Hyper: Popełniłem błąd, nie dołączając do Złotej Piątki
CS:GO
Wywiady

Hyper: Popełniłem błąd, nie dołączając do Złotej Piątki

29.05.2019, 13:59:00

– Patrząc na to z perspektywy czasu, był to błąd. Tak jednak wyszło – tego nie cofnę. Moja kariera potoczyła się jednak tak, że nie mam czego żałować. Stanowiłem o sile czołowych zespołów w Polsce. Zagrałem przecież na dwóch turniejach rangi Major – mówi o odrzuconej propozycji Złotej Piątki Bartosz „Hyper” Wolny.

Z jednym z najbardziej doświadczonych graczy na polskiej scenie Counter-Strike’a, a obecnie szkoleniowcem Izako Boars, porozmawialiśmy m.in. o tym, dlaczego w ostatnich latach wolał stać w cieniu, co jest problemem rodzimych zespołów, jak istotne w karierze zawodnika jest nawiązywanie relacji oraz o tym, jak wygląda aktualna sytuacja z polskimi trenerami. Zapraszamy do lektury!

W ostatnich latach przyzwyczaiłeś nas do tego, że niezbyt chętnie podchodzisz do wywiadów.

Zawsze stałem w cieniu. Nie lubię być aż tak medialną osobą. Są ludzie, którzy po prostu to lubią. Ja nie potrzebuję wyjątkowej uwagi. Wolę stać z tyłu i spokojnie sobie działać.

Będąc profesjonalistą, czasami trzeba się jednak do tego zmusić.

Masz rację. Czasami mógłbym zabrać głos. W moim przypadku było jednak tak, że byłem wybuchową osobą. Kiedy coś mnie denerwowało, mógłbym powiedzieć trochę za dużo niepotrzebnych słów. Dlatego też starałem się tego unikać. To jednak zmieniło się wraz z wiekiem. Teraz jestem bardziej ułożoną osobą. Będę starał się częściej zabierać głos. Można powiedzieć, że do tego dorosłem.

To wyłącznie kwestia wybuchowego temperamentu, czy również nieśmiałości?

Brak odwagi nie miał tu nic do rzeczy. W swojej karierze występowałem na wielu turniejach i trzeba było nauczyć się, jak radzić sobie z presją. Z tym nigdy nie było problemu.

Kiedy w 2013 roku Złota Piątka przenosiła się na CS:GO, byłeś jednym z tych, który miał występować w jej szeregach. Co się ostatecznie stało, że do tego nie doszło?

W zasadzie już tam grałem. Chciałem jednak, by chłopaki wzięli peeta zamiast Snaxa. Nie wiadomo było wówczas, czy Pasha będzie kontynuował grę, ale z czasem postanowił, że zostaje. Został więc Snax, który był już pewniakiem. Ja natomiast powiedziałem, że bez peeta nie dołączę. Im to się strasznie nie spodobało.

Patrząc na to z perspektywy czasu, był to błąd. Tak jednak wyszło – tego nie cofnę. Moja kariera potoczyła się jednak tak, że nie mam czego żałować. Stanowiłem o sile czołowych zespołów w Polsce. Zagrałem przecież na dwóch turniejach rangi Major.

W swoich zespołach zawsze byłeś taką szarą eminencją. Kiedy inni wychodzili przed szereg, ty wolałeś skupić się na ciężkiej pracy.

Zawsze odpowiadałem za dowodzenie. Lubiłem to robić. Kręciło mnie tworzenie nowych taktyk czy zagrań. Starałem się pomagać kolegom z drużyny, gdy ci mieli problem. Uwielbiam to robić. Nawet teraz, gdy jestem trenerem, jest to dla mnie ogromną zajawką.

Kiedy ktoś miał problem ze znalezieniem powtórek z danego meczu, ja zawsze byłem skory do pomocy. Lubię dzielić się wiedzą, a wydaje mi się, że mam na temat gry spore pojęcie. Skupiam się na tym w stu procentach i nie chcę tego zmieniać.

Pomoc kolegom w rozwiązywaniu problemów to ważna sprawa w roli prowadzącego?

To bardzo istotna sprawa. Można powiedzieć, że niektórzy nie dostrzegają popełnianych przez siebie błędów. Widzi to natomiast osoba bardziej doświadczona, która na wszystko patrzy z boku. Jak oglądam i analizuję mecz, widzę, co mogło pójść lepiej. Trzeba więc te spostrzeżenia przekazać, by dana osoba zachowywała się w podobnych sytuacjach inaczej.

Czasami pewnie zdarzało się też podnieść głos.

Z tym miałem kiedyś spory problem. Byłem bardzo wybuchową osobą. Nie podobało mi się, gdy ktoś mnie podczas gry nie słuchał. Zdarzało się opieprzanie, chociaż nie było też tego zbyt wiele. Nie miałem takich drużyn, w których często dochodziłoby do kłótni. Kiedy mówimy o zespołach na wysokim poziomie, o takich sprawach nie może być mowy.

Patrząc jednak na całą scenę, takie przypadki były częste.

Jasne, takie rzeczy niestety się zdarzały. I przez to zresztą rozpadają się drużyny. Za duże kłótnie zbierają swoje żniwa. Ja miałem takie szczęście, że dochodziło do tego bardzo rzadko. Grałem w zespołach, które działały ze sobą rok czy półtora, czyli relatywnie długo. Nawet kiedy zdarzały się porażki, wchodziliśmy na serwer i wyjaśnialiśmy sobie niektóre rzeczy. Byliśmy na tyle dorośli, że nawet w przypadku sprzeczki, nie było problemu w pełnym skupieniu się na grze.

Zawodnicy Złotej Piątki też się ze sobą kłócili. Tam nie było przecież tak, że wszyscy się lubili. No… może na początku. Później, nawet jak wygrywali, nie było między nimi chemii. Oni po prostu skupiali się na grze. Dobro drużyny było dla nich najważniejsze i potrafili to pogodzić. W innych polskich zespołach jest z kolei taki problem, że sobie z tym nie radzą. Wkrótce dochodzi do rozpadu, bo ktoś rzuca słowami: „ty mnie wkurzasz, nie będę z tobą grał”. Zamiast tego można przecież skupić się na grze i całkowicie to wykluczyć. W tym jest u nas największy problem.

To też zależy chyba od odpowiedniego doboru zawodników. W twoim przypadku mogło złożyć się tak, że padało na osoby, które unikały konfliktów.

Kiedy tworzyłem eBettle, a później Vexed, przyszło mi grać na przykład z Furlanem, który zalicza się do grona bardzo spokojnych osób. W jego przypadku nie było mowy o kłótniach. Podobnie było na przykład z rallenem. Trochę przypadkowo trafiłem też na GruBego, którego polecił mi minise. On też był całkowicie bezkonfliktowy, więc po prostu miałem szczęście, że trafiłem na takich ludzi. To był jeden z niewielu zespołów, w którym komunikacja była bez zastrzeżeń.

Nie odnosisz wrażenia, że osoby, które są mało medialne, dużo na tym tracą? Mogą być na przykład pominięte przy tworzeniu się nowego zespołu.

Kiedy jeszcze byłem czynnym zawodnikiem, za bardzo o tym nie myślałem. Teraz w pełni się z tym zgadzam. Mogłem być bardziej medialny. Może mi to specjalnie nie utrudniło kariery, bo ludzie i tak mnie znają. Gdybym jednak mógł cofnąć czas, na pewno bardziej angażowałbym się w wywiady, częściej odpalałbym też streamy, żeby integrować się ze swoimi fanami.

Te relacje w karierze zawodnika są chyba istotne, nie uważasz? Jeżeli spojrzeć na naszą scenę, często zdarzało się tak, że angaże w zespołach dostawali gracze, którzy nie do końca zasługiwali na to samą grą.

Scena Counter-Strike’a w Polsce polega przede wszystkim na koleżeństwie. Problem polega na tym, że jeżeli ktoś ma z kimś nie najlepsze relacje, a mimo wszystko bardzo dobrze gra, to już nie jest brany pod uwagę. W naszym kraju panuje takie podejście: „pokłóciłem się z nim, dopiekł mi, więc nie będę z nim grał”.

Przedszkole.

Trochę przedszkole, a to przecież nie powinno tak wyglądać. Na przykład w futbolu nie ma miejsca na takie zachowanie. Dużo piłkarzy się ze sobą nie lubi, a mimo to grają ze sobą i wychodzi im to bardzo dobrze. Uważam więc, że powinno u nas wejść to na bardziej profesjonalny poziom.

Za dużo u nas znajomości. Słabsze osoby dołączają do dobrych drużyn, a potem to się sypie. Mało jest takich zespołów, nawet na świecie, gdzie gra ze sobą pięciu bardzo dobrych kolegów. Zawsze będą osoby, które za sobą nie przepadają. Oczywiście normalnie trenują, komunikują się w trakcie gry, ale nie ma tu mowy o koleżeńskich relacjach.

Nie będzie więc tak, że całą drużyną pójdą na piwko do baru.

Tak jak mówisz. Oczywiście zdarza się to po wygranych turniejach. Skoro dobrze poszło, wtedy te niesnaski nie są przeszkodą. Wtedy wszyscy są najlepszymi przyjaciółmi. Problem pojawia się, kiedy zespół przegrywa. Wówczas dochodzi do tych przedszkolnych zachowań, jak np. wyrzucania ze składu.

I nie chodzi nawet o pojedyncze porażki. Gorzej, jak dana ekipa przegra więcej niż jeden mecz. Wtedy jest coś nie tak i rozpoczyna się poszukiwanie winnego. Nieraz zdarza się, że jest to rozwiązaniem, ale najpierw lepiej pogadać.

Wniosek jest więc prosty – trzeba oddzielić życie prywatne od tego, co dzieje się na serwerze.

Dokładnie. Polscy gracze muszą do tego dorosnąć. To są zupełnie dwie różne sprawy. Jeżeli oba te aspekty się połączy, rodzi się problem.

Tobie została przypięta łatka mało towarzyskiego. Nie chciałeś się za bardzo angażować w pozaserwerowe sprawy.

Kiedy koledzy z drużyny chodzili na aftery, ja wolałem tego unikać, nie przepadam za takimi sprawami. Nie piję, nie palę, więc nie lubię takich klimatów. Kiedyś, kiedy miałem te 20 lat na karku, chodziło się na imprezki, ale potem mi się odechciało. Kto lubi, ten lubi. Ja wolę wyjść na miasto i na spokojnie pozwiedzać.

Te imprezki przyniosły za sobą pewne minusy. Polska scena wygląda tak, że doszło do wielkiego kumpelstwa. Kiedyś tego nie było. Najlepiej gra się wtedy, kiedy całkowicie się od tego odizolujesz i zwyczajnie skupisz na swojej drużynie. W momencie, gdy nie utrzymujesz relacji z chłopakami z innych ekip, oni nic o tobie nie wiedzą.

Spójrzmy na przykład na Izako Boars i Actina PACT. Oni są dla siebie najlepszymi kolegami. W końcu dochodzi do tego momentu, że ciężko jest im ze sobą grać, bo przecież dobrze się znają. Gdyby te relacje były inne, inaczej wyglądałaby też gra. Jedni i drudzy się stresują, bo grają przeciwko swoim kumplom. Kiedyś, gdy starano się tego unikać, nie było w ogóle problemu.

W obecnych czasach jest tak, że nawet jeżeli dany zespół jest faworytem, to obawia się gry z potencjalnie słabszą ekipą kolegów, bo ci dokładnie wiedzą, czego się spodziewać. Zawsze się gra podobnie. Każdy zawodnik ma przecież swoje schematy.

Moim zdaniem nie powinno się utrzymywać takich relacji. Spójrzmy na przykład na Ekstraklasę. Czy piłkarze Legii kumplują się z piłkarzami innych drużyn? No nie! Oni siedzą w swoim gronie. A wyobraź sobie, że faktycznie wyglądałoby to tak jak u nas. Zawsze coś się podpowie.

U nas wszyscy są jak jedna wielka rodzinka.

I w tym jest największy problem. Kiedyś tak nie było. Dawniej, kiedy Virtus.pro grało z polskimi drużynami, nikt nie miał do nich podjazdu, bo NEO i reszta z nikim się nie kolegowali. Nikt nie wiedział jak oni grają. I to był złoty środek przeciwko rodzimym ekipom.

W tym momencie Virtusi mają bardzo duży kłopot, bo większość z nich gra w PPL-u. Zawodnicy się integrują. A przecież wszyscy grają podobnie. Każdy gracz ma swój styl gry, który ciężko zmienić. Wszyscy wiedzą więc, jak ktoś się zachowuje i porusza po mapie. To ważny, można powiedzieć psychologiczny aspekt, by tak bliskich relacji nie utrzymywać.

Kiedyś mieliśmy Virtus.pro i G2 czy później Kinguin. I ci drudzy mieli problem z polskimi drużynami, bo utrzymywali relacje z resztą sceny, a przecież w Europie radzili sobie bardzo dobrze. Do Virtusów nikt nie miał natomiast podjazdu.

Myślisz, że to zacieśnienie relacji ma związek z tym, że na scenie pojawiło się sporo młodych graczy?

Dużo zmieniło utworzenie lig pokroju PPL-a. Dzięki takim projektom młodzi gracze mają się gdzie wybić i podpatrzeć w akcji tych bardziej doświadczonych. Tracą natomiast na tym ci lepsi.

Skupmy się na tobie. Podczas swojej kariery dwukrotnie zagrałeś na najważniejszym turnieju, czyli Majorze. Jesteś zadowolony z tego, co udało ci się osiągnąć?

Mam pewien niedosyt. Powiem jednak wprost – jeszcze nie skończyłem z graniem. Obecnie jestem trenerem i bardzo mi ta rola odpowiada, bo lubię szkolić młodszych i przekazywać im swoją wiedzę. Można jednak powiedzieć, że nie jestem do końca spełniony jako gracz. Mógłbym tak naprawdę wystąpić na trzech Majorach, ale na jednym z nich nie mogłem się pojawić ze względu na problemy rodzinne.

Na sto procent dostalibyśmy się na trzeciego Majora. Wówczas, w kwalifikacjach do MLG, zagrał za mnie oskarish, który wypadł dobrze, ale chłopaki przegrali parę kluczowych rund, bo brakowało mnie jako prowadzącego.

Byłem na dwóch Majorach, wygrałem też Assembly Winter, na którym grały bardzo dobre drużyny. Pojawiliśmy się też na LAN-ie w Barcelonie. Zawsze udawało nam się przebijać przez te kwalifikacje. W Niemczech byliśmy na przykład na Acer Predator Masters, gdzie zajęliśmy piąte miejsce, po zaciętym meczu z CS:GO Lounge.

Mogło być tego więcej, ale się nie udało. Później mieliśmy pewne problemy z organizacjami. Po rocznej współpracy z eBettle włodarze uznali, że kończą działalność. Później było AGG, ale tam też nie brakowało zawirowań. Przez trzy miesiące otrzymywaliśmy normalne wynagrodzenia, wszystko działało bez zarzutów, ale problem pojawił się wtedy, gdy właściciel zapytał nas, czy może otworzyć stronę gamblingową, co wiązałoby się z podwyżką.

Wpakował w to sporo pieniędzy. Dwa tygodnie przed startem jego strony, Valve postanowiło zakończyć działalność tego typu przedsięwzięć. Właściciel wtopił ogrom środków. To już nie było do odzyskania, bo przecież zapłacił programistom. Stwierdził, że nie będzie wypłacalny. I można powiedzieć, że od tamtego czasu pojawiły się problemy.

Chłopaki otrzymali propozycję z Kinguin. Zachowali się wobec nas trochę słabo, bo nam o tym nie powiedzieli. Moglibyśmy podejść do tego trochę inaczej. Odeszli jednak z dnia na dzień, więc wszystko się posypało. Próbowaliśmy grać nowym składem, ale można powiedzieć, że pośpieszyliśmy się z doborem zawodników. Daliśmy sobie za mało czasu na to, by zastanowić się kogo wziąć.

Decyzje są kluczowe w karierze zawodnika. I tak chyba było w tym przypadku.

Powinniśmy poczekać po odejściu Furlana i rallena. Mogliśmy na spokojnie wszystko przemyśleć i rozejrzeć się, którzy zawodnicy będą do dyspozycji.

Wtedy miałeś już 26 lat, więc – jak na esportowca – był to dość zaawansowany wiek. Nie było myśli o odejściu z esportu?

Kiedy miałem 25 lat, przez przypadek dostaliśmy się na Majora. W tamtym czasie już żegnałem się z graniem. Otworzyłem z kolegą firmę i długo nad tym wszystkim przesiadywałem – w końcu to była moja praca.

Z tym Majorem wyszło jednak przypadkowo. Pierwsze trzy mecze w kwalifikacjach zagrał za mnie imd. Chłopaki dostali się dalej, ja zdążyłem wrócić z pracy, usiadłem przy komputerze i zacząłem grać. No i udało się, dostaliśmy się za pierwszym razem. Postanowiłem dać więc temu szansę.

Było w tym trochę szczęścia, bo w samych eliminacjach zagrałem mecz życia przeciwko Titan. Zrobiłem 53 fragi i nie wiem, czy do teraz ten rekord komuś udało się pobić. Dostaliśmy się na Majora, znaleźliśmy organizację, która dawała nam szansę na rozwój. To był strzał w dziesiątkę. Firma poszła w odstawkę, ale do teraz staram się pomagać koledze, kiedy jest taka potrzeba. Tej decyzji jednak nie żałuję.

Czyli jakieś wyjście awaryjne dalej jest.

Oczywiście. Na razie jednak w karierze trenerskiej wszystko układa się bardzo dobrze. W razie czego mam drugą furtkę, więc mam co robić. Nie mam się o co martwić.

Powiedziałeś, że nie wykluczasz powrotu do gry. Skąd więc decyzja o pozostaniu trenerem? W Izako Boars spędzisz pewnie trochę czasu.

Po odejściu z Kinguin zrobiłem sobie krótką przerwę. Potem dołączyłem do Pompy, gdzie próbowałem stworzyć nowy skład. Nie miałem jednak do dyspozycji odpowiednich ludzi, bo w zasadzie każdy był związany kontraktem. Ciężko było zorganizować taki skład, który mógłby mi odpowiadać. Teraz jest o to jeszcze trudniej.

Po nieudanym okresie w Pompie odezwał się do mnie peet, który zapytał, czy nie chcemy stworzyć czegoś nowego. Do dyspozycji byli też oskarish i mono. W roli piątego miał być jeszcze crank, ale z nim ostatecznie nie wyszło, więc padło na DESTROJA. Sama gra nie wychodziła nam jednak za dobrze, zwłaszcza, gdy graliśmy drużynowo. Na freestyle’u było idealnie – nie wiem, czym to było spowodowane.

oskarish dostał później propozycję od Epsilon, więc widząc, że i tak nie wychodzi, nie chcieliśmy tego ciągnąć. Po ESL Mistrzostwach Polski ten epizod dobiegł końca. Nadal jesteśmy oczywiście kolegami, ale uznaliśmy, że dalsza gra nie ma sensu.

Po dwumiesięcznej przerwie odezwał się do mnie Dawid Szymański z Knacks, czyli z agencji, która pomaga graczom w rozwoju. Według mnie to zresztą jedna z najlepszych tego typu firm w Polsce. eMine.pro jest dobrą agencją, ale można powiedzieć, że ona nie wybija graczy, tylko bierze pod swoje skrzydła tych wybitnych. Idą więc na łatwiznę.

Knacks spytało mnie, czy chcę grać, czy też objąć rolę trenera. Ja uznałem, że skoro w Polsce brakuje szkoleniowców, to pójdę właśnie w tym kierunku. Nadarzyła się okazja, by dołączyć do Izako Boars. Od samego początku spodobało mi się podejście chłopaków do gry. Oni natomiast byli zadowoleni ze mnie, więc do dzisiaj ta współpraca przebiega rewelacyjnie.

Jak myślisz, czemu w Polsce mamy aż taki problem z trenerami?

Wszyscy bardziej doświadczeni zawodnicy, jak np. NEO, nadal przecież grają. Mało jest takich, którzy już zakończyli karierę.

Szkoleniowiec musi mieć ogromny bagaż doświadczeń?

Uważam, że dobry trener musi być doświadczony i musi przegrać te tysiące godzin na serwerze. Jeżeli na dodatek podczas swojej kariery był in-game leaderem, ma największe pojęcie o grze. W Polsce jest bardzo mało takich ludzi. W tym momencie oprócz mnie jest też Loord i… to wszystko.

A na przykład destru?

destru nie prowadził nigdy gry, zawsze był to dArk. Nie miałem z nim zresztą styczności, więc też nie mogę się na jego temat wypowiedzieć. Z Loordem natomiast taki kontakt miałem i jestem zdania, że jest on bardzo dobrym trenerem. Prowadzącym jest łatwiej przekazywać tę wiedzę zawodnikom. Mamy przecież trenerów, którzy podejmują się analizy, ale to nie o nią tutaj chodzi. Analityk jest od czegoś innego, a szkoleniowiec zajmuje się czymś innym.  

Trener spędza naprawdę mnóstwo czasu na swojej pracy. Musi być na treningu swojego zespołu, musi też przygotować pewne aspekty przed jego rozpoczęciem i zastanowić się co nie wychodziło po jego zakończeniu. Trzeba przy tym siedzieć. Na dobrą sprawę szkoleniowiec pracuje dłużej od samego zawodnika. Po to jest więc analityk, by go odciążyć.

Jest więc tak: trenerzy, którzy byli zwykłymi graczami, będą skupiać się bardziej na analizie. Byli prowadzący będą natomiast poświęcać się prowadzeniu zawodników i wskazywaniu im dalszych kroków. To jest szybkie podejmowanie decyzji, więc na przykład mi i Loordowi jest w tym łatwiej. Wiemy, z czym to się je.

Czyli pozostaje nam czekać na starych wyjadaczy.

Dokładnie. Według mnie do tej roli nadawałby się NEO, który jest in-game leaderem, ale on nadal gra. I to na bardzo wysokim poziomie. Podobnie byłoby w przypadku Snaxa czy TOAO, który być może jest młody, ale ma spore doświadczenie. To będą najlepsi trenerzy. Mają bowiem pojęcie o całej filozofii gry – tym, jak zachowuje się zawodnik, jak przebiegają rotacje. Oni znają to wszystko od podszewki.

Można odnieść wrażenie, że zostałeś trenerem, by spełniać misję.

Stwierdziłem, że będzie to dla mnie dalsza ścieżka rozwoju, a druga sprawa, że tych trenerów faktycznie mamy jak na lekarstwo. Dopóki czynni zawodnicy nie zakończą swoich karier, obraz się nie zmieni.

Swoich szans mogliby spróbować też gracze z czasów 1.6, ale widocznie zajęli się czymś innym. Inaczej wygląda to na świecie, bo mamy przecież zonica czy dsn’a. Oni dostrzegli w tym sens i zauważyli, że trzeba młodych adeptów pokierować. Podobnie uczyniłem ja. Zdecydowałem się na taki krok, bo chcę po prostu pomóc. Polscy gracze mają potencjał, ale trzeba ich naprowadzić.

Co w takim razie z twoją karierą zawodniczą?

Miałem kilka ofert, ale obecnie mam spore problemy ze zdrowiem. W tym momencie nie mógłbym więc sobie pozwolić na komfortowe granie. Jako zawodnik musisz być w stu procentach skoncentrowany, bo każdy błąd może oznaczać przegraną rundę. Ja nie mógłbym poświęcać tyle czasu, by choćby wrócić do dawnej formy.

Lubię sobie pograć, ale ostatnio zdarza się to rzadziej. Cierpię na pewną chorobę i muszę się z tym uporać. Doskwiera mi również problem z okiem. Lekarze nie wiedzą co tak naprawdę z nim jest, a byłem już u ośmiu okulistów. To nie jest coś poważnego. To jest zwyczajnie upierdliwe, że nikt nie jest w stanie postawić diagnozy.

Na razie więc nie myślę o powrocie do grania i skupiam się na karierze trenera. Może być tak, że przy tym zostanę, ale nigdy nie wiadomo. Nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze