JESTEŚMY W PÓŁFINALE MISTRZOSTW ŚWIATA, ROZUMIESZ?
League of Legends
Newsy
POLSKI ESPORT

JESTEŚMY W PÓŁFINALE MISTRZOSTW ŚWIATA, ROZUMIESZ?

18.10.2020, 14:33:43

Dominatorzy wszystkiego, co koreańskie znów się aktywowali. G2 Esports wyciągnęło lekcję z wczorajszej porażki Fnatic i zrozumiało, jak nie wypuścić z rąk prowadzenia 2:0. Europejczycy zdemolowali Gen.G i po popisowej grze zameldowali się w półfinale Worlds 2020. Tam czekają na nich… kolejni Koreańczycy. Tym razem ci najlepsi – z DAMWON Gaming.

Ekipa Jankosa wyszła na Summoner’s Rift z wyraźnie określonym celem. Przycisnąć rywala do ściany i gnębić go, jak jakiś osiłek ofiarę w szkole podstawowej. G2 Esports postanowiło zsakryfizować zdobywanie dusz smoka na rzecz eliminowania drużyny przeciwnej. I wszystko byłoby pięknie, gdyby te walki drużynowe faktycznie wyraźnie faworyzowały Europejczyków. Ale tak niestety nie było.

I tak po nieco ponad piętnastu minutach gracze ze Starego Kontynentu mieli co prawda więcej eliminacji, jednak w międzyczasie trzy dusze wpadły na konto Koreańczyków. Sytuacja w złocie nie była jednak druzgocąca, a z każdą chwilą nawet się poprawiała. Doszło do tego, że w okolicach 20 minuty Jankos i kompania mieli nawet dwa tysiące sztuk przewagi. Cel był więc jeden – ruszyć na Nashora, gdy tylko pojawi się na mapie.

I najpiękniejszy sen się ziścił. G2 Esports podjęło otwartą walkę z reprezentantami LCK i wyszło z niej… na zero z tyłu. I z ogromną trójką z przodu. A taka przewaga pozwoliła ekipie Polaka na spokojne podjęcia Nashora, a później dalszą pogoń za rywalem. Perkz i Wunder dogonili przedostatnią żywą postać na arenie i błyskawicznie skrócili jej cierpienia. Pojedynek zbliżał się ku końcowi, a drużyna ocelote’a miała 5 tysięcy sztuk złota przewagi.

A to zrobiło ogromną różnicę. W 27 minucie Gen.G zainicjowało walkę drużynową. Będąc na kompletnie straconej pozycji. Chyba wiecie, jak to się skończyło. Koreańska masakra piłą mechaniczną. Pięć za zero. Upadali jeden po drugim, jak mawiają geniusze – “ras po ras”. I wiecie co? Dwie minuty później, gdy G2 Esports zbierało plony pierwszego zwycięstwa, zobaczyliśmy to samo. 

Koreańczycy znów upadli nie naruszając swoich oponentów, a to otworzyło Europejczykom drogę do wrogiej bazy. Tej nie miał kto bronić. Ostatni z ćwierćfinałów mistrzostw świata w League of Legends rozpoczął się w koncertowym stylu. Teraz tylko odrobić lekcje zaniedbane przez Fnatic i autostradę do półfinału.

***

Do pierwszego kontaktu w starciu numer dwa doszło stosunkowo szybko. Na tyle szybko, że G2 nie miało jeszcze nawet poziomu drugiego i właśnie to przeszkodziło Europejczykom w kultywowaniu tradycji “króla pierwszej krwi”. Jankos zbliżał się do przeciwników z prędkością japońskiej myśli technologicznej, jednak jego obecność rozluźniła kolegów i… z pewnego zwycięstwa pierwszej walki, na dolnej alei zrodziła się rozróba. Rozróba, z której Gen.G wyszło z podniesioną głową. Całe szczęście G2 nie oddało inicjatywy i dość szybko odpowiedzieli, wyrównując tym samym stan gry i zbliżając się do rywala w złocie.

Ale to nie wystarczyło. Bo zatrzeć paskudny ślad, to jak nie zrobić nic. Reprezentanci LEC musieli objąć prowadzenie w tym tańcu. To oni chcieli nadawać mu rytm i dyktowac kolejne kroki. I to wszystko udało się dzięki geniuszowi duńskiego midlanera. Po prostu Caps. I nagle G2 Esports ma przewagę.

Do tego graczom ze Starego Kontynentu jak ślepej kurze ziarno trafił się teamfight, które tak naprawdę nie musiało być. Środkowa aleja znów zapłonęła, a pole bitwy z podniesionymi głowami opuścili Jankos i ekipa. W końcu cztery eliminacje i zaledwie dwie straty i to nie na najważniejszych pozycjach, to znakomity rezultat.

W 18 minucie doszło do kolejnego starcia, tym razem w okolicach rzeki. I wiecie co? Koreańczycy znów zawiedli. Najpierw upadali w miejscu, w którym bitwa się rozpoczeła, a później ich truchł można było znaleźć na szerokości całego Rifta. Bo G2 im nie odpuściło. Goniło ich, wjeżdżało im na psychikę. Przed dwudziestą minutą drużyna Perkza miała niemal 4 tysiące sztuk złota przewagi. I dobry humorek.

Kilka minut później Wunder wyeliminował przeciwnego toplanera, co otworzyło G2 drogę do bazy rywala. Europejczycy pojawili się w niej po raz pierwszy, zgarnęli co do nich należało i wrócili do farmienia. I do powiększania przewagi we wszystkich aspektach. 

W 27 minucie serca polskich i europejskich kibiców zadrżały mocniej, kiedy Gen.G zainicjowało bitwę i zainkasowało w niej dwie pierwsze eliminacje. Ale wtedy wszedł Caps… cały na biało. A cała koreańska piątka zaczęła uciekać gdzie pieprz rośnie przed jednym Sylasem. I nie uciekła. Kilka chwil później G2 po popisowej walce drużynowej rozerwało węzły defensywne rywali i zniszczyło ich nexus. Finał był o krok.

***

Do trzeciej gry, jako kibice, podeszliśmy już na luzie. Takie samo nastawienie mieli chyba gracze G2, bo w nonszalanckim stylu zgarnęli pierwszą krew na dolnej alejce. I taki był też obraz całego rozpoczęcia tego trzeciego starcia. G2 nie wiedziało, kiedy powiedzieć sobie „stop”. Raz się to opłacało, w innym przypadku nieco mniej, ale to tylko obrazowało, jak słabym przeciwnikiem było dla nich Gen.G.

To wyglądało jak bezczelne lekceważenie przeciwnika. W wielu momentach. A za to między innymi kochamy Jankosa i spółkę. Bo przecież nie może być za łatwo i gdy przeciwnik nie stawia oporu, trzeba im to nieco ułatwić. Ale łudzenie rywala zakończyło się w 16 minucie, kiedy kadra Polaka zdominowała walkę na środkowej alei i to głównie dzięki Wunderowi mogli zgarnąć smoka, wieżę i czego dusza zapragnęła.

A to popchnęło zawodników z Europy do dalszej destrukcji. I w tym wszystkim tylko Clida szkoda, bo tego znów nawiedziła klątwa G2 Esports. Ubiegłoroczne MSI i Worldsy, a także tegoroczne mistrzostwa świata. Koreański Jungler Jankosa widzi w swoich wszystkich koszmarach.

Pierwszy znak zapytania pojawił się jednak w 24 minucie, kiedy Mikyx i ekipa nie podołali wyzwaniu i przegrali kluczową walkę o Barona Nashora. Gen.G powróciło z zaświatów i pobudzone pierwszym, małym sukcesem na tej mapie wróciło do rywalizacji na dobre.

Ale smite od Jankosa przywrócił właściwy stan gry. G2 zgarnęło Infernal Soula, a ten buff premiował ich w każdej bitwie aż do końca całej gry. Nawet w tej pierwsze, pod smokiem, którą zawodnicy bliscy naszym sercom zwyciężyli. A dalej poszło już z górki. Kolejni zawodnicy Gen.G umierali, a G2 wdarło się do bazy i zniszczyło pierwszy inhibitor. I na nic zdało się wymachiwanie rękami rywali. Bo Jankos i ekipa chwile później wrócili, aby dokończyć dzieło zniszczenia.

G2 Esports 3:0 Gen.G

Fot. Yicun Liu / Riot Games

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najbardziej oceniane
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
XYZ
XYZ
7 dni temu

Cóż można więcej dodać? Maksymalnie EZ na chacie od G2