu doktora. Być może więc, gdy ukończę pracę, będę dalej rozwijać się właśnie w kierunku badania esportu.

Wiem, że prowadzisz również bloga. Być może to więc przestrzeń do tego, by nieco bliżej pewne kwestie psychologii esportowej opisywać?

Bloga faktycznie prowadzę, ale jego rytm wybija to, ile mam czasu. W trakcie realizacji doktoratu wolne chwile, w które mogłabym coś napisać, poświęcam na rzeźbienie pracy naukowej. Nie wykluczam jednak, że część wpisów poświęcę w przyszłości esportowi. Wraz z koleżanką będącą dietetykiem w devils.one mamy kilka ciekawych pomysłów i tylko kwestią czasu jest ich realizacja. Jestem bowiem psychologiem działającym na pograniczu umysłu i ciała. Nie ograniczam się wyłącznie do gadania, ale chcę pokazać, jak duży wpływ na poziom gry ma odpowiednia higiena życia i nawet tak prozaiczne czynności jak wypicie przedmeczowej kawy. 

Dyskusje o najmniejszych detalach decydujących o tym, kto ostatecznie będzie o włos lepszy, wzmogły się w ostatnim czasie za sprawą m.in. badań x-kom AGO. Posiłkując się twoimi doświadczeniami, zauważyłaś już, jaki wpływ praca z psychologiem ma na ewentualne sukcesy?

Nie lubię tego pytania, bo odpowiedź trudno zamknąć w ramy, podając specjalne wyliczenia. Bazą przyszłych sukcesów esportowców zawsze będą umiejętności mechaniczne i zgromadzona o grze wiedza. Nie da się psychiką nadrobić braków w powyższych aspektach. To samo można powiedzieć o ludziach, którzy nie mają kondycji, a chcieliby przebiec maraton. Podstawą zawsze jest więc trening mechaniczny i analiza meczowa. 

Trening mentalny jest natomiast tym, co daje przewagę, gdy spotykają się drużyny na podobnym poziomie mechanicznym. Silna psychika decyduje wówczas np. o tym, która drużyna lepiej poradzi sobie w piątej mapie pojedynku decydującego o wygranej w finale Ultraligi. Jeśli przyszedłby do mnie zawodnik o niewystarczających umiejętnościach mechanicznych, praca mentalna nie sprawiłaby, że zacząłby grać dużo lepiej. Mogę natomiast pomóc utalentowanym jednostkom w tym, by w najważniejszym meczu w życiu, wspiął się na wyżyny swoich umiejętności.

Jak dużą część pracy poświęcasz dziś esportowi?

Połowę życia zawodowego poświęcam dziś esportowi.

Przeszło ci przez myśl, żeby być może skupić się na tej dziedzinie, czy jednak potrzebujesz również bodźców z innych dziedzin?

Bardzo sobie cenie, że devils.one wspiera mnie w rozwoju innych dziedzin mojej kariery. Gdy kolarze zapraszają mnie na zgrupowanie, zarząd organizacji nie ma z tym żadnego problemu i trzyma za mnie kciuki. 

Czuję, że praca w różnych dziedzinach sportu i biznesu mnie rozwija. Dzięki temu znajduję inspirację, by innowacje wprowadzać również w esporcie. Prowadzę też zajęcia ze studentami fizjoterapii na wydziale rehabilitacji i bardzo dużo uczę się też właśnie od nich, prowadząc świetną wymianę myśli. Nie chciałabym zamykać się wyłącznie na jedną branżę.

Zdarzyło się, że esport ułatwił ci kontakt z innymi ludźmi?

Bez znaczenia, czy pracuję z jedenastoletnim lub dwunastoletnim tenisistą czy piłkarzem, fakt, że znam się na esporcie i jestem członkiem devils.one – przekonuje ich do mnie! Często są fanami naszej drużyny League of Legends, czy też kibicują graczom Fortnite, oglądając mecze. Zdarzają się też sytuacje, w których młody człowiek postanawia pracować z psychologiem i z racji tego, że pojawiam się na esportowych turniejach, jestem jego pierwszym kontaktem. 

Ludzie z branży psychologii traktują cię poważnie? Rozmawiałem o tym m.in. z dziennikarzami sportowymi, którzy nagle zaczęli się interesować CS-em czy LoL-em i okazało się, że koledzy z branży podchodzili do ich nowej pasji z dużym dystansem.

Nie doświadczyłam lekceważenia. Wręcz przeciwnie – jestem zapraszana na konferencje, spotkania kół naukowych czy zajęcia na uczelniach, by przygotować wystąpienia właśnie na temat specyfiki pracy w esporcie. Często dzwonią do mnie koledzy, którzy zaczynają pracę z jakimś esportowcem lub drużyną i proszą o podpowiedzi podparte większym doświadczeniem. 

Czujesz wobec tego na plecach oddech konkurencji?

Coraz więcej drużyn i zawodników zaczyna pracować z psychologami, ale mnie to tylko cieszy. Uważam, że pracy jest naprawdę bardzo dużo, bo przecież nawet sport tradycyjny nie jest wysycony. Obszarów pracy jest bardzo dużo. Z przyjemnością patrzę więc na to, że branża się profesjonalizuje. Im więcej na scenie będzie funkcjonować jakościowych organizacji, tym bardziej rozwinie się esportowa psychologia.

Fot. devils.one

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze